Wzloty i upadki – Górnik Zabrze i rok 2020


Podsumowujemy mijający rok w wykonaniu podopiecznych Marcina Brosza

31 grudnia 2020 Wzloty i upadki – Górnik Zabrze i rok 2020
www.piast-gliwice.eu

Rok 2020 dla wszystkich był trudny. Z perspektywy zwykłego kibica na jakiś czas wstrzymane zostały rozgrywki. Przez większą część tego feralnego, mijającego roku fani nie mogli zasiadać na trybunach. Zaś z perspektywy nas, dziennikarzy, również nie było łatwo, bo zostaliśmy odcięci od bezpośredniego kontaktu z zawodnikami, trenerami, przedstawicielami klubów. Zespół z Zabrza w tych trudnych chwilach poradził sobie niespodziewanie dobrze, nawet mimo krótszej przerwy latem, niewielu mocnych transferów w letnim okienku i ogólnego zamieszania. Czas podsumować 366 dni w wykonaniu Górnika.


Udostępnij na Udostępnij na

Wraz z początkiem tego roku wśród kibiców z Zabrza panowały raczej średnie nastroje. Górnik przezimował na 12. miejscu, jednak lokata ta nie była ani trochę bezpieczna. Tuż za plecami na potknięcie ekipy Marcina Brosza czekały Arka Gdynia i Korona Kielce. Zespół spisywał się poniżej oczekiwań, a apetyty kibiców z każdym rokiem są przecież ogromne. Górnik to zasłużona w polskiej piłce firma, która zdecydowanie nie powinna krążyć wokół strefy spadkowej ekstraklasy…

Nadejdą lepsze dni

W styczniu trudno było uwierzyć, że wraz z wiosną w Zabrzu zawitają dobre wiatry, które przyniosą powodzenie. Mecze kontrolne mogły wskazywać na to, że w Górniku w końcu „coś się ruszy”, jednak prawdziwy egzamin pokazał, że przed zespołem ogrom pracy. Mecz z uczestnikiem poprzedniej (a także i obecnej) edycji Ligi Mistrzów, drużyną Red Bull Salzburg, pokazał wszystkie słabości zabrzan.

Wiadomo było, że ekipie przyda się kilka nowych twarzy. I znów trzeba przyznać, że dyrektor Płatek – choć szczerze przyznam, że do jego „kultu” wśród niektórych fanów podchodzę sceptycznie – odwalił kawał dobrej roboty. Do klubu trafili Erik Jirka i Roman Prochazka. W większości wiosennych meczów byli filarami zespołu. Poza tym zimą zabrzanie byli niezwykle bierni podczas okienka transferowego. Dawno nie mieliśmy takiej sytuacji, w której Górnik wyszedł na całkowite „zero”, jeśli chodzi o pieniądze wydane i pozyskane w trakcie okienka. Więcej o tym pisałem w styczniowym „Skarbie Kibica”.

Zacznijmy od Słowaka. Jirka zagrał we wszystkich meczach rundy wiosennej – tylko w ostatnim mniej niż 46 minut. Po pierwsze dlatego, że na jego pozycji nie było zbyt dużej konkurencji, a po drugie spisywał się po prostu bardzo dobrze. Niejednokrotnie mogliśmy oczekiwać od niego nieco więcej, jednak ogólnie pokazał się z dobrej strony. Niezły technicznie, szybki zawodnik dał Górnikowi cztery bramki w 17 spotkaniach. Dużo? Mało? Tak szczerze to ani jedno, ani drugie. Z pewnością w podkręcaniu wyników nie pomogło to, że Słowak mógł się czuć w pełni pewny swojej pozycji. Jesienią na wypożyczeniu w Mirandes (2. liga hiszpańska) strzelił dokładnie tyle samo bramek oraz zanotował jedną asystę – a potrzebował na to wszystko ponad 300 minut mniej.

