Dość zaskakujący przebieg miała pierwsze kolejka fazy grupowej tegorocznego Pucharu Narodów Afryki. W ośmiu rozegranych spotkaniach padło zaledwie trzynaście bramek, co daje nam bardzo niską średnią gola na jedno spotkanie (1,63). Nie tego chyba oczekiwaliśmy po tym turnieju.
Nie można oczywiście wyciągać pochopnych wniosków. Nie od dzisiaj wiadomo, że w tego typu turniejach do pierwszych meczów podchodzi się często nazbyt ostrożnie. Najważniejsze jest to, by nie przegrać i zachować realne szanse na awans do fazy pucharowej. Tegoroczni uczestnicy PNA za bardzo chyba wzięli to sobie do serca, bo aż pięć z ośmiu meczów zakończyło się podziałem punktów. Najbardziej zaskakujący remis? Bez wątpienia obrońców tytułu – Zambijczyków – z reprezentacją Etiopii. Herve Renard, trener „Miedzianych Pocisków”, w zasadzie powinien się jednak cieszyć z tego jednego punktu. Etiopczycy zaskoczyli chyba wszystkich, bo szczególnie w pierwszej połowie niemiłosiernie utrudniali życie faworyzowanej Zambii. Tak na dobrą sprawę zeszłoroczni triumfatorzy rozgrywek mogli po pierwszych czterdziestu pięciu minutach przegrywać 0:2. Nie tylko mogli, a nawet powinni.

Po pierwszych czterech dniach turnieju niczego bardzo ciekawego powiedzieć o nim nie można. Faworyci grali nieco na pół gwizdka, brak było kolorytu, na który tak strasznie czekaliśmy. Aż do ostatniego spotkania fazy grupowej czekać musieliśmy na gola, który poderwałby nas z siedzeń. Mowa oczywiście o golu Youssefa Msakniego, który nie dość, że zerwał pajęczynę z algierskiej bramki, to dokonał tego w doliczonym czasie gry, zapewniając Tunezji jakże cenne trzy punkty. No i te cholerne wuwuzele… Gwizdek rozpoczynający mecz – trąbki, podyktowany rzut karny – trąbki, niestrzelony rzut karny – trąbki, strzelony gol – jeszcze głośniejsze trąbki… Oszaleć można. Ale tego mogliśmy się akurat spodziewać, kiedy tylko ogłoszono, że tegoroczny turniej rozegrany zostanie w Republice Południowej Afryki. Republice Południowej Afryki, która należy do drużyn, które w pierwszej kolejce rozczarowały. Podopieczni Alberta Parreiry jedynie zremisowali z Republiką Zielonego Przylądka, teoretycznie najsłabszą drużyną w grupie A.
Właściwie tylko dwa spotkania pierwszej kolejki nas nie zawiodły. Mowa o meczu Ghany z Demokratyczną Republiką Konga (choć tutaj rozczarowała sama Ghana), a także starciu Wybrzeża Kości Słoniowej z Togo. Ghańczycy rok w rok stawiani są w roli faworyta, ale po raz kolejny zawodzą. Remisu z DR Konga nie można określić inaczej jak rozczarowaniem. Nie umniejszamy rzecz jasna potencjału zespołu prowadzonego przez Claude’a Le Roya, ale to Ghana miała w tym roku bić się o medale. Naszpikowana gwiazdami reprezentacja przy stanie 2:0 kompletnie odpuściła jednak rywalizację i została boleśnie ukarana. Będzie to na pewno bardzo dobra nauczka na przyszłość, a także pierwszy poważny sprawdzian na tym turnieju. Na razie pozostaje nam, rzecz jasna, jedynie gdybanie o końcowych rozstrzygnięciach, ale niewykluczone, że Ghańczykom będzie zdecydowanie trudniej o wyjście z grupy, niż początkowo zakładano.












