Hiszpania kontra Argentyna. Romantyczny koniec Leo Messiego


Hiszpania zmierzy się z Argentyną w wielkim finale Mistrzostw Świata 2026

18 lipca 2026 Hiszpania kontra Argentyna. Romantyczny koniec Leo Messiego
dailypost.ng

Hiszpania zdominowała złotą erę Francuzów, Argentyna wyszarpała zwycięstwo Anglikom. Oba kraje zmierzą się ze sobą w finale. Jednym z najbardziej romantycznych w historii mistrzostw świata.


Udostępnij na Udostępnij na

Jeśli piłkarscy bogowie – zakładając, że takowi istnieją – mieliby obmyślić i zrealizować zakończenie dla koryfeusza futbolu, prawdopodobnie wyglądałoby ono tak jak w 2022 roku. Z przepychem i zwieńczeniem godnym mistrza. Takie sytuacje zwykli się określać mianem „ostatniego tańca”. Po raz ostatni najwybitniejszy z najwybitniejszych wspina się na wyżyny, uwalnia ostatnie siły z dobiegającej do końca kariery. Tylko po to i aż po to, by swój dorobek zwieńczyć z przytupem. Zejść ze sceny spełnionym.

Argentyna podczas największego piłkarskiego święta, odbywającego się przed czterema laty w Katarze, odhaczała kolejne to warunki, by godnie pożegnać swojego między epokowego półboga. Przeżyła niezwykle napięte i emocjonujące spotkanie ćwierćfinałowe z Holandią, w półfinale zdetronizowała bezradnych Chorwatów. Wszystko przy akompaniamencie wybitności argentyńskiego bożka futbolu. Aż przyszedł czas finału, niemal perfekcyjnego. Zapierającego dech w piersiach, bawiącego się tętnem widza, kolejno je przyspieszając i zwalniając. Bez końca.

Francja nieustannie doganiała rywali – będąc precyzyjnym, genialny wówczas Kylian Mbappe. Próbował wyrwać z rąk Messiego to, co od zawsze było dla niego upragnione i zarazem niedoścignione – bezskutecznie. Na samym końcu finał w swojej cudowności i nieprawdopodobności przesadził. Emiliano Martinez ikoniczną już interwencją utrzymał Argentyńczyków przy życiu. W doliczonym czasie dogrywki. Tym samym pozwolił im marzyć, wykorzystać swoje szanse z jedenastego metra, a sobie – bronić. Wszystkie cztery argentyńskie strzały zostały przez nich wykorzystane, Martinez raz obronił, raz przeciwnika wystraszył swoją monstrualną dyspozycją, a ten przestrzelił. Argentyna mistrzami świata.

Tym razem już ostatni

Leo Messi podniósł upragniony puchar, dla siebie i dla całego kraju. Jedyna rzecz, której brakowało mu w jego utytułowanej karierze. W 2016 roku w reprezentacji ją kończył po przegranym meczu w Copa America z Chile, była to trzecia porażka z rzędu w finale wielkiego turnieju. Po apelach kibiców i samego prezydenta, Mauricio Macriego, kilka tygodniu później wrócił do drużyny. Pięć lat później podniósł pierwsze trofeum z reprezentacją – Copa America 2021. Następnego roku zwrócił ojczyźnie Puchar Świata po 36 latach.

Wówczas wydawało się, że jest to najpiękniejszy możliwy koniec Leo Messiego. Zakończenie jego wieloletniej kariery w mistrzowskim stylu na ostatniej światowej imprezie. – Za cztery lata będzie na krótko przed czterdziestką – myślałem krótko po ceremonii w 2022 roku. Także chłonąłem każdą chwilę, każdy ułamek sekundy, by uchwycić najszczęśliwsze chwile mojego idola. W smutku, że więcej na tej scenie już go nie zobaczę, lecz jednocześnie w radości, że finalnie mu się udało.

Nie przypuszczałem, że mając 39 lata ponownie poniesie Argentynę na ową scenę. W tym wieku piłkarze często skupiają się już wyłącznie na odcinaniu kuponów. Część z nich o piłce przestaje myśleć. Osiada się na prywatnym ranczo, w willi na Malediwach lub w Miami i rozkoszuje się życiem, posiadając majątek zabezpieczający kilka następnych pokoleń. Tak też wyobrażałem sobie Messiego. Wypełnił swoją misję, więcej robić nie musiał – nie miał już nic do udowodnienia. Nikomu.

Finalny argentyński koncert

Nie musiał, ale i tak to zrobił. Niemalże na sportowej emeryturze przyjechał z willi w Miami. Daleko ruszać się nie musiał, bo mundial rozgrywa się w tym samym miejscu, w którym gra rekreacyjnie ze znajomymi w Interze Miami. W Ameryce Północnej zatem został i zwyczajnie robił swoje.