Prochazka – miał być zbawiciel, a wyszedł średniak

Prochazka natomiast do Zabrza przychodził niejako jako gwiazda. Viktoria Pilzno oddała zawodnika, dla którego trener nie znalazł miejsca w swoich planach. Słowak, choć jest już nieco wiekowym graczem (w marcu skończy 32 lata), cały czas jest ważnym ogniwem w zespole. Wiosną opuścił trzy mecze, jesienią ani jednego – zagrał w każdym. Choć nie wykręca wyników w postaci goli i asyst, wszak jest zawodnikiem defensywnym, „szóstką” czy, jak niektórzy lubią mówić, „przecinakiem”, na zmontowanych klipach z jego najlepszymi zagraniami prezentował się jakoś lepiej. Często nie jest zbyt widoczny w meczach, choć i jego rola nie polega na prezentowaniu wyszukanych, kreatywnych zagrań.

Niektórzy na Słowaku mogli się jednak zawieść. Sprowadzony rok wcześniej Walerian Gvilia, który odszedł później do warszawskiej Legii, rządził i dzielił w środku pola. Żurkowski zaś dawał od siebie bardzo dużo – jako młody, wybiegany i pełny ambicji zawodnik, który nigdy nie odpuszczał. Po stracie tych dwóch piłkarzy w zespole pojawił się prawdziwy problem. Kim zapełnić powstałą w drugiej linii dziurę?

Sprowadzeni latem Filip Bainović oraz Szymon Matuszek nie sprawdzali się. Ten pierwszy grał poniżej oczekiwanego poziomu. O drugim wiele mówi to, że latem musiał pożegnać się z zespołem, aby w końcu trafić o poziom niżej, do legnickiej Miedzi. Byłemu kapitanowi Górnika nie pomogły jednak męczące go kontuzje. Serb natomiast… No cóż, zapowiadał się całkiem nieźle, ale koniec końców wypadł ze składu „Trójkolorowych” i stał się raczej zmiennikiem. W pewnym momencie został nawet oddelegowany na kilka spotkań trzecioligowych rezerw.

Prochazka przychodzący z tak dużego (w porównaniu do Górnika) klubu, jakim jest Viktoria Pilzno, regularny uczestnik pucharów europejskich, miał niejako „zbawić” zespół z Zabrza. Jego wpływ na grę drużyny nie był chyba aż tak wielki, jak się spodziewano. Słowak to obecnie taki typowy ekstraklasowy ligowiec. I nic poza tym.

Nowy kierunek

Styczeń obfitował w wiele ciekawych wydarzeń. W końcu poznaliśmy nowego prezesa klubu, którym został wybrany Dariusz Czernik. Urodzony zabrzanin, od lat związany z Górnikiem, wcześniej jako dziennikarz śląskiego „Sportu”, a od już niemalże roku prezes klubu. Niniejsze podsumowanie może równie dobrze posłużyć jako rozliczenie tego, co Czernikowi udało się osiągnąć przez ten – bardzo przecież krótki – czas. A czas ten był z pewnością także bardzo trudny, bo kto obejmując posadę prezesa w ekstraklasowym klubie, spodziewałby się, że już za dwa miesiące zmierzy się z globalną pandemią?

No właśnie. Przyszedł luty, a na Wschodzie pojawiły się pierwsze wieści o nowej, potencjalnie niebezpiecznej i bardzo zaraźliwej chorobie. Na pierwsze przypadki w Europie nie musieliśmy długo czekać. W końcu stało się nieuniknione, koronawirus trafił do Polski. Zanim zawieszono rozgrywki, zabrzanie zdobyli kilka ligowych punktów. Niemalże trzy miesiące, w których w polskiej piłce klubowej nie działo się zupełnie nic, Górnik spędził na 12. miejscu. Nie oznacza to jednak, że pierwsza część wiosny nie przyniosła żadnego progresu – przewaga nad strefą spadkową wzrosła i okazało się, że realne jest nawet wdarcie się do górnej połowy tabeli.

O włos od górnej „ósemki”

Trudno powiedzieć, jak pandemia wpłynęła na zawodników Górnika. To znaczy, czy – z czysto sportowego punktu widzenia – wyszło to zespołowi na plus czy na minus. Zabrzanie po wznowieniu rozgrywek byli tak samo wybiegani jak przed restartem, choć reszta ekip nieco pod tym względem podupadła. Duże brawa należą się nie tylko zawodnikom, którzy starali się utrzymać formę w domu, ale też fizjoterapeutom. Bo do końca rundy zasadniczej Górnik wychodził na swoich rywali z fizyczną przewagą i zaliczył serię sześciu meczów bez porażki.

