Jeszcze kilka lat temu stanowił o sile drugiej linii Pogoni Szczecin. Dla szczecińskiego klubu rozegrał 56 spotkań, zapisując na swoim koncie 12 bramek i 11 asyst. Dziś 32-letni Zvonimir Kožulj znajduje się w zupełnie innym miejscu. Po zmaganiach z poważnymi kontuzjami zakończył karierę zawodniczą i poświęcił się pracy skautingowej. Bogate doświadczenie z europejskich boisk daje mu wyjątkową perspektywę przed zbliżającym się meczem Polski z Bośnią i Hercegowiną w Lidze Narodów UEFA. W rozmowie dla naszego portalu opowiada o szczegółach swojej piłkarskiej kariery oraz analizuje atuty obu drużyn narodowych. Zapraszamy do lektury!
Zvonimir Kožulj o swojej karierze piłkarskiej
Dominik Michalski (iGol.pl): Zvonimir, przez Twój czas pobytu w Polsce zdołałeś wyrobić sobie solidną markę. W Pogoni Szczecin zanotowałeś wiele świetnych występów, które sprawiły, że kibice do teraz Cię pamiętają. Jak wspominasz tamten czas?
Zvonimir Kožulj: Naprawdę wspaniale to wspominam. To było moje pierwsze prawdziwe doświadczenie za granicą. Wcześniej grałem wprawdzie w Hajduku w Chorwacji, co jest już poza moją ojczystą Bośnią i Hercegowiną, ale nie traktowałem tego jako prawdziwego wyjazdu zagranicznego. Było wiele cudownych momentów, zwłaszcza w tym pierwszym sezonie, i jestem naprawdę dumny z tego, co wtedy razem osiągnęliśmy.
Mimo nie najlepszego początku sezonu, zakończyliście rozgrywki na bardzo dobrym, szóstym miejscu. Co stanowiło wówczas największą siłę Waszego zespołu?
Tak, zaczęliśmy bardzo słabo. W pierwszych sześciu czy siedmiu meczach nie potrafiliśmy odnieść zwycięstwa. Nawet w okresie przygotowawczym mieliśmy problem z wykręceniem dobrego wyniku z przyzwoitymi rywalami, więc wszystko wskazywało na trudny początek. Myślę, że było po prostu dużo nowych zawodników i chociaż mieli odpowiednią jakość, potrzebowaliśmy czasu, żeby wszystko poukładać i zgrać się jako zespół.
Uważam, że naszą największą siłą była wspomniana jakość oraz charakter. Kiedy nam nie szło, cały czas parliśmy do przodu. To wszystko się kumulowało i w końcu zaprocentowało. Pamiętam, że nigdy się nie poddawaliśmy. Po tym przegranym meczu w Sosnowcu, kiedy wróciliśmy autokarem o siódmej rano, mieliśmy normalny trening. Żadna tam odnowa biologiczna – poważna jednostka treningowa z grami na utrzymanie. Trener powiedział, że skoro sprawy nie idą po naszej myśli, musimy pracować ciężej, i to okazało się stuprocentową prawdą. Nie ma na to innego sposobu. Pokazaliśmy charakter i zasłużyliśmy na wszystko to, co nas później spotkało.
Występowałeś w jednej drużynie z zawodnikami, którzy obecnie rozpatrywani są pod kątem gry w reprezentacji – Adamem Buksą oraz młodymi wówczas Kacprem Kozłowskim i Adrianem Benedyczakiem. Było już wtedy widać, że mają „papiery na granie”?
Skromny chłopak z niewielkiego miasta, który marzenie o dziennikarstwie sportowym przekuwa w codzienną rzeczywistość. Jego życie od zawsze kręci się wokół futbolu. Poznawał go z każdej możliwej perspektywy: jako widz, kibic, trener, zawodnik na murawie, a dziś także reporter. Redaktor iGol.pl oraz autor felietonu „Byli, grali, wyjechali...”, w którym przygląda się dalszym losom piłkarzy po opuszczeniu polskich klubów.
