Rzadko kiedy reprezentanci Premiership zachodzą daleko w europejskich pucharach. W pierwszej kolejce Ligi Mistrzów i Ligi Europy spośród sześciu spotkań jedynie dwa zakończyły się zwycięstwem angielskich drużyn. Czy siła angielskiej ekstraklasy staje się przereklamowana, czy angielskie ekipy zwyczajnie nie lubią obcych?
Arsenal przegrał z Borussią Dortmund, mistrz Anglii Manchester City z Bayernem. Obecny lider Premiership, Chelsea, zremisował z tragicznym w tym sezonie Schalke, a Tottenham nawet nie myślał o walce z Partizanem Belgrad i zadowolił się bezbramkowym remisem. Zasłużone zwycięstwo zaliczył tylko Everton w spotkaniu z Wolfsburgiem (4:1), bo Liverpool swoje trzy punkty z debiutującym w LM Łudogorcem Razgrad wymęczył dopiero w 93. minucie.
O ile porażka przebywających w wiecznym letargu Kanonierów nie dziwi, o tyle Manchester City pozostawił po swojej porażce z Bayernem Monachium lekki niedosyt. Mistrzowie Niemiec nie byli tak dużo lepsi, zaś „The Citiziens” stwarzali zagrożenie pod bramkę Neuera, byli jednak nieskuteczni. Całą winę zwalić można by na dotychczasowy mózg zespołu czyli Yaya Toure. Środkowy pomocnik kompletnie nie przypomina zawodnika z poprzedniego sezonu, gdzie błyszczał geniuszem na prawo i lewo. Z Bayernem notował stratę za stratą, nie bronił i nie atakował. Wcześniejsze porażki zespołu z Eithad Stadium można było tłumaczyć kupowaniem na siłę ton gwiazd, które nie miały czasu, aby się dobrze zgrać. Obecnie o takim problemie mówić nie można, bo wskutek kary za przekroczenie finansowego fair play właściciele klubu zakupili tylko dwóch konkretnych piłkarzy – pomocnika Fernando i stopera Mangalę, z których żaden w przegranym meczu nie zagrał. Pellegriniego czeka trudne zadanie – uniezależnić swój zespół od Yaya Toure. Mówimy przecież o piłkarzu, który ma już 31 lat i choć umowę ma ważną jeszcze przez trzy kolejne, to trudno oczekiwać, że przez ten cały czas będzie zawodnikiem kluczowym. Były zawodnik Barcelony był jedną z przyczyn porażki w tak prestiżowym spotkaniu, rozczarowując kolegów i kibiców swoją grą. Nie można jego samego tylko obwiniać za porażkę, bo choć „The Citiziens” zaprezentowali się dobrze na tle tak potężnego rywala, to gdy już udało się wykreować sytuację bramkową, pudłował albo Dżeko, albo Silva.
Rozczarowała również ekipa Jose Mourinho, która mimo kontrolowania spotkania nie potrafiła sforsować defensywy słabiutko spisującego się w tym sezonie Schalke. Można to tłumaczyć brakiem w podstawowej jedenastce fenomenalnego ostatnio Diego Costy czy błyskotliwego Oscara. Na boisku byli jednak od początku: pomysłowy Hazard, człowiek-orkiestra czyli Ramires czy taranujący wszystko Drogba. Nie można więc mówić o braku wartościowych zmienników, zwłaszcza że w Londynie nie ma regularnie nieskutecznego Torresa. Z powodu świetnej postawy w lidze można ten podział punktów „The Blues” przebaczyć, uznać za wypadek przy pracy.
Kompletnie inaczej ma się sprawa z Tottenhamem. Zespołem, który po odejściu Garetha Bale’a nie potrafi się pozbierać i kupuje piłkarzy, którzy choć w pewnym stopniu mogliby zastąpić grającego w Realu Madryt Walijczyka. Skutki transferów są póki co mierne. Kupiony rok temu Lamela nadal nie potrafi się odnaleźć w Premiership, Paulinho i Eriksen grają w kratkę, a piłkarze kupieni w ostatnim okienku transferowym nie gwarantują wcale wyższego poziomu gry. Skutek jest taki, że „Koguty” grają niepewnie i bezbarwnie, czego świadectwem jest gwałt na futbolu, jakiego piłkarze Mauricio Pochettino dokonali w spotkaniu z Partizanem Belgrad.