Na koniec rundy zabrzanie wygrali nawet z Legią, która później zdobyła mistrzostwo Polski. I piłkarze mogli sobie pluć w brodę, bo ostatecznie przegrali walkę o górną ósemkę. Remis w meczu z Lechią, w którym brylował Erik Jirka, można uznać za „frajerstwo rundy wiosennej”.  Jednak warto też spojrzeć na sytuację z obiektywnej i szczerej strony.

Przede wszystkim 9. miejsce po rundzie zasadniczej z dużą przewagą nad strefą spadkową w styczniu brałbym w ciemno. Naprawdę, potencjał tego zespołu, nawet po wstrzymaniu rozgrywek, nie wskazywał na to, że Górnik zbliży się aż tak do górnej części tabeli. Ani że ostatecznie wygra grupę spadkową, co później nastąpiło. Druga sprawa natomiast jest taka, że sam podkreślałem, iż o górną ósemkę trzeba było walczyć wcześniej. Zdobyć ją bez kalkulacji, bez plucia sobie w brodę po 30. kolejce, że „wystarczyło wygrać z Lechią”. I tej wersji do dziś się trzymam.

Trzeba uderzyć się w pierś i przyznać, że Górnik na górną ósemkę najwyraźniej nie zasłużył. Bo bardzo udana wiosna nie mogła nam przyćmić obrazu tego, co zespół prezentował jesienią. I to właśnie ta bardzo przeciętna runda jesienna pozbawiła Górnika miejsca w górnej części tabeli, a nie jeden mecz z Lechią Gdańsk.

Do młodzieży świat należy…

Takie hasło przewodnie od jakiegoś czasu przyświeca zespołowi Górnika. I faktycznie, jeszcze niedawno w pierwszej drużynie młodzieżowcy grali role pierwszoplanowe. Przede wszystkim byli to Szymon Żurkowski i Tomasz Loska. Nie ma wątpliwości, że – obok Igora Angulo – ta para spisywała się świetnie. W zespole pozostał także Wiśniewski, który jednak czasami popełnia niewybaczalne błędy. Poza obrońcą reszta młodzieżowców występująca w ekstraklasie nie prezentuje tak wysokiego poziomu jak chociażby wspomniany wcześniej Żurkowski.

Nie zrozumcie mnie źle – Górnik ma dużo utalentowanej młodzieży. Jednak to nie są gracze gotowi na ekstraklasę, a obowiązek młodzieżowca wciąż zabrzan obowiązuje. Gdzieś w całym tym chaosie związanym z restartem rozgrywek podjęto decyzję o tym, aby zakończyć sezon w niższych ligach – od 3. ligi w dół. Spotkania w ligach młodzieżowych również anulowano, a mistrzem Polski do lat 18 została ekipa Górnika Zabrze, która mistrzostwo wywalczyła w… ostatniej kolejce przed zamknięciem rozgrywek.

Mistrzowie w pierwszym zespole

Pisząc o sukcesie młodych zawodników Górnika w maju tego roku, wspominałem o kilku graczach. Warto zatem sprawdzić, jak radzą sobie obecnie. Kamil Lukoszek, który w Centralnej Lidze Juniorów nastrzelał dziesięć bramek, tej jesieni zagrał w dziewięciu meczach w drużynie rezerw. Zdobył nawet dwie bramki. Do ekstraklasy wciąż daleka droga, ale snajper ma dopiero 18 lat.

Również 18-letni Bartosz Neugebauer także pozostaje wyborem numer dwa w bramce Górnika. Całe szczęście żadne poważne urazy nie dopadają Martina Chudego, który jest jednym z kilku graczy, mających jesienią komplet minut na swoim koncie. Młody golkiper trenuje jednak z pierwszą drużyną, sporadycznie występując w ekipie rezerw, i czeka na swój ekstraklasowy debiut.

