W drugim niedzielnym spotkaniu, na Estadio Mediterraneo miejscowa Almeria podejmowała wicelidera, Real Madryt. Mecz zakończył się sensacyjnym remisem, a byłoby jeszcze gorzej, gdyby wyrównującej bramki nie zdobył dla Realu rezerwowy Esteban Granero.
W pierwszym kwadransie ciekawych akcji mieliśmy jak na lekarstwo. Real prezentował się nieco ospale, zamysły graczy Mourinho były niemal całkowicie rozszyfrowywane przez graczy Almerii. Kilkoma dobrymi zagraniami popisał się wracający do wysokiej dyspozycji Kaka, jednak gracze Almerii nie dawali gościom wykorzystać tych piłek i rozwinąć skrzydeł. Ok. 12. minuty świetnym długim podaniem do Ronaldo popisał się Albion. Portugalczyk, mimo asysty dwóch obrońców, uwolnił się spod ich opieki, jednak mimo iż pędził z prędkością niezwykłą, nie zdołał dogonić piłki, zanim ta została wybita przez bramkarza gospodarzy.
W kolejnych minutach „Krycha” nie rezygnował, mocno uderzając z 16. metra po ładnym minięciu stoperów. Strzał, mimo że soczysty, wylądował wprost w rękach Alvesa. W rewanżu, podobnie potężnym strzałem, acz z dalszej odległości, błysnął Kalu Uche, jednak Iker Casillas złapał piłkę jak w czapkę. W kolejnych minutach przewaga Realu wcale nie rosła, Almeria wcale nie wydawała się przestraszona klasą rywala, nie ustępując mu właściwie w żadnym elemencie rozgrywania akcji. W kolejnych minutach z boiska, kolokwialnie mówiąc (pisząc), wiało nudą. Niby wszystko wyglądało jak należy, w obydwu ekipach nie brakowało dokładności ani tempa akcji, jednak w decydującym momencie zawsze okazywało się, że lepiej ustawiony, bardziej skoczny lub sprytniejszy jest obrońca rywala. Można było zatem doznać podwójnego zdziwienia: po pierwsze Real nie zdominował dużo słabszego rywala, a po drugie, rywal ów, który nie tak dawno został zmieciony z powierzchni ziemi przez Barcelonę, teraz gra z „Los Blancos” jak równy z równym.
W 34. minucie Almeria zaatakowała dosyć zaskakująco, defensywny, rosły pomocnik – M’bami – popisał się bowiem niezłą wrzutką na głowę skrzydłowego o gabarytach średnio wyrośniętego kurczaka, czyli Pablo Piattiego. Niepilnowany Argentyńczyk wyskoczył w powietrze i oddał strzał, który jednak poszybował nad poprzeczką. Chwilę później bombę z dystansu na bramkę Casilasa posłał Bernardello, jednak i tym razem piłka zdecydowanie minęła bramkę. Tak, tak – Almeria zaczęła przeważać. Real odpowiedział podaniem Marcelo do Ronaldo i strzałem z bliskiej odległości tego drugiego. Piłkę jednak ładnie zastopował Alves. Do przerwy nie wydarzyło się już (jak na dobrą sprawę w całych 45 minutach) nic ciekawego.
Od samego początku drugiej połowy Real przeszedł do ataków. Najpierw płaskie dośrodkowanie w pole karne Di Marii ładnie wybił Diego Alves, a po chwili tylko wzrokiem odprowadził strzał Marcelo, który Brazylijczyk oddał po ładnym dryblingu i zbiegnięciu z piłką do środka. Kilkadziesiąt sekund później szczęścia próbował również Ronaldo, jednak strzelanie bez rozbiegu z ponad 30 metrów nie jest dobrym pomysłem. W 53. minucie kolejną, tym razem składną i bardzo ładną akcję, mocnym i płaskim strzałem tuż przy słupku zakończył Alonso, a wcześniej piłka jak po sznurku chodziła między Di Marią, Marcelo i Ronaldo. Uderzenie obronił Diego Alves. Nim upłynęła godzina gry, Real miał kolejną dobrą sytuację, tym razem po rzucie wolnym bitym z lewej strony boiska po faulu Uche na Ronaldo. Po dobrym dośrodkowaniu ze stałego fragmentu niezwykle bliski skierowania piłki do siatki był na dalszym słupku Ramos, jednak minimalnie chybił po strzale głową.