Zdecydowanie, wszyscy pokazali potencjał, gdy tylko ich zobaczyłem. Buksa to był niesamowicie silny, dynamiczny i bardzo groźny napastnik. W tamtym czasie miał jednak sporo problemów z dolnym odcinkiem pleców, co ciągle wybijało go z rytmu i nie pozwalało mu grać regularnie. Na szczęście w porę się z tym uporał i zrobił – zresztą wciąż robi – świetną karierę. Adrian Benedyczak wyglądał podobnie, choć on potrzebował trochę czasu, żeby zdobyć doświadczenie i poprawić wykończenie akcji, ale to, co teraz pokazuje w Turcji, to moim zdaniem naprawdę poważna jakość. Z kolei Kacper był po prostu zjawiskowy. To, co pokazywał w wieku 16 lat na treningach i w meczach, to coś, co naprawdę rzadko się widuje. Sposób, w jaki operował piłką i jego stabilność na boisku sprawiały, że od razu wiedziałem, iż będzie piłkarzem o olbrzymiej jakości.
Z tego, co wiem, masz wciąż dobry kontakt z zawodnikami z czasu pobytu w Szczecinie i śledzisz ich poczynania. Często ze sobą rozmawiacie?
Śledzę losy ich wszystkich, a zwłaszcza tych, z którymi spędzałem więcej czasu. Co do kontaktu – wiesz, jak to jest. Czasem po prostu napiszemy do siebie, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku, i tyle. Każdy ma swoje obowiązki, a życie pędzi dziś znacznie szybciej.
Następnie Twoja kariera potoczyła się w stronę Turcji, gdzie występowałeś w Gaziantepie oraz Eyüpsporze, po czym… wróciłeś do Polski. Czy odchodząc z Pogoni spodziewałeś się, że Twoje piłkarskie drogi zaprowadzą Cię z powrotem do tego kraju?
Szczerze mówiąc, spodziewałem się i wiedziałem, że tu wrócę, ale nie myślałem, że nastąpi to tak szybko. Po odejściu z Pogoni chciałem zrobić krok naprzód, ale różne okoliczności sprawiły, że to nie wyszło, więc szukałem po prostu miejsca, w którym miałbym szansę na częstszą grę.
Jak wyglądały kulisy przejścia do Termaliki? W Turcji nie grałeś zbyt wiele, szukałeś regularnej gry w miejscu, które już dobrze znałeś?
Dokładnie tak, szukałem okazji do grania. Zgłosili się do mnie, walczyli o utrzymanie i potrzebowali zawodników o wyższej jakości. Szybko doszliśmy do porozumienia i dołączyłem do nich na zgrupowaniu w Turcji. Następnie, na samym pierwszym treningu, doznałem kontuzji przez kompletnie bezsensowny wślizg podczas małej gry na utrzymanie.
W klubie z Niecieczy nie zdążyłeś zadebiutować z powodu kontuzji. Zerwane więzadło krzyżowe to koszmar każdego piłkarza, a powrót zajmuje bardzo dużo czasu. Czy już wtedy miałeś z tyłu głowy, że może to być początek końca Twojej piłkarskiej kariery?
Dokładnie tak, już na pierwszym treningu mój kolega z drużyny brutalnie mnie sfaulował – zupełnie niepotrzebnie i bez żadnego realnego powodu. Swoją drogą, nigdy potem nie zadzwonił, nie przeprosił, ani nawet nie zapytał jak się czuję. Rozumiem, że na boisku dzieją się nieprzewidziane rzeczy i że kontuzje się zdarzają, ale jego reakcja – a raczej jej brak – po tym wszystkim, mówi mi więcej niż sam faul. Termalica twierdziła, że przyszedłem do nich z urazem. Zrobiło mi się przykro, bo mimo, że byłem w swojej karierze uparty, to nigdy nie zrozumiem takiego zagrania z ich strony.
Pojechałem na operację do Lyonu, gdzie operował mnie znany ortopeda, dr Bertrand Sonnery-Cottet, który ma na koncie ponad 10 tysięcy operacji więzadeł krzyżowych (ACL). Powiedział mi, że ledwo zdołał poskładać moje kolano w całość – wszystkie struktury były zerwane, z wyjątkiem więzadła krzyżowego tylnego, które przetrwało. Więc, oczywiście, już w tamtym momencie byłem mentalnie przygotowany na to, że moja kariera w poważnej piłce prawdopodobnie dobiegła końca.
Po pobycie w Termalice pojawiła się na Twojej drodze jeszcze pierwszoligowa Sandecja Nowy Sącz. Powrót do Polski nie był udany pod względem wyników, ale sam fakt, że byłeś tu w trzech różnych klubach pozwala sądzić, że dobrze czułeś się w naszym kraju?