O Aleksandrze Paluszku wspominałem przy okazji innego artykułu, jednak jego talent nie przeszedł niezauważony. Nic dziwnego, że 19-latek, który wiosną był podstawowym zawodnikiem rezerw, jest powoli wprowadzany do składu przez Marcina Brosza. Młody defensor ma już za sobą debiut w ekstraklasie i nie ukrywam, że bardzo cieszy mnie jego rozwój. Właśnie w takich młodych graczach tkwi potencjał Górnika – szkoda tylko, że chłopaka trzeba było sprowadzać z Dolnego Śląska, a nie jest wychowankiem z regionu. Ale to już tylko moje narzekanie.

Letnie zawirowania

Lato przyniosło wiele zmian i nie chodzi tu nawet o okres okienka transferowego. Oczywiście z klubu odszedł między innymi Igor Angulo, ale o samym Hiszpanie nieco później. Trener Brosz postanowił przejść na nowy system, z trzema obrońcami, wahadłowymi oraz dwoma napastnikami. Już niedługo mieliśmy się przekonać, jak nowa formacja sprawdzi się na boiskach ekstraklasy.

Mówiąc jeszcze o transferach, trzeba wspomnieć, że tych nie uświadczyliśmy zbyt wiele. Jedynym poważnym wzmocnieniem był tak właściwie Alex Sobczyk, który niestety w debiutanckim meczu przedwcześnie opuścił boisko. Zdążył jednak wypracować dwie bramki i pokazał się ze świetnej strony. Nieco później do zespołu dołączyła także para Greków na wypożyczenie – Evangelou oraz Masouras. Ten drugi w swoim pierwszym meczu zachwycił walecznością, kiedy z zakrwawionym nosem pozostawał na boisku i walczył o piłkę jak gdyby nigdy nic. Szybko zaskarbił sobie szacunek wśród kibiców.

Maszyna nie do zatrzymania?

Z początku wszystko wyglądało naprawdę dobrze. Cztery ligowe zwycięstwa z rzędu, do tego wcześniejsze zwycięstwo z Jagiellonią w Pucharze Polski… Zabrzanie strzelili 12 goli, tracąc tylko trzy i niespodziewanie znaleźli się na czele stawki. Z Legią przy Łazienkowskiej wygrali po raz pierwszy od ponad 20 lat! W międzyczasie piłkarze zebrali także dodatkowe szlify we Freiburgu. Do europejskich średniaków jeszcze nam daleko – tak można to spotkanie podsumować.

Mecz z Legią, choć wygrany 3:1, wcale nie wyglądał tak, jak wskazywałby na to wynik. To też nie tak, że Górnik był słabszy, bo akcje kreowane przez zabrzan sprawiały, że trzeba było zbierać szczękę z podłogi. Sobczyk i Jimenez prezentowali fenomenalną formę i podawali między sobą piłkę w polu karnym Legii jak na przyszkolnym orliku.

Patrząc na ten mecz szerzej, górnicy mieli też sporo szczęścia. Legioniści zmarnowali wiele dogodnych sytuacji, a defensywa Górnika wcale nie zagrała fantastycznego spotkania. No, może poza Martinem Chudym, który potrafi mieć w bramce dzień konia akurat wtedy, gdy drużyna potrzebuje tego najbardziej. Gdyby nie okropne pomyłki ze strony warszawiaków pod bramką Górnika, ten mecz z pewnością nie skończyłby się wynikiem 3:1 na korzyść gości.

Sprowadzeni na ziemię

„Gramy piłką, a nic nie wpada” – pomyślałem sobie, obserwując wydarzenia podczas spotkania z Wisłą Kraków. A później podobnie było przeciwko gliwickiemu Piastowi czy Cracovii. Bo faktycznie Górnik mocno naciskał, a piłka po prostu nie chciała wpaść do bramki drużyny przeciwnej. O ile „Biała Gwiazda” nie wykorzystała słabości zabrzan, o tyle inne zespoły skutecznie poskromiły zespół Marcina Brosza.