Nieszczególnie chcę wchodzić w liczbowe kronikarstwo, ale wyniki sportowe, jakie osiągał przez ostatni miesiąc na takowe zasługują. Z Algierią – jego pierwszy hat-trick w historii na mistrzostwach świata; z Austrią – o bramkę mniej; z Jordanią – jedna po wejściu z ławki. W fazie pucharowej tempa nie zwolnił, w meczu-thrillerze z Cabo Verde – gol. Z Egiptem, przy wyniku 0:2, samodzielnie odwrócił losy meczu, zaliczając asystę, a następnie gola. Szwajcaria? Kolejna asysta. W meczu o Falklandy, przez Argentyńczyków nazywane Malwinami, do 85. minuty przegrywali. I ponownie, jak w meczu z Egiptem, w ostatnie dziesięć minut odrobili straty. Oba gole, które wyprowadziły Argentynę na prowadzenie 2:1, padły po podaniach Leo Messiego.

Pojedynek dwóch stron futbolu

Dzisiaj wiadomo to już na pewno – kolejnego „ostatniego tańca” nie będzie. W niedzielę po raz ostatni Argentyńczyk wyjdzie na boisko w finale mistrzostw świata. O gargantuicznej wartości symbolicznej, być może nawet mocniejszej niż w 2022 roku. Argentyna stanie na przeciwko Hiszpanii, obecnych mistrzów Europy. Zmierzą się dwie drużyny najmocniej uosabiające w sobie futbol.

Po jednej stronie piłka nożna krystaliczna, czysta jak łza, kochająca kontrolę w środku pola. Kadra niejednokrotnie wymieniająca między sobą podania dokładne na milimetry, w coraz to bardziej artystycznych wariacjach hiszpańskich wizjonerów. Piłką malują jak po płótnie, na boisku tworzą sztukę – spokojną i zachwycającą. Wiedzą jak przeciwnikiem podczas meczu kierować, kiedy go sfrustrować bezradnością wobec wirtuozów, kontrolując grę w sposób wręcz nieprzyzwoity. A kiedy go wykończyć przyspieszeniem akcji, zaskakującym atakiem po uśpieniu czujności rywala, szybkim zestawem podań, kierującym prosto na bramkę przeciwnika.

Po drugiej – piłka brudna, agresywna, nieustępliwa. Dla niejednego sposób gry odpychający, lecz posiadający w sobie ukryte piękno poprzez niespożyte pokłady determinacji na boisku. W barwach narodowych Argentyńczycy nabierają nowych sił, futbol nabiera wówczas dla nich nowego znaczenia. Nie walczą tylko dla wyniku, dla medali, dla pucharu – przede wszystkim walczą wtedy dla państwa. Nie boją się ubrudzić w narodowych barwach, nie spuszczają głowy w dół, gdy wynik jest niekorzystny. Zderzenie dwóch odmiennych piłkarskich światów.

Barceloński finał

Nastąpi naszpikowany symboliką koniec ery. Przeszłość Barcelony kontra jej przyszłość. Autor wielu sukcesów kontra nadzieja na przyszłe trofea. Półbóg wynoszony w Katalonii pod niebiosa kontra przyszli bohaterowie Katalończyków. Dwie różne epoki, spotykające się na jednym boisku. Szczególną uwagę przykuje jednak zestawienie ze sobą dwóch postaci – Leo Messiego, co oczywiste, i namaszczonego na jego następcę Lamine’a Yamala. Będziemy świadkami symbolicznego przekazania pałeczki od legendy dla przyszłej legendy. Nastąpi zatem nowa era, pierwsze i ostatnie zetknięcie bohaterów o identycznych zadaniach i identycznych celach – by wznieść Barcelonę ku niebiosom.

Zresztą, Hiszpan przez Messiego został namaszczony już w grudniu 2007 roku, podczas słynnej charytatywnej sesji zdjęciowej organizowanej przez kataloński klub i UNICEF. Rodzina Yamala wygrała wtedy w losowaniu udział w akcji. Fakt, że młody Hiszpan trafił akurat na Leo Messiego, było dziełem czystego przypadku.

Niemal 19 lat później zagrają w wielkim finale mundialu po różnych stronach boiska. Z tym samym zadaniem i z tym samym celem. Zupełnie jak w Barcelonie – tyle że w tym samym czasie i w tym samym miejscu. Takiego zakończenia tej historii nie wymyśliliby nawet piłkarscy bogowie.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze