Piłkarze Lecha Poznań i Arki Gdynia rozegrali w czwartek rewanżowe spotkania III rundy eliminacji Ligi Europy. Obie polskie ekipy nie zaliczą tych występów do udanych, bo na tym etapie kończą swoją przygodę z europejskimi pucharami.
Pierwsze spotkania dwumeczów rozegrano tydzień wcześniej. Lech mierzył się na wyjeździe z holenderskim FC Utrecht, a Arka podejmowała na własnym stadionie duńskie FC Midtjylland.
Remis ze wskazaniem na Lecha
Na pierwsze spotkanie III rundy eliminacyjnej podopieczni Nenada Bjelicy udali się do Holandii, by zmierzyć się z FC Utrecht. Gracze z Poznania powinni wracać z kraju Arjena Robbena w dużo lepszych nastrojach. Lechici byli znacznie lepsi od swoich rywali, a wynik dwumeczu mógł rozstrzygnąć się już tydzień temu. Być może zbyt pozytywnie oceniamy grę Kolejorza w pierwszym meczu, ale patrzymy przez pryzmat, cytując klasyka, „fatalnej” gry Holendrów. Majewski i spółka mogli tylko żałować, że z Holandii nie przywieźli… kilkubramkowej zaliczki.
Złe… złego początki w rewanżu
Rewanżowe starcie Lecha z Utrechtem rozpoczęło się dla poznaniaków najgorzej, jak to tylko możliwe. Już w 46. sekundzie (!) Matus Putnocky musiał wyciągać piłkę z siatki.
Zaskoczony Lech próbował odrabiać straty, ale w grze piłkarzy z Wielkopolski było dużo nerwowości. Dopiero w 27. minucie padła bramka, która ucieszyła ponad 30 tysięcy kibiców. Jej strzelcem był Christian Gytkjær. Trzeba przyznać, że Kolejorz miał sporo szczęścia przy tym trafieniu, bo arbiter nie powinien uznać tego gola – Duńczyk był na „delikatnym” spalonym.











