Dawno nie mieliśmy do czynienia z taką sytuacją, że mierzące się ze sobą w derbach Merseyside zespoły były od siebie tak daleko w tabeli. Przed dzisiejszym spotkaniem Liverpool był drugi, a Everton znajdował się tuż pod kreską i w oczy coraz głębiej zaglądało mu widmo spadku z ligi. Dodatkowo przeprawa na Anfield nigdy nie należy do łatwych.
Oba zespoły pod presją
Ze wszystkich rozgrywek ligowych dobrze wiemy, że pod koniec sezonu istnieją dwa rodzaje presji. Jedni walczą o najwyższe cele, takie jak mistrzostwo kraju czy zakwalifikowanie się do europejskich pucharów, drudzy – cytując Franciszka Smudę – „walczą o spadek” i drżą o ligowy byt na następną kampanię.
Właśnie na tych dwóch, zupełnie różnych, biegunach są zespoły z miasta Beatlesów. Gracze z Anfield zostali przyciśnięci do muru po wczorajszej wygranej Manchesteru City. Podopieczni Pepa Guardioli rozbili Watford 5:1 i na nieco ponad dobę powiększyli przewagę nad Liverpoolem do czterech punktów. Dlatego też dzisiaj zawodnicy prowadzeni przez Jürgena Kloppa musieli wygrać. Na szali było utrzymanie jednopunktowej straty do liderujących „Obywateli”.
Sytuacja Evertonu jest o tyle mniej komfortowa, że nie mamy tu do czynienia z żadną walką o mistrzostwo i gonieniem rywala, który może zabrać zespołowi upragniony tytuł. Podopieczni Franka Lamparda po dzisiejszej wygranej Burnley znaleźli się w strefie spadkowej, a taki widok na pewno nie spodobał się sympatykom klubu z Goodison Park. Jednak od początku było wiadomo, że punktów raczej trzeba będzie szukać w kolejnych meczach, bo Liverpool wydawał się być poza zasięgiem.
Można nawiązać walkę na Anfield? Można, na Old Trafford powinni się uczyć
Kilka dni temu na Anfield pojawili się zawodnicy Manchesteru United i trzeba sobie otwarcie powiedzieć, że praktycznie nie podjęli walki. Momentami przykro się to oglądało, bo Liverpool miażdżył swoich rywali. Już do przerwy prowadził 2:0, po zmianie stron dołożył jeszcze dwie bramki i skończyło się na wygranej 4:0. Podopieczni Ralfa Rangnicka nie pokazali wtedy totalnie nic wartego uwagi, a tego samego nie możemy powiedzieć o dzisiejszym występie graczy Evertonu.
Liverpool bardzo długo czekał na swojego pierwszego gola w derbowym starciu. Strzelił go dopiero w 62. minucie za sprawą uderzenia głową Andy’ego Robertsona. Dwadzieścia minut później wynik na 2:0 przypieczętował Divock Origi. Minuty, w których padały bramki, dobrze pokazują, jak trudne warunki postawili dziś goście. Zresztą wydaje się, że do chwili, w której padła pierwsza bramka, to przyjezdni mieli więcej z gry. Oczywiście to nie oni kontrolowali grę i to nie oni dłużej utrzymywali się przy piłce. Jednak jeśli chodzi o tworzenie jakichkolwiek sytuacji pod bramką rywala, to właśnie „The Toffees” byli groźniejsi.











