Pozostałe trzy kolejki w grupie spadkowej zespoły mogą traktować właściwie jak sparingi. Górnik oraz Raków w poprzedniej serii gier zapewniły sobie utrzymanie, choć w Zabrzu obaj trenerzy nie eksperymentowali. Szkoda, bo pole do tego jest naprawdę duże. Już w poprzednim spotkaniu w pierwszym składzie Górnika pojawił się młody debiutant, a zespół zagrał w innym ustawieniu. Tym razem zobaczyliśmy jednak tę samą drużynę co zwykle.
Zarówno zabrzanie, jak i częstochowianie nie muszą się o nic martwić. Obie drużyny zapewniły już sobie utrzymanie. Wydawałoby się, że taka sytuacja to idealna pora do przetestowania nowych schematów, systemów, zawodników już pod kątem następnego sezonu. Między innymi Zagłębie Lubin w 35. kolejce wystawiło na boisko dość eksperymentalny skład.
Nie czas na eksperymenty?
To samo trener Brosz zrobił kolejkę wcześniej. W meczu przeciwko Wiśle Płock na boisko zawodnicy „Trójkolorowych” wyszli w innym niż zazwyczaj systemie, grając piątką obrońców, z dwoma zawodnikami na wahadłach, a także dwójką napastników. Zobaczyliśmy także debiutanta – Aleksandra Paluszka, o którym wcześniej pisaliśmy w przeglądzie młodzieżowców Górnika Zabrze.
Młody środkowy obrońca zaprezentował się bardzo dobrze u boku bardziej doświadczonych kolegów. Umiejętnościami nie odstawał znacząco od Przemysława Wiśniewskiego i Pawła Bochniewicza. Pomimo tego, że tamten mecz Górnik przegrał, Paluszek swojego występu wstydzić się nie musi. Niestety w meczu przeciwko Rakowowi zasiadł na ławce rezerwowych, podobnie jak kilku innych młodzieżowców. Trener Brosz do swojej dyspozycji miał między innymi Dariusza Pawłowskiego, Daniela Ściślaka i Adriana Gryszkiewicza.
Aleksander Paluszek może być naprawdę dobrym zastępstwem za Przemysława Wiśniewskiego, o którego już od jakiegoś czasu pytają Włosi. W tym sezonie obrońca Górnika jest jednak bardzo „elektryczny” – to właśnie często po jego pechowych zagraniach sędzia wskazywał na jedenasty metr. To rykoszety od jego nóg najczęściej w tym sezonie myliły Martina Chudego i doprowadzały do straty bramki. Wiśniewski w tym kontekście to jednak wciąż półka niżej od Jana Sobocińskiego z ŁKS-u Łódź.
Rekin „jedenastek”
Nie inaczej było i w tym meczu. Wiśniewski zagrał ręką we własnym polu karnym. Sędzia, pomimo tego, że cała sytuacja wydawała się całkiem klarowna, wolał sam obejrzeć powtórkę na VAR-ze. Nie było wątpliwości – po chwili arbiter podyktował rzut karny dla Rakowa Częstochowa. Do piłki podszedł Petr Schwarz, który w tym sezonie ekstraklasy ani razu nie pomylił się z jedenastu metrów.