W czym tkwią problemy w defensywie Górnika? W takim ustawieniu potrzeba przede wszystkim silnych wahadeł, które Górnik na dzisiaj posiada. Masouras wraz z Erikiem Janżą radzą sobie całkiem nieźle, ale poza nimi drużyna z Zabrza nie posiada odpowiednich graczy na te pozycje. A są to zawodnicy, którzy z całej wyjściowej jedenastki zmęczą się na skrzydle, bo kto kiedykolwiek miał okazję zagrać na wahadle, ten wie, że jest to bardzo wyczerpująca robota.

Poza tym bardzo szybko przeciwnicy Górnika znaleźli sposób na rozbicie bloku defensywnego swoich rywali. Pięknie pokazał to Raków Częstochowa Marka Papszuna. Szkoleniowiec częstochowian system z trzema obrońcami zna przecież od podszewki. Piłkarze Rakowa próbowali tak właściwie kilku podobnych schematów z wykorzystaniem zagrania długiej piłki za plecy obrońców. A defensorzy z Zabrza cały czas dawali się na to łapać.

Ani w meczu z Rakowem, ani też w spotkaniach z Cracovią i Piastem nie pomógł wyżej ustawiony Martin Chudy. Czasem owszem, dopadał on do piłek zagrywanych wysoko, przed jego pole karne. Jednak przy zagraniach na dobrze wbiegającego zawodnika albo też posłanych bliżej skrzydła nie miał wiele do powiedzenia i musiał liczyć na to, że jego zespół szybko się zreorganizuje.

Zresztą jedno jego wyjście w spotkaniu przeciwko Jagiellonii na zamknięcie tego roku pokazało, że cała drużyna musi jeszcze wiele się nauczyć, zanim zacznie grać systemem z trójką z tyłu tak skutecznie, jak robi to Raków.

Zatrzymać czy puścić? Czyli Igor Angulo a Górnik Zabrze

Jeśli chodzi o odejście Igora, kibice Górnika podzieleni są tak właściwie na dwie grupy. Pomijam już fakt, czy zatrzymanie go w klubie byłoby w ogóle możliwe finansowo. Zwolenników jego odejścia jest zdecydowanie mniej niż ludzi uważających, że obecnie powinien wciąż przywdziewać barwy zabrzańskiego klubu. Tym drugim nie można się dziwić, bo Hiszpan ma na swoim koncie dziewięć goli po dziewięciu meczach w indyjskiej ISL – wciąż potrafi strzelać, więc dla Górnika pewnie nadal by strzelał, prawda?

Cóż, nie ma się co oszukiwać – Indie dysponują słabszą ligą od naszej, więc nie można przekładać jeden do jednego zdobycia dziewięciu goli tam, a w naszej ekstraklasie. Choć tam Angulo wykręca świetne liczby – dobrze dla niego – ja jednak pozostaję sceptyczny co do tego, czy faktycznie obecnie przydałby się Górnikowi.

Przestrzeń na oddech

Przede wszystkim dlatego, że uważam, iż odejście Igora dało… dużo dobrego. Tak, Górnik stracił jednego z najlepszych strzelców ostatnich lat, być może nawet najlepszego zawodnika, jaki przewinął się przez Zabrze w ostatnim dziesięcioleciu. Jednakże jego odejście pozwoliło Marcinowi Broszowi wdrożyć w składzie świeży pomysł, jakim było przejście na inny system. Co przecież wyszło całej drużynie na dobre. Rok temu Górnik znajdował się na 12. miejscu w tabeli – dziś zabrzanie spędzają zimę na 5. lokacie, ze stratą sześciu punktów do lidera.

Być może się mylę, ale myślę, że gdyby nie odejście Hiszpana, w tym sezonie Górnik wciąż prezentowałby dokładnie to samo. Najwyżej ustawiony, osamotniony Angulo, na którego skierowana była większość podań do przodu. W ostatnim jego sezonie w Zabrzu to już nie do końca działało. Oczywiście Hiszpan strzelił 16 goli w ekstraklasie. Ale był to spory regres, gdyby porównać ten wynik z poprzednimi latami.

