Francuzi w towarzyskim spotkaniu na Stade de France pod Paryżem pokonali Stany Zjednoczone i podtrzymali passę szesnastu meczów bez porażki. Zwycięską bramkę w 72. minucie zdobył Loic Remy.
Francja, która rzutem na taśmę zapewniła sobie awans do Euro 2012, dziś mogła z komfortowej pozycji rozpocząć towarzyska potyczkę ze Stanami Zjednoczonymi. Była to również okazja, by trener Laurent Blanc mógł wypróbować nowe pomysły taktyczne i personalne.

I tak oto „Trójkolorowi” wyszli na boisko w mocno ofensywnym ustawieniu 4-4-2, które szkoleniowiec wykorzystywał tylko w potyczkach ze słabeuszami podczas eliminacji. Na środku ataku odpowiedzialni za zdobywanie bramek byli Kevin Gameiro i Karim Benzema. Wspierać ich w ofensywnych poczynaniach miały skrzydła w postaci Francka Ribery’ego i szybkiego jak wiatr Jeremy’ego Meneza.
W drugiej linii defensywnie zaś nastawionych było dwóch piłkarzy z ligi francuskiej, stały bywalec pierwszej jedenastki Yann M’Vila i Alou Diarra. Największe jednak niespodzianki personalne miały miejsce tuż przed bramkarzem, Hugo Llorisem. Pod nieobecność Patrice’a Evry (kontuzja) i Erica Abidala (mecz Barcelony w Pucharze Króla) na murawie od pierwszej minuty pojawili się niedoszły reprezentant Polski Laurent Koscielny i Jeremy Mathieu.
I to właśnie do obrony można mieć było największe pretensje w pierwszych 45 minutach. Najaktywniejszy spośród Amerykanów, Josmer Altidore, co rusz wywodził w pole defensorów „Les Bleus”, Adila Ramiego albo wspomnianego Koscielnego. Gdy w 20. minucie napastnik przyjezdnych minął zawodnika Arsenalu, został przewrócony przez Mathieu, który jak taran powalił rywala. Jednak gwizdek greckiego sędziego, Michaela Koukoulakisa, milczał, a cała sytuacja miała miejsce w polu karnym.
Francuzom bardzo nie odpowiadało początkowe nastawienie gości zza oceanu, którzy postanowili najpierw dobrze się okopać na swojej połowie, a dopiero później odważniej zaatakować. Właśnie dopiero wtedy można było zaobserwować pierwsze groźniejsze i składniejsze akcje ze strony podopiecznych Laurenta Blanca, bo na boisku zrobiło się więcej miejsca, choć było ich jak na lekarstwo.
Do przerwy wyróżnić można dwie akcje, a w każdej z nich kluczową rolę odgrywała największa gwiazda „Les Bleus”, Franck Ribery. Skrzydłowy Bayernu Monachium najpierw chciał sprytnie wykończyć dośrodkowanie Debuchy’ego (strzał piętką minął słupek bramki Tima Howarda), a następnie po indywidualnej akcji na lewym skrzydle wycofał piłkę do dobrze ustawionego w „szesnastce” Meneza. Piłkarz PSG niestety, odwracając się w stronę bramki, uderzył z czternastego metra ponad poprzeczką.
Druga odsłona była zdecydowanie ciekawsza i to ona wreszcie przyniosła zmianę wyniku, choć nieznaczną. Dużo ożywienia na pewno wniosły zmiany, na które w dużej liczbie zdecydował się Blanc. Na stadionie w Saint Denis pojawili się Loic Remy, Olivier Giroud w ataku i Marvin Martin oraz Maxime Gonalons w pomocy.









