Piłka nożna potrafi napisać wiele pięknych historii. Ich kwintesencją są wydarzenia związane z małymi, uboższymi i mniej znanymi drużynami, które są w stanie bez żadnych kompleksów rywalizować z potentatami. Ba, to właśnie ci więksi mogą się ich nabawić, patrząc na dokonania skromniejszych przeciwników. I właśnie o to w tej zabawie chodzi. Liga Europy oraz Puchar UEFA niejednokrotnie prezentowały tego typu scenariusze.
Pierwsze mecze fazy pucharowej obecnej edycji Ligi Europy przyniosły ogromną niespodziankę w postaci zwycięstwa białoruskiego BATE z Arsenalem. Owszem, Anglicy mogą i zapewne z nawiązką odrobią jednobramkową stratę na Emirates Stadium. Niezależnie od tego, co się wydarzy, klub z Borysowa stając przed być może niewykonalną misją utrzymania korzystnego rezultatu w dwumeczu, ma od kogo czerpać inspirację. W XXI wieku w Lidze Europy, a wcześniej w Pucharze UEFA, historii kradnących serce nie brakowało.
Finał wszech czasów na początku wieku?
Pierwszy piłkarski sezon w nowym milenium przyniósł piękną przygodę baskijskiego Deportivo Alaves w Pucharze UEFA. Historia rozpoczęła się wraz z powrotem klubu do najwyższej hiszpańskiej klasy rozgrywkowej w 1998 roku. W pierwszym sezonie w roli beniaminka przyszło im stoczyć trudną, aczkolwiek udaną walkę o zachowanie ligowego bytu. Kampania 1999/2000 miała się toczyć według podobnego scenariusza. Zespół z Vitorii zszokował jednak całą piłkarską Hiszpanię i wywalczył przepustkę do europejskich pucharów, kończąc drugi swój sezon po awansie do Primera Division na szóstej lokacie.
I wówczas napisali jedną z najpiękniejszych kart historii poprzednika dzisiejszej Ligi Europy. Kolejni rywale w Pucharze UEFA nie byli im straszni. Przygodę rozpoczęli od pierwszej rundy, a na starcie mierzyli się z tureckim Gaziantepsporem. Losy tego dwumeczu rozstrzygnęły się w rewanżu, w którym to Hiszpanie po bezbramkowym wyjazdowym remisie na własnym terenie zaserwowali kibicom prawdziwy piłkarski thriller i zwyciężyli 4:3. W kolejnych dwóch rundach przyszło im się mierzyć z norweskimi ekipami: Lillestroem oraz Rosenborgiem. Obaj rywale znaleźli się w zasięgu ich możliwości. Tego samego nie można było powiedzieć o Interze Mediolan, który stał na drodze do ćwierćfinału.
Christian Vieri i spółka musieli jednak oddać, co Baskom należne. Deportivo Alaves znalazło się na autostradzie do wielkiego finału. I tak też się stało. Eliminując kolejno Rayo Vallecano i Kaiserslautern, w decydującym starciu przyszło im skrzyżować miecze z wybitnym angielskim zespołem, czyli Liverpoolem. Pojedynek ten do dziś uchodzi za jedno z najbardziej fantastycznych finałowych widowisk w piłce nożnej.
Wynik 5:4 w najważniejszym spotkaniu nie zdarza się często. Przy stanie 3:1 dla Anglików sprawa wydawała się już przesądzona. Nic z tego. Na boisku w Dortmundzie nastąpił szalony zwrot akcji. Niesamowici Baskowie doprowadzili do remisu, a do końca regulaminowego czasu gry Liverpool zdążył jeszcze ponownie objąć prowadzenie i stracić gola na 4:4.
Deportivo wykonało tego dnia kapitalną robotę, lecz było to dla nich już za dużo. Złoty gol, który wówczas obowiązywał w dogrywce, padł łupem drużyny z Anfield Road. Ten wybitny europejski klasyk okazał się punktem kulminacyjnym w historii baskijskiej ekipy, ponieważ dwa lata później Alaves pożegnało się z Primera Division. Na chwilę wrócili do niej w 2005 roku, by następnie spaść nawet do trzeciej ligi. W hiszpańskiej elicie zawitali ponownie dopiero jedenaście lat później i utrzymują się w niej do tej pory.











