Athletic Bilbao pokonał na wyjeździe Mallorcę i tym samym awansował do półfinału Copa del Rey. Spotkanie stało na fatalnym poziomie, a jedynego gola (strzałem do własnej bramki) zdobył Ivan Ramis.
Rozgrywany na Majorce mecz rozpoczął się bardzo niemrawo. Obie drużyny przez dobrych kilka minut nie stworzyły sobie nawet cienia okazji bramkowej. Zamiast próbować pokonać bramkarza rywali, skupiały się na mozolnej walce gdzieś w połowie drogi między środkiem boiska a linią pola karnego Athleticu. Gospodarze byli bliżej bramki przeciwnika, ale nic z tego nie wynikało, bo w tej strefie niepodzielnie rządził znajdujący się ostatnio w nieprzyzwoicie wysokiej formie Javi Martinez.

Po kwadransie szyki defensywne obu ekip nieco się rozluźniły. Mallorca próbowała długimi podaniami minąć obronę Basków, ale na drodze aktywnego od pierwszych minut Tomer Hemeda zawsze stawał Gorka Iraizoz. W 20. minucie „Los Leones” dostali od losu prezent. Mówiąc dokładnie, prezent dostał Muniain. „Chico” podał młodemu skrzydłowemu piłkę we własnym polu karnym. Bask nieco się zdziwił, ale ostatecznie oddał strzał. Zrobił to źle – nie trafił do siatki. Dwanaście minut później dobrą okazję zmarnował rówieśnik Ikera, Jon Aurtenetxe.
Lewy obrońca gości nie zorientował się, że wrzucona w pole karne piłka przelatuje koło jego nogi. W tym momencie było już jasne, która drużyna jest lepsza. Athletic długo grał piłką, Mallorca biegała bez celu, od czasu do czasu otrzymując okazję do kontry. Bardzo dobre zawody rozgrywał jak na razie Juan Calatayud. Golkiper gospodarzy w 38. minucie genialnie obronił mierzony strzał Andera Herrery, a chwilę później zdjął z głowy Llorente piłkę, niechybnie ratując drużynę przed stratą gola. Jeszcze przed przerwą z powodu urazu nogi boisko opuścić zmuszony był Iker Muniain. Jego miejsce zajął Gaizka Toquero.
W drugiej połowie piłkarze w dalszym ciągu raczyli nas wątpliwej jakości widowiskiem. Po obu stronach mnożyły się niewymuszone straty i błędy, za które ganieni powinni być nawet trampkarze. Ogromny wpływ na tak słaby poziom spotkania miał stan murawy, który zwyczajnie wołał o pomstę do nieba. Jedynym sposobem na dostarczenie piłki do partnera było podbiegnięcie doń z futbolówką na odległość nie większą niż pięć metrów. W tej sytuacji było trudno nie tyle o dobre akcje i sytuacje podbramkowe, co o jakiekolwiek akcje.
Pewną dozę komizmu, za sprawą którego mecz nie nudził, starał się zapewnić widzom Gaizka Toquero, który przyjmował piłkę na kilka metrów, dobiegał do niej i ponownie zagrywał na kilka metrów nie wiadomo do kogo. Niewykluczone, że chciał w ten sposób zagrać na nosie szydercom wytykającym mu, że za mało biega. Na nierównościach Iberostar, co zrozumiałe, lepiej czuli się goście, którzy po treningach bawią się na boisku w chowanego, wykorzystując górki i dołki. Podopiecznym Joaquina Caparrosa szło na tyle dobrze, że jakiś kwadrans przed końcem, wykorzystując ukształtowanie terenu, solidnie okopali się w polu karnym Basków.











