Tego nie spodziewał się chyba nikt! Miał być gwałt, miała być arcyciężka przeprawa, porażka, a Legia Warszawa pokonała Celtic Glasgow aż 4:1. A mogło być dużo lepiej. Zmarnowane dwa karne i co najmniej dwie setki napawają optymizmem przed rewanżem. Trzeba jednak pamiętać, by ostatecznie nie zlekceważyć rywala. Szkoci mogą jeszcze pokazać pazur!
Tuż przed spotkaniem Legii Warszawa z Celtikiem Glasgow zamiast o klasie przeciwnika, mówiło się o świetnie wyglądających strojach. Ciężko było traktować rywala poważnie, skoro na szpicy ekipy występuje zawodnik grający mocno przeciętnie, zauważył to zresztą nasz dziennikarz, Artur Dylewski.
Rzeczywiście, Fin gra wielkimi zrywami. W Schalke radził sobie nie tyle przeciętnie, co słabo. W ciągu 41 spotkań trafił ośmiokrotnie. Nielepiej szło mu w ostatnim sezonie, gdzie dobry miał jedynie start. Po dwóch bramkach w pierwszych dwóch spotkaniach gola nie zdobył przez cztery miesiące. O występie Skandynawa świadczy też trochę to, że zszedł tuż po pierwszej połowie, będąc zastąpionym przez nominalnego pomocnika. Zmiana taktyczna? Niekoniecznie…
Pierwsze minuty zapowiadały nam naprawdę świetne spotkanie. Legia chciała zrobić „Steauę”. Ondrej Duda próbował wprowadzić trochę nonszalancji, jednak większość jego zagrań lądowała pod nogami gości. Kiwać próbował Michał Kucharczyk. To wszystko było jednak na nic, bo koszmar sprzed roku powrócił. Najpierw ograć dał się Brzyski, potem zabrakło asekuracji kolegów, a przy celnym uderzeniu McGregora Kuciak był bez szans.
Złego miłe początki…
Na szczęście wreszcie to nam dopisało szczęście! W grze Celticu ewidentnie brakowało Scotta Browna, pewniaka w środku defensywy nie tylko w klubie, ale również i w reprezentacji. Zamiast niego w centralnej części obrony zagrali Ambrose i van Dijk. Holender radził sobie głównie dzięki świetnym warunkom fizycznym, jednak Nigeryjczyk najpierw zawalił przy pierwszym golu Legii, a swój występ na Łazienkowskiej zakończył zgarnięciem czerwonej kartki. I wręcz dziwne, że Forster nie krzyczał „F*ck off!” do swojego kolegi, który nie chciał opuścić boiska, a z zaangażowaniem, takim właśnie okrzykiem, pozdrawiał Miro Radovicia przez kilkanaście sekund, wysyłając mu tę jakże miłą wiązankę.
Nie chwalimy „Celtów” z formacji defensywnej, zastrzeżenia mamy również do stoperów Legii Warszawa. Niestety, to nie był najlepszy mecz Kuby Rzeźniczaka i Inakiego Astiza. Polsko-hiszpański duet nie miał w drugiej połowie zbyt wielu okazji do interwencji i wtedy zbytnio nie zawodził, choć w kilku sytuacjach było gorąco. Na początku starcia żaden z ŚO nie podszedł do McGregora, który przepchnął Brzyskiego i bezkarnie uderzył. Potem brakowało też zrozumienia, przez co ten sam zawodnik swobodnie oddał groźny strzał na bramkę. I wreszcie kiks Jakuba w polu karnym, gdy fatalnie piąstkował Duszan Kuciak.