Próbowałem w Sandecji, ale po prostu nie wyszło. Krótko mówiąc: moje ciało nie było jeszcze gotowe na powrót na boisko. Tak, dobrze się tutaj czułem. W Nowym Sączu spotkałem wielu dobrych i wspaniałych ludzi, których chciałbym przy okazji pozdrowić. Bardzo mi przykro, że nie byłem w stanie im wtedy pomóc.
Po wyjeździe z Polski grałeś m.in. w Zrinjskim Mostarze, który walczył wtedy w europejskich pucharach przeciwko Aston Villi czy AZ Alkmaar. Czy to był najlepszy moment Twojej kariery od czasu odejścia z Pogoni?
Można powiedzieć, że ten okres był takim słońcem, które wreszcie wyszło po burzy. Spędziłem trochę czasu w Zrinjskim Mostar, wracając do klubu, w którym dorastałem i kształtowałem się jako chłopak. To był pierwszy raz, gdy bośniacki klub grał w fazie grupowej w Europie. Dałem bardzo dobrą zmianę w pierwszym meczu, gdzie udało nam się odwrócić losy spotkania z AZ Alkmaar ze stanu 0:3. Grałem trochę, głównie z ławki, ale moim marzeniem było grać więcej i łapać regularne minuty.
Byłem z tego niezadowolony i chciałem odejść do klubu, w którym wreszcie zacząłbym grać tydzień w tydzień – i to jest jedyna rzecz, której żałuję. Mogłem tam zostać, grać i czerpać z tego radość, mimo że kibice byli tam niezwykle wymagający, jeśli chodzi o wyniki i wygrywanie.
W kadrze Zrinjskiego znajdował się wtedy Josip Ćorluka, który gra obecnie w Polsce i prezentuje bardzo dobrą formę. Czy przyjeżdżając tutaj, pytał Cię o to, jak wyglądają realia naszej ligi?
Tak, rozmawialiśmy, zanim tam przeszedł. Powiedział mi, że ma taką opcję, i byłem szczerze szczęśliwy, gdy zobaczyłem, że ten transfer doszedł do skutku. Świetny facet, świetny piłkarz. To nie przypadek, że notuje tak dobre występy. Miał kluczowy wkład w wiele sukcesów i tytułów wywalczonych przez Zrinjski. Mam nadzieję, że zdrowie będzie mu dopisywać i że nadal będzie prezentował taką formę.
W jakim momencie podjąłeś decyzję o zakończeniu piłkarskiej kariery? Masz 32 lata i od początku roku nie grasz już w piłkę. Co miało największy wpływ na tę decyzję?
Szczerze mówiąc, piłka nożna była moją największą pasją, w którą wkładałem całe serce i duszę. Kiedy poczułem, że ta pasja zaczyna gasnąć, wiedziałem, że już tam po prostu nie pasuję. Zawsze uważałem, że jeśli mam robić coś „na pół gwizdka”, to po prostu nie przyniesie to prawdziwych rezultatów. Powiedziałem sobie, że nie powinienem oszukiwać ani samego siebie, ani klubów, które mogłyby oczekiwać ode mnie rzeczy, których nie byłbym już w stanie dać.
Z drugiej strony, będąc w pełni szczerym. Przed tamtą kontuzją (drugim zerwaniem ACL) dosłownie nigdy nie miałem problemów z naderwaniami mięśni. Nigdy. Natomiast po niej, łapałem chyba każdą możliwą kontuzję: łydka, mięsień czworogłowy, dwugłowy, przywodziciel. To był niekończący się cykl wracania do formy tylko po to, by zaraz znowu wylądować w tubie rezonansu magnetycznego. Bardzo mnie to frustrowało. Radość z gry niemal całkowicie zniknęła, a zastąpiły ją głównie stres, strach przed kolejnym urazem i niezadowolenie. Posłuchałem więc swojego wewnętrznego głosu i uznałem, że to już czas. Muszę jednak podkreślić, że nawet wtedy, gdy byłem najzdrowszy i w najwyższej formie, nigdy nie planowałem grać dłużej niż do 34. roku życia. Wystarczy.
Skoro nie piłka, to na pewno masz jakąś inną pasję. Czym zajmujesz się po zakończeniu kariery?
Nie mogę powiedzieć, że mam teraz jakąś wielką nową pasję. Spędzam większość czasu w domu, w moim mieście. Dość aktywnie gram z przyjaciółmi w padla, a moim obecnym zajęciem jest skauting – szukam głównie młodych zawodników z naszego regionu.
