FC Barcelona wygrała z Realem Sociedad 2:1 dzięki golom Tello i Messiego. Dla gości trafił Carlos Vela. Pep Guardiola zadowolony być jednak nie może, bo w drugiej połowie, po zaledwie kilku spędzonych na boisku minutach, groźnej kontuzji nabawił się Sergio Busquets.
Barcelona przed meczem doskonale zdawała sobie sprawę, że Real Madryt wygrał swój pojedynek, jednak Pep Guardiola jakby w ogóle się tym nie przejmował. Mając na uwadze napięty, lutowy terminarz, od pierwszej minuty do gry Hiszpan oddelegował takich graczy, jak: Cuenca, Dos Santos czy Tello. Jakby tego było mało, Katalończycy nie ruszyli do szaleńczych ataków od pierwszego gwizdka, jak można się było tego spodziewać. Dopiero w piątej minucie w znakomitej sytuacji znalazł się Messi po przypadkowym podaniu od gracza Sociedad, ale lepszy od Argentyńczyka okazał się Bravo. Od razu odgryźli się goście – znakomitą prostopadłą piłkę z głębi pola dostał Ifran, ale jego uderzenie na rzut rożny wybił z kolei Valdes. Po wrzutce z narożnika znowu groźnie strzelał napastnik Basków, ale piłka została uderzona zbyt lekko, aby mogła wtoczyć się do bramki.

W 9. minucie okazało się, że Guardiola miał jednak nosa co do wyboru wyjściowej jedenastki. Wtedy to bowiem Lionel Messi posłał w bój Cristiana Tello, który w sytuacji sam na sam z bramkarzem bardzo sprytnym strzałem zdobył swojego pierwszego gola w lidze hiszpańskiej. „Blaugrana” szła za ciosem i dalej atakowała, ale dopiero w 17. minucie stworzyła sobie kolejną bramkową sytuację za sprawą dwójkowej akcji Thiago z Messim – strzelał ten drugi, ale znowu lepszy był Bravo. Dwie minuty później gospodarze zaatakowali zaś prawą stroną, skąd w pole karne do Thiago dośrodkował Alves, ale Hiszpan oddał zbyt lekki strzał, by podwyższyć wynik meczu. Obraz gry nadal się nie zmieniał. Sociedad nie potrafił przerywać ofensywnych zapędów graczy Barcelony, ci jednak mieli bardzo zwichrowane celowniki. W 27. minucie przed świetną szansą stanął Fabregas, ale i on nie zdołał skierować piłki choćby w światło bramki.
W kolejnych minutach Camp Nou nie miało już zbyt wielu okazji do podniesienia głosu. Kilkukrotnie tylko jakiś zwierz przebiegł przez boisko, wybudzając kibiców z dość głębokiej drzemki, albo na boisku przez chwilę znajdowały się dwie piłki. Poza tym na boisku po pierwszych szybszych 20 minutach nie działo się absolutnie nic. Dopiero w samej końcówce pierwszej połowy do sytuacji strzeleckiej doszedł Dani Alves, ale i jego próba nie okazała się celna. Chwilę później Clos Gomez zaprosił zawodników na przerwę.
Drugą połowę Barcelona zaczęła nieco żywiej, jednak jej akcje ofensywne dalej były mocno niedokładne. Najpierw na indywidualną szarżę zdecydował się Tello, chwilę później Alves, aż w końcu Fabregas – żaden z nich nie był w stanie zmienić wyniku. Nieoczekiwanie to goście znaleźli się w praktycznie stuprocentowej sytuacji. Griezmann przepchnął się w polu karnym z Mascherano i stanął oko w oko z Valdesem, ale uderzył prosto w wychowanka „Blaugrany”. Baskowie uwierzyli jednak po tej akcji, że na Camp Nou można robić coś innego poza rozpaczliwym bronieniem się. Kolejne minuty to próby podjęcia równorzędnej walki z rywalem, a nawet przejęcia kontroli nad boiskowymi wydarzeniami. Katalończycy spokojnie przetrwali krótkotrwały zryw Realu Sociedad i w 60. minucie w końcu zaatakowali bramkę Bravo. Przed „szesnastką” gości zatańczył Messi, ale po raz trzeci jego strzał wyłapał golkiper przyjezdnych.