Do pewnego momentu Igor prześcigał samego siebie. Ostatni sezon również był bardzo dobry, jednak widać było już, że fizycznie Hiszpan nie jest sobą. Oddać trzeba mu jednak, że na 16 jego bramek strzelonych w sezonie 2019/2020 tylko trzy padły po rzucie karnym. Natomiast co jeśli w tym roku Hiszpan znów miałby zdobyć o 1/3 mniej goli niż kampanię wcześniej? Wtedy zastanawialibyśmy się, czy zbliży się do granicy dziesięciu bramek, a nie – jak to wcześniej było – 20.

Angulo… A potem nic

I nie byłoby problemu, gdyby Angulo strzelił na przykład 12 goli w obecnej kampanii. Tyle że z Hiszpanem w składzie cała gra opierała się właśnie na nim. Jeśli Igor zawiódł, brakowało zawodnika, który mógłby zdobyć bramkę, której Górnik potrzebował. W poprzednim sezonie Angulo zdobył 41% wszystkich goli dla Górnika. Dobrze spisywał się również Jimenez – łącznie ta para była odpowiedzialna za strzelenie 71% wszystkich goli.

Od momentu przyjścia Angulo do Górnika w tabeli najlepszych strzelców brylował Igor, którego od innych graczy dzieliła przepaść. W sezonie 2016/2017 najbliżej był Szymon Lewicki (osiem bramek różnicy), później Kądzior (14 bramek różnicy) i dwukrotnie Jimenez. W pierwszym swoim sezonie Jesus zdobył aż o 19 goli mniej – łącznie pięć. Do Angulo należała aż połowa wszystkich trafień i już wtedy było wiadomo, że wraz z jego nieuniknionym odejściem może pojawić się olbrzymi problem

Fakt faktem, że teraz to Jimenez jest najlepszym strzelcem zespołu. Ale tego można było się spodziewać, bo już w poprzedniej kampanii Jesus gonił kolegę z zespołu i do Angulo zabrakło mu naprawdę niewiele. Cieszy jednak fakt, że inni zawodnicy też zdobywają bramki. Bartosz Nowak ma ich już pięć, jednak forma reszty zespołu zastanawia. Przede wszystkim napastników – bo Krawczyk i Sobczyk łącznie zdobyli w tym sezonie trzy gole.

Nie ma jednak gwarancji, że gdyby to Angulo był dziś w Zabrzu, wyniki Górnika wyglądałyby jeszcze lepiej. Nie ma gwarancji, że Nowak i Jimenez spisywaliby się tak świetnie, zaliczali kolejne asysty i bramki. Bo jestem niemalże pewien, że wciąż gra oparta byłaby na jednym, jedynym Angulo, który choć jak na nasze warunki jest boiskowym geniuszem, z czasem zaliczałby coraz głębszy regres.

Perspektywy na nowy rok

Chyląc się ku końcowi tego długiego wywodu – jak to w końcu jest w tym Górniku? Dobrze czy niedobrze? Nie wszyscy się ze mną zgodzą, ale myślę, że nawet bardzo dobrze. Nawet pomimo tego, że zabrzanie pod koniec rundy złapali zadyszkę, że przegrali z Zagłębiem, Piastem i Jagiellonią. Czy ktoś z nas, myśląc o ekipie Górnika przed tym sezonem, mógł się spodziewać, że podopieczni trenera Brosza zakończą rundę jesienną na 5. miejscu w tabeli?

6 – tyle punktów Górnik traci do warszawskiej Legii, czyli lidera ekstraklasy. Czołówka nieco odjechała, bo trzecia Pogoń ma tylko jeden punkt straty do lidera. Jest więc ciasno, ale wcale nie jest powiedziane, że wiosną Górnik nie może zaatakować miejsca na podium. Latem brałbym w ciemno miejsce w górnej ósemce, a teraz? Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia – po meczu z Legią niektórzy już koronowali zabrzan na przyszłych mistrzów kraju – ale trzeba myśleć realnie. A gra w europejskich pucharach to na ten moment wcale nie myślenie życzeniowe, a coś, co jest już bardzo blisko.

Jednak aby Górnik mógł wiosną świętować sukcesy na arenie krajowej, potrzeba kilku zmian. Jimenez dobrze spisuje się jako napastnik, jednak przydałby się ktoś, kto mógłby z nim stworzyć dobrą parę. Piotr Krawczyk jest dość nieregularny, natomiast Sobczyk powoli wyrasta na niewypał transferowy. Być może wiosną nieco się obudzi.