Dzięki Twojemu doświadczeniu z gry w wielu ligach masz dobry ogląd sytuacji. Czym różniła się liga polska od bośniackiej i tureckiej?
Szczerze mówiąc, uważam, że infrastruktura determinuje mnóstwo rzeczy. Mając dobry budżet, jesteś w stanie ściągnąć jakościowego zawodnika. Tym, co najbardziej zachwyciło mnie w Polsce, był fakt, że stadiony są w większości pełne, nowoczesne i nowo wybudowane. Uważam, że poziom polskiej piłki ligowej rośnie z roku na rok.
Z kolei w Bośni ta jakość jest nieco niższa niż w poprzednich latach. Problem polega na tym, że zawodnicy, którzy pokażą próbkę talentu w bardzo młodym wieku, nie mogą tu zostać. Kluby muszą na nich zarobić i ich sprzedają. Przez to mocno traci się tu na jakości. Moim zdaniem, gra toczy się tu nadal na niskiej intensywności, a futbol nie jest tak otwarty, jak w wielu innych ligach w Europie. Gdy dodamy do tego przestarzałą infrastrukturę i niską frekwencję, trzeba uczciwie przyznać, że mogłoby być lepiej. Jeśli chodzi o Turcję – tamtejsza liga jest bardzo szybka i jakościowa, ale muszę zauważyć, że niektóre ligi, operujące ze znacznie niższymi pensjami i budżetami, potrafią osiągać w europejskich pucharach wyniki bardziej powtarzalne i długofalowe niż Turcy.
Zvonimir, masz także za sobą debiut w reprezentacji narodowej w towarzyskim meczu z Japonią w 2016 roku. Miałeś więc okazję poczuć się jak prawdziwy kadrowicz. Czy po dobrych występach w Pogoni liczyłeś na ponowne powołanie?
Uważam, że z pewnością zasłużyłem wtedy na powołanie, ponieważ notowałem udane występy w Pogoni. Nie mam jednak do tego zbyt wielkich żalów. Gra w kadrze była cudownym doświadczeniem. Graliśmy w Japonii na oczach 50 tysięcy ludzi i zdecydowanie jest to coś, co zapamiętam do końca życia. Żałuję tylko, że nie było mi dane poczuć tej presji również w meczach o stawkę.
Zvonimir Kožulj o meczu Polska – Bośnia. Kto ma więcej atutów?
Dziś losy reprezentacji śledzisz już z nieco innej perspektywy, ale trzeba przyznać, że masz co oglądać. Czy zgodzisz się ze stwierdzeniem, że ten rok dla bośniackiej piłki reprezentacyjnej jest wyjątkowo dobry? Awans na Mistrzostwa Świata i związany z nim prawdziwy szał kibiców jest tego najlepszym dowodem.
Zdecydowanie zgadzam się z tym, co powiedziałeś. Sukces przerósł wszelkie oczekiwania i to wspaniała sprawa dla całego kraju. Sport znaczy tutaj bardzo wiele, więc wszyscy kibicowali Bośni i Hercegowinie na Mistrzostwach Świata. To nagroda za konsekwentną pracę nowego zarządu przez ostatni rok z hakiem. Wykonali świetną robotę ze skautowaniem zawodników, którzy mieli opcję gry dla innych reprezentacji, ze względu na podwójne obywatelstwo.
Widać, że Sergej Barbarez ma plan na reprezentację, a powierzenie mu funkcji selekcjonera było dobrym wyborem. Awansował z kadrą po 12 latach na mistrzostwa, podczas gdy Polsce się to nie udało. Co według Ciebie zadecydowało o jego sukcesie?
Myślę, że dodał piłkarzom pewności siebie, a w szczególności sprawił, że ci młodzi chłopacy uwierzyli w siebie i nie bali się popełniania błędów. Pamiętam, jak Włosi byli zaskoczeni osobowością i odwagą Alajbegovicia czy Barjaktarevicia, a także tym, że nieustannie wchodzili w dryblingi. Uważam, że to w dużej mierze zasługa selekcjonera i jego sztabu. Druga sprawa jest taka, że stworzył w drużynie świetny balans i, co jasne, odpowiednią atmosferę oraz poczucie jedności, bez których nic by nie funkcjonowało. A zrobienie tego w tak krótkim czasie nie jest łatwe.
W reprezentacji są już Alajbegović czy Bajraktarević, którzy są przyszłością Waszej kadry. Młode pokolenie sprawi, że Bośnia regularnie będzie grać w największych turniejach?
