Oto na naszych oczach Anglia z rozpieszczonej i brzydkiej nastolatki bogatych rodziców o prestiżowym, uznanym nazwisku przemieniła się w atrakcyjną dwudziestolatkę wykręcającą szyje starszych i młodszych adoratorów podczas spacerów po mieście.
Wczorajsza wiktoria na Olympiastadion w Berlinie nie ma żadnego znaczenia w wymiarze punktowym. Zwykły sparing, na które narzeka przecież tylu fanów piłki klubowej, zirytowanych, że ich ukochane zmagania ligowe, zmierzające powoli do mety, zostały jakimś prawem przerwane po to, żeby selekcjonerzy mogli sobie coś tam posprawdzać.
Jednak triumf w stolicy tak klasycznego dla Anglii rywala ma istotne znaczenie w dwóch sferach – mentalnej i symbolicznej. Mentalnej, bo młody, niedoświadczony zespół stanął naprzeciw jednego z największych wyzwań, jakie można mieć na polu reprezentacyjnym: wygrać mecz z Niemcami, przegrywając go już 0:2. Ostatni raz, gdy „Synowie Albionu” dokonali takiej sztuki, zdarzył się 40 lat temu! Złotą maksymę Gary’ego Linekera („Piłka nożna to taka gra, w której 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy”) można przy tej okazji wyrzucić do kosza, choć jej autor pewnie nie będzie rozpaczał z tego powodu.
Poza tym druga połowa tego starcia to chyba najlepsze 45 minut gry kadry pod wodzą Roya Hodgsona, co w zasadzie sam przyznał na pomeczowej konferencji (a kieruje reprezentacją od 2012 roku!). Jeżeli na trzy miesiące przed mistrzostwami Europy grasz najlepsze spotkanie w ostatnich czterech latach, to chyba nie jest źle, prawda?
Hodgson nagle z najnudniejszego selekcjonera w historii reprezentacji zmienił się w odważnie stawiającego na młodzież, doświadczonego trenera. Niebywałe, jak potrafi się zmienić perspektywa. Trzeba jednak przyznać, że poczciwemu 68-latkowi mocno pomógł Mauricio Pochettino, który wziął porządny stempel i odcisnął swoje piętno na kadrze. Jak? Ano tak.












