Hiszpania zdominowała złotą erę Francuzów, Argentyna wyszarpała zwycięstwo Anglikom. Oba kraje zmierzą się ze sobą w finale. Jednym z najbardziej romantycznych w historii mistrzostw świata.
Jeśli piłkarscy bogowie – zakładając, że takowi istnieją – mieliby obmyślić i zrealizować zakończenie dla koryfeusza futbolu, prawdopodobnie wyglądałoby ono tak jak w 2022 roku. Z przepychem i zwieńczeniem godnym mistrza. Takie sytuacje zwykli się określać mianem „ostatniego tańca”. Po raz ostatni najwybitniejszy z najwybitniejszych wspina się na wyżyny, uwalnia ostatnie siły z dobiegającej do końca kariery. Tylko po to i aż po to, by swój dorobek zwieńczyć z przytupem. Zejść ze sceny spełnionym.
Argentyna podczas największego piłkarskiego święta, odbywającego się przed czterema laty w Katarze, odhaczała kolejne to warunki, by godnie pożegnać swojego międzyepokowego półboga. Przeżyła niezwykle napięte i emocjonujące spotkanie ćwierćfinałowe z Holandią, w półfinale zdetronizowała bezradnych Chorwatów. Wszystko przy akompaniamencie wybitności argentyńskiego bożka futbolu. Aż przyszedł czas finału, niemal perfekcyjnego. Zapierającego dech w piersiach, bawiącego się tętnem widza, kolejno je przyspieszając i zwalniając. Bez końca.
Francja nieustannie doganiała rywali – będąc precyzyjnym, genialny wówczas Kylian Mbappe, próbował wyrwać z rąk Messiego to, co od zawsze było dla niego upragnione i zarazem niedoścignione – bezskutecznie. Na samym końcu finał w swojej cudowności i nieprawdopodobności przesadził. Emiliano Martinez ikoniczną już interwencją utrzymał Argentyńczyków przy życiu w doliczonym czasie dogrywki. Tym samym pozwolił im marzyć, wykorzystać swoje szanse z 11 metra, a sobie – bronić. Wszystkie cztery argentyńskie strzały zostały przez nich wykorzystane, Martinez raz obronił, raz przeciwnika wystraszył swoją monstrualną dyspozycją, a ten przestrzelił. Argentyna mistrzami świata.
Tym razem już ostatni
Leo Messi podniósł upragniony puchar, dla siebie i dla całego kraju. Jedyna rzecz, której brakowało mu w jego utytułowanej karierze. W 2016 roku w reprezentacji kończył ją po przegranym meczu w Copa America z Chile, była to trzecia porażka z rzędu w finale wielkiego turnieju. Po apelach kibiców i samego prezydenta, Mauricio Macriego, kilka tygodniu później wrócił do drużyny. Pięć lat później podniósł pierwsze trofeum z reprezentacją – Copa America 2021. Następnego roku zwrócił ojczyźnie Puchar Świata po 36 latach.
Wówczas wydawało się, że jest to najpiękniejszy możliwy koniec Leo Messiego. Zakończenie jego wieloletniej kariery w mistrzowskim stylu na ostatniej światowej imprezie. – Za cztery lata będzie na krótko przed czterdziestką – myślałem krótko po ceremonii w 2022 roku. Tak że chłonąłem każdą chwilę, każdy ułamek sekundy, by uchwycić najszczęśliwsze chwile mojego idola. W smutku, że więcej na tej scenie już go nie zobaczę, lecz jednocześnie w radości, że finalnie mu się udało.
Nie przypuszczałem, że mając 39 lat ponownie poniesie Argentynę na ową scenę. W tym wieku piłkarze często skupiają się już wyłącznie na odcinaniu kuponów. Część z nich o piłce przestaje myśleć. Osiada się na prywatnym ranczo, w willi na Malediwach lub w Miami i rozkoszuje się życiem, posiadając majątek zabezpieczający kilka następnych pokoleń. Tak też wyobrażałem sobie Messiego. Wypełnił swoją misję, więcej robić nie musiał – nie miał już nic do udowodnienia. Nikomu.











