Śląsk Wrocław poszukiwał pierwszej wygranej w tym roku w Legnicy, ale ekipa Ante Simundzy musi czekać do meczów domowych, aby osiągnąć ten cel. Drużyna Janusza Niedźwiedzia udanie zrewanżowała się za spotkanie, w którym debiutował trener miedziowych. Ligowa tabela odjeżdża, a w zespole spadkowicza coraz trudniej o optymizm.
Ser szwajcarski
Śląsk Wrocław i gra obronna tego zespołu jest niczym ser szwajcarski. Ta strefa przecieka, a Ante Simundza nie potrafi zatamować tego problemu. „Zielono-biało-czerwoni” stracili 63 gole w 40 meczach pod wodzą słoweńskiego szkoleniowca. Ta statystyka jest przytłaczająca, a gdy dodamy zatrważająco małą liczbę czystych kont, możemy łapać się za głowy. Ekipa, która miała bić się o bardzo szybki awans do PKO BP Ekstraklasy, oddala się od tego celu. Zmienia się skład i ustawienie, a kłopot jak był, tak jest.
Pierwszy gol Miedzi Legnica wymusza zadanie pytania: czy to jest wina trenera? Niedokładność w konstrukcji ataku i skuteczny kontratak rywala, który był do przerwania. Pasywny Mariusz Malec nie wie, że do przeciwnika trzeba momentalnie doskoczyć? Yehor Matsenko stracił z radaru Daniela Stanclika, a Michał Mokrzycki nie uratował tej sytuacji. Zawodnicy Śląska Wrocław zachowali się źle w tej sytuacji, ale to spada na barki trenera.
Uderzenie Zvonimira Petrovicia było cudowne, ale jego strzał poprzedza kapitalne zachowanie w bocznej strefie boiska. Pomocnik Janusza Niedźwiedzia zszedł do środka i potem wiemy, co się wydarzyło. Jorge Yriarte został ograny w sposób banalny, a co martwi z perspektywy zespołu z Wrocławia, to zachowanie Wenezuelczyka. Bośniak miał spory komfort w tym zejściu do wewnątrz, bo jego rywal atakował go na odległość.
Bartosz Kwiecień błysnął grą w powietrzu przy stałym fragmencie gry i zamknął drogę Śląska Wrocław po choćby punkt. To jest bolączka dla trenerów, bo takie sytuacje są niesłychanie trudne do wypracowania.
Linia obrony
Śląsk Wrocław pod batutą Ante Simundzy chciałby bronić się liczbą strzelonych goli. Słoweniec na pomeczowej konferencji wypowiedział się w sposób bardzo interesujący. Usłyszeliśmy pochwalę dla zawodników, którzy w oczach trenera zagrali jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy mecz pod kątem ilości stworzonych sytuacji. Tutaj można nie zgodzić się z 53-latkiem, bo to jest zakłamanie rzeczywistości z drugich 45 minut.