Najlepsze pytanie brzmi teraz: czy uda im się zachować tę ciągłość i czy zdołają awansować na kolejny turniej? Myślę też, że w Europie jest coraz więcej solidnych reprezentacji z grona tych – warunkowo mówiąc – „małych”. Na pewno walka o awans na Mistrzostwa Europy będzie wymagająca, ale wierzę, że ten zespół stać na to. Sama federacja podkreślała, że awans na EURO był ich głównym celem, a Mistrzostwa Świata to taka nagroda dla wszystkich.
Nie sposób nie zapytać o Edina Džeko. Weteran kończy karierę w reprezentacji w meczu ze Szwecją. Jak myślisz, jak kadra poradzi sobie bez lidera? Czy jest obecnie ktoś, kto go zastąpi?
Tak, zgadza się. Džeko kończy z kadrą. Muszę powiedzieć, że Džeko – pomijając fakt, że bez dwóch zdań jest naszą największą legendą – to człowiek, który grał dla reprezentacji przez te wszystkie lata nie tylko w momentach chwały, ale i w bardzo, bardzo kiepskich czasach. Wywalczył z kadrą dwa awanse na turnieje rangi Mistrzostw Świata, zawsze dawał z siebie sto procent i nigdy nie narzekał, co uważam za wręcz fascynujące. Mogę jedynie powiedzieć, że darzę go ogromnym szacunkiem. Uważam, że nowy lider wyłoni się naturalnie, tak jak to zwykle bywa. Musimy być po prostu trochę cierpliwi, bo zastąpienie Edina w tych kwestiach nie będzie łatwe.
Zbliżają się mecze Polski z Bośnią i Hercegowiną w Lidze Narodów. Jakie mocne strony według Ciebie ma obecnie reprezentacja Bośni? Na co Polacy muszą uważać?
Tak jak wspomniałem – mamy świetny balans w zespole, a ci młodzi skrzydłowi są bardzo odważni i utalentowani. To oni robią różnicę z przodu, szczególnie w tych ostatnich meczach, które tak wiele decydowały. Więc to ich uważam za naszą gigantyczną siłę. Bośnia i Hercegowina zawsze słynęła ze świetnych pomocników i napastników, ale tak szybkich i utalentowanych skrzydłowych jeszcze nie mieliśmy.
Odwrócę teraz pytanie: co uważasz za mocną stronę reprezentacji Polski? Polska również przechodzi zmianę pokoleniową, co odbija się na wynikach, ale pojawia się sporo nowych graczy. Kogo z dzisiejszej, młodej fali polskich piłkarzy wskazałbyś jako największe zagrożenie dla obrońców Bośni i Hercegowiny?
Cóż, zdecydowanie Bednarek i Kiwior. Rzadko się zdarza, żeby dwóch zawodników grało razem i w tym samym klubie, i w tej samej reprezentacji, więc to ich zgranie oraz stabilność zabezpieczająca tyły, na pewno daje wam bardzo wiele. No i bez wątpienia jest też Lewandowski, który – z wiekiem – staje się oczywiście coraz bardziej doświadczony. Może nie ma już tej pełnej siły co dawniej, ale wciąż potrafi stanowić ogromne zagrożenie.
Pozostaje mi więc zapytać o Twoje przewidywania na zbliżające się mecze. Kto ma po swojej stronie więcej atutów?
Polska gra u siebie, przed pełnym stadionem, co z pewnością daje im przewagę. Jednak ponownie wyróżniłbym naszych młodych chłopaków. Są niezwykle odważni, pełni talentu i wierzę, że będą po prostu czerpać radość z tego meczu. A kiedy cieszą się grą, zawsze potrafią dostarczyć świetne widowisko i dobre wyniki. Na pewno będzie bardzo ciekawie.
Zvonimir, wielkie dzięki za rozmowę, poświęcony czas i niesamowitą szczerość. Miło było powspominać najlepsze momenty w Pogoni i posłuchać Twojego spojrzenia na współczesny futbol. Powodzenia we wszystkich nowych wyzwaniach, udanych łowów w skautingu i do zobaczenia – miejmy nadzieję – ponownie na polskich stadionach, chociażby w roli eksperta czy kibica!
Również bardzo dziękuję za rozmowę! Pozdrawiam serdecznie wszystkich kibiców w Polsce i do zobaczenia!
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.