Obrońca potrzebny od zaraz?

Druga linia to z pewnością najlepszy człon, jaki Górnik ma obecnie do dyspozycji. Natomiast po odejściu Pawła Bochniewicza potrzebne jest zastępstwo w defensywie. W Białymstoku zobaczyliśmy trójkę Wiśniewski – Gryszkiewicz – Koj. Pozycja pierwszego jest raczej nie do ruszenia. 21-letni Gryszkiewicz spisuje się całkiem nieźle, jednak czy jest to gracz, który powinien występować w pierwszej jedenastce? Wątpliwe. A co do Michała Koja… No cóż, jakoś nie potrafię się przekonać. To on najbardziej skorzystał na odejściu Bochniewicza – w tym sezonie zagrał w dziewięciu spotkaniach, kiedy w poprzednim roku na boisku ekstraklasy pojawił się tylko dziesięć razy.

W poprzedniej kampanii Koj po prostu nie nadawał się do gry w ekstraklasie. Kiedy tylko otrzymywał szansę, popełniał jakiś błąd. Ponad rok temu, we wrześniu, miałem przyjemność obejrzeć starcie rezerw Górnika z chorzowskim Ruchem. Wydawałoby się, że zawodnik, który pełnił nawet funkcję kapitana w zespole z Zabrza, powinien się wyróżniać. Tymczasem Koj wyglądał miejscami gorzej niż młodsi i mniej doświadczeni koledzy.

Przyznać trzeba jednak, że Górnik posiada obecnie drugą najlepszą defensywę w całej lidze, gorszą tylko od Pogoni Szczecin. Szkoda tylko, że nie udało się na nowo zbudować twierdzy w Zabrzu, bo górnicy już jesienią polegli tam w trzech meczach. W dodatku to własnie u siebie Górnik stracił aż 10 z wszystkich 14 goli.

Rozliczenie

Teraz już nieco bardziej osobiście. Jak to mamy w zwyczaju w naszej redakcji, podczas konstruowania „Skarbów Kibica”, czy to przed rundą jesienną czy też wiosenną, staramy się przewidzieć, co stanie się w najbliższych miesiącach. W lutym postawiłem dość ryzykowną tezę, że Jesus Jimenez prześcignie Igora Angulo w klasyfikacji najlepszych strzelców. Drugi z Hiszpanów spisał się jednak bardzo dobrze, wiosną zdobył siedem goli i zostawił Jimeneza z tyłu.

Pozostałe predykcje sprawdziły się – Górnik bardzo szybko zapewnił sobie utrzymanie, a i Szymon Matuszek na dobre wypadł ze składu. Wystąpił zaledwie w 6 z wszystkich 17 wiosennych spotkań. Średnio otrzymał tylko nieco ponad 39 minut na jeden mecz.

Jeśli zaś chodzi o lato, to zazwyczaj staramy się przewidzieć, co wydarzy się na przestrzeni całego sezonu. Czy przewidywania się sprawdzają? Spójrzmy: po 14 kolejkach Górnik zajmuje 5. miejsce w tabeli, a przewaga nad 9. Lechem wynosi sześć punktów. Miejsce w górnej ósemce na koniec jest bardzo realne, jednakże na pewno trzeba o nie powalczyć. Ja jednak liczę na to, że zabrzanie zakręcą się gdzieś w okolicach podium.

Bartosza Nowaka z pewnością nie można nazwać gwiazdą całej ligi, choć na pewno jest obecnie jednym z najlepszych graczy Górnika. Nowak zaliczył naprawdę solidną rundę i jeśli wiosną nie zwolni – nie widzę przeciwwskazań ku temu, aby z ręką na sercu odhaczyć ten punkt. Poczekać trzeba także na zimowe okienko – ponieważ tym razem oczekuję czegoś naprawdę ciekawego. Mam nadzieję, że w drużynie zobaczymy jedną lub dwie nowe twarze, które wspomogą zespół w osiągnięciu dobrego wyniku sportowego.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze