Entuzjastą przerw na kadrę, prawdę mówiąc, nigdy nie byłem. Nie będę więc Was, czytelników, okłamywać, że oglądanie mało znaczącej Ligi Narodów będzie mnie cieszyć. Jednakże małym promyczkiem tej dwutygodniowej – teraz, o zgrozo, trzytygodniowej – rozłąki od piłki klubowej była reprezentacja Polski. Jej mecze niezmiennie mnie emocjonowały, wręcz rozgrzewały. Już tak nie mam.
Porwał mnie ostatnio cytat z filmu „The Perks of Being a Wallflower”, produkcji wyjątkowo pięknej i szczerej. Charlie, nastoletni chłopak uczęszczający do pierwszej klasy liceum, zadaje swojemu nauczycielowi nurtujące go pytanie:
– Dlaczego dobrzy ludzie wiążą się z niewłaściwymi osobami?
– Przyjmujemy miłość, na którą naszym zdaniem zasługujemy – odpowiada belfer.
Scena wykraczająca poza ramy miłości, związków i relacji. Może dotyczyć wszystkiego. Życia zawodowego, sfery ambicjonalnej. Nawet rzeczy najważniejszej z najmniej ważnych – piłki nożnej. I dzięki tej uniwersalności zapadła mi w pamięć.
Było dobrze dawno temu
Jeśli miałbym wskazać ostatni okres, w którym czerpałem czystą radość z oglądania reprezentacji, byłaby to kadencja Paulo Sousy. To wtedy znajdowaliśmy się najbliżej przewodniej myśli futbolu światowego, na którą nie trzeba było patrzeć z lekkim zażenowaniem; na którą kibice z wielkich piłkarsko nacji nie spoglądali z politowaniem na bezradnych piłkarzy, przeświadczonych w swojej maleńkości na boisku.
Przeciwnie. Czułem wówczas, że ogarniające kompleksy zanikły. Graliśmy futbol otwarty, z chęcią na strzelanie bramek, aniżeli unikanie ich tracenia, licząc przy tym na litościwe 0:0 ze strony przeciwnika. I nikt nie twierdził, iż musimy wrócić do obrony własnej bramki w jedenastu, bo do pozytywnego prezentowania brakuje nam umiejętności. Dało się. Mecz z Hiszpanami prowadzonymi przez Luisa Enrique udało się zakończyć remisem. Ze świeżymi srebrnymi medalistami mistrzostw Europy, Anglikami, wyszarpaliśmy polubowne zakończenie spotkania 1:1.
Lubię wspominać ten czas. Na chwilę odeszliśmy od futbolu przaśnego. Od prymitywnego kopania piłki w aut lub jak najdalej od własnego pola karnego. Chcieliśmy wygrywać. Tę reprezentację dało się darzyć sympatią. Na krótko wyrwaliśmy się z „polskiej myśli szkoleniowej” – prezentowanej wcześniej przez Jerzego Brzęczka, później przez Czesława Michniewicza, Michała Probierza i Fernando Santosa, który w męczeniu piłki piłką okazał się niezwykle podobny do rodzimych propagatorów idei głównego nurtu.
Teraz nadal nie jest dobrze
Tak to trwa do dziś. Pod płaszczykiem piłki ładnej, okrągłej, kolorowej. Szerokich obietnic o ofensywnym, cieszącym oka graniu. – Mogę obiecać, że jako trener reprezentacji Polski nie zmienię swojego stylu. Lubię, gdy piłkarze są odważni i grają w piłkę, tak abyśmy mogli coś zaoferować kibicowi – rozpalał nadzieję Jan Urban tuż po objęciu stanowiska. Cóż, na tym poprzestał.
Gramy w tę samą myśl od 2021 roku. Czasami trochę brzydziej, czasami trochę ładniej. Jednak cały czas tak samo nieporadnie. Przebywamy półtoragodzinne męczarnie z tuzami jak Litwa czy Malta. Na tle Albanii wyglądamy na tych gorszych. Na przybyszów z drugiego piłkarskiego świata, którzy muszą być ratowani przez swoje indywidua. Ze Szwedami, niezwykle uprzejmymi, pozwalającymi nam pograć w piłkę, odpadamy z walki o mistrzostwa świata. A przecież taka swoboda często się nie zdarza.











