Szwecja zaprzepaściła ogromną szansę na bezpośredni awans do mistrzostw świata, przegrywając podczas listopadowego zgrupowania z Gruzją (0:2) i Hiszpanią (0:1). Wystarczyły cztery punkty, by ominąć kolejne nerwowe mecze, ale ostatecznie wszystko rozstrzygnie się podczas marcowych barażów. Winnych było kilku, ale warto przyjrzeć się jednej postaci. Zlatan Ibrahimović, bo o nim właśnie mowa, lekko mówiąc – zawiódł oczekiwana kibiców.
Oto opowieść o człowieku, który w czasach swojej świetności był uznawany w Szwecji za zbawcę. Dzisiaj wiele osób uważa, że zamiast pomagać reprezentacji, to bardziej jej przeszkadza.
Powrót króla?
W 2019 roku Zlatan Ibrahimović sięgnął po swoją 12. Guldbollen (nagroda dla najlepszego szwedzkiego piłkarza w danym roku). Z tej okazji gazeta „Aftonbladet” postanowiła przeprowadzić szczerą rozmowę z laureatem. Z pewnością nikt się nie spodziewał, jak mocno ten wywiad zmieni oblicze całej reprezentacji. Ibrahimović przyznał, że bardzo tęskni za reprezentowaniem swojego kraju, a jego marzeniem jest jeszcze raz zagrać na wielkim turnieju.
Ta deklaracja była bardzo szokująca, gdyż „Ibra” od jakiegoś czasu prowadził otwartą wojnę z SvFF (odpowiednik PZPN). Już legendarny napastnik wytykał błędy selekcjonerowi w mediach społecznościowych i otwarcie krytykował działania związku. Jednak wcześniej wspomniana rozmowa kompletnie odmieniła całą narrację. Do tej pory niezainteresowany Zlatanem selekcjoner Janne Andersson nagle był skory do rozmów, a SvFF było gotowe przyjąć piłkarza z otwartymi ramionami. Trudno się dziwić – w końcu to Ibrahimović. Po tygodniach negocjacji uzgodniono szczegóły i oficjalnie ogłoszono powrót. 119-krotny reprezentant Szwecji ponownie miał przywdziać żółto-niebieski trykot.
Powrót Zlatana do reprezentacji był wielkim wydarzeniem, choć trzeba zaznaczyć, że zdania na ten temat były mocno podzielone. Jedni uważali, że mimo wieku to wciąż zawodnik, który sportowo i mentalnie może popchnąć tę drużynę do przodu, a drudzy twierdzili, iż będzie niepotrzebnym elementem. I trudno nie mieć wrażenia, że obie strony miały trochę racji. „Ibra” to zawodnik o niesamowitej sile charakteru i nie sposób go nie rozpatrywać jako wzmocnienie, ale jednak Szwecja największe sukcesy w XXI wieku świętowała już bez niego.
Monolit Anderssona
Przypomnijmy – tuż po nieudanych mistrzostwach Europy we Francji (Szwecja zakończyła je z ledwie jednym punktem na koncie) Zlatan Ibrahimović postanowił skupić się wyłącznie na karierze klubowej. Po wrzuceniu żółtej koszulki do szafy niejednokrotnie wypowiadał się negatywnie o szwedzkim związku piłki nożnej, jak i o samych zawodnikach. W tym samym czasie teoretycznie osłabiona Szwecja zaczęła powoli i stopniowo rozkwitać. Kadrę przejął Janne Andersson, który wcześniej królował na krajowym podwórku i zapowiadane przez wszystkich chude lata reprezentacji okazały się jej najlepszymi w XXI wieku.
Najpierw „Blågult” (niebiesko-żółci) rozegrali całkiem udaną kampanię kwalifikacyjną do mistrzostw świata w Rosji, ale prawdziwy początek tej kadry to barażowy dwumecz z Włochami. Szwedzi nie grali widowiskowo, ale bardzo skutecznie i to zapewniło im zwycięstwo oraz upragniony awans na mundial. Na turnieju byli jednym z czarnych koni i w grupie z Meksykiem, Koreą Południową oraz Niemcami zajęli pierwsze miejsce. W 1/8 finału skromnie pokonali Szwajcarię 1:0, ale w ćwierćfinale musieli uznać wyższość dobrze dysponowanych Anglików.












