Bez niespodzianek obyło się w grupie A. Faworyzowane Inter Mediolan i Tottenham Hotspur Londyn pewnie wygrały swoje mecze. Wrażenia mogą robić rozmiary ich zwycięstw. Oba zespoły zaaplikowały swoim przeciwnikom po cztery bramki.
Tottenham – Twente 4:1
W Londynie nikt nie miał wątpliwości, kto ma wygrać potyczkę na White Harte Lane. O tym, że „Koguty” są w dobrej formie, pokazała już poprzednia potyczka z Werderem, którą podopieczni Harry’ego Redknappa pechowo zremisowali. Z Holendrami jednak trzeba się liczyć, a o ich nieobliczalności przekonał się Inter. Ekipa z Beneluksu w pierwszej połowie udowadniała, że jej dobra dyspozycja nie jest dziełem przypadku. Dobrze grający „The Spurs” nie byli w stanie przedrzeć się przez ich formację obronną, dobrze spisywał się również Nikołaj Mihajłow. Rywale też atakowali, lecz Heurelho Gomes również pozostawał niepokonany. Pod koniec pierwszej połowy miejscowi mieli wymarzoną okazję na objęcie prowadzenia. Sędzia Terje Hauge odgwizdał rzut karny dla gospodarzy, lecz został on zmarnowany przez Rafaela van der Vaarta.
Holenderski pomocnik długo nie czekał, by się zrehabilitować. Zaledwie 120 sekund po wznowieniu gry otworzył wynik spotkania. Zaledwie trzy minuty później norweski arbiter znowu musiał użyć gwizdka po nieprzepisowym zagraniu w polu karnym gości. Do drugiej środowego wieczoru „jedenastki” poszedł Roman Pawliuczenko. Gwiazdor Euro 2008 przymierzył i podwyższył na 2:0. Po tym w szeregi Tottenhamu wdarło się rozluźnienie, czego efektem była bramka kontaktowa Nacera Chadila. Chwilę później jednak Miejscowi wrócili na dwubramkowe prowadzenie. Terje Hauge chyba polubił dyktowanie rzutów karnych dla Tottenhamu. W 64. minucie spotkania uczynił to już po raz trzeci. Do piłki ustawionej jedenaście metrów od bramki Mihajłowa podszedł Pawliuczenko. Rosjanin ponownie wytrzymał presję i umieścił futbolówkę w siatce. Po chwili antybohaterem spotkania stał się Van der Vaart, który wyleciał za czerwoną kartkę. „Koguty” grały pewnie, spokojnie, a w końcówce dobiły rywala. Garteh Bale na 300 sekund przed ostatnim gwizdkiem podwyższył na 4:1, ustalając wynik spotkania. Zawodnicy Harry’ego Redknappa pokazali klasę, którą muszą potwierdzić za dwa tygodnie w potyczce z Interem.
Inter – Werder 4:0
Nikt nie miał wątpliwości, kto jest pewniejszym kandydatem do zgarnięcia pełnej puli w tym starciu. Wyraźnie pokazywała to sytuacja w tabelach Serie A i Bundesligi. Wynikało z niej, że na San Siro niemiecki słabszy średniak zmierzy się z włoskim potentatem. Różnica w klasie obu zespołów była widoczna od samego początku. Przewaga triumfatorów zeszłorocznej edycji Ligi Mistrzów nie podlegała żadnej wątpliwości. Jedynym problemem była skuteczność. Jednak przyszedł czas, że i worek z bramkami został rozwiązany. W 21. minucie futbolówka wpadła do siatki za sprawą znajdującego się w wybornej formie Samuela Eto’o. Mistrz olimpijski z Sydney przejawiał w środę wyjątkową chęć zaszkodzenia przeciwnikom z Niemiec, czego dowód dał sześć minut później, kiedy ponownie pokonał Tima Wiese.









