Rzeczywiście, na zakończenie dziewiątej serii spotkań nie mogliśmy sobie życzyć lepszego widowiska. Po fantastycznych emocjach i bardzo dobrej grze Lyon pokonał 3:1 piłkarzy z Lille.
Na dzisiejszy wieczór wyznaczono we francuskiej lidze najatrakcyjniejsze – pod względem potencjału obu zespołów – spotkanie. Na murawie Stade de Gerland spotkały się ekipy Olympique Lyon i Lille. „Les Gones” rozpoczęli rozgrywki poniżej oczekiwań nie tylko swoich kibiców, lecz wszystkich obserwatorów europejskiej piłki. Niedawno jeszcze musieli wygrzebywać się ze strefy spadkowej i dopiero zwycięstwo sprzed dwóch tygodni pozwoliło im opuścić haniebne miejsce. Ich rywale zaś mogli przed meczem pochwalić się dużo lepszą sytuacją ligową. Miejsce na podium Ligue 1 i zerowy dorobek na koncie porażek wystawiały świetną opinię o formie „Les Dogues”. Co by nie mówić o wyczynach tych drużyn w ostatnim czasie, spodziewać się można było świetnego spektaklu. Ci, którzy poświęcili swój czas w niedzielny wieczór, na pewno tego nie żałowali.

Na premierową bramkę nie trzeba było długo czekać. Już w 3. minucie Lisandro Lopez wyskoczył zza pleców Emersona i wykorzystał nie najlepsze przyjęcie piłki przez obrońcę. Zrobił kilka kroków, z 18. metra uderzył silnie na bramkę Landreau i było 1:0 dla gospodarzy. Trzeba jednak przyznać, iż były reprezentacyjny bramkarz Francji mógł zachować się lepiej, piłka w tej sytuacji przeleciała tuż obok jego dłoni. Mecz od samego początku był prowadzony w świetnym tempie. Wielką determinacją i agresywną grą gospodarze szybko wyszli na prowadzenie. Goście nie zamierzali jednak składać broni, mecz się wyrównał i gorąco zaczęło się robić także w polu karnym Llorisa. Rzut rożny Lille w 11. minucie o włos nie zakończył się wyrównującą bramką, lecz zagrożeniem dla „Les Gones” stał się ich własny zawodnik. Sissokho przeszkodził swojemu bramkarzowi w skutecznej interwencji, ale piłka po odbiciu się od jego pleców przeleciała tuż nad bramką. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Parę minut później, w wydawałoby się niegroźnej sytuacji, Toulalan podbił sobie kilka razy piłkę w powietrzu i oddał strzał, trafiając w słupek bramki Lille. Co ciekawe, Landreau odprowadzał piłkę wzrokiem z wyraźnym przekonaniem, iż strzał jest niecelny. Akcja goniła akcję. Niedługo później kąśliwy strzał oddał Kallstrom, lecz tym razem bez zarzutu wykonał swoją pracę golkiper gości, a w 19. minucie po drugiej stronie boiska indywidualną akcją popisał się Gervinho. Reprezentant WKS zakręcił obrońcą i uderzył po długim słupku. Na drodze do szczęścia stanęła jednak świetna interwencja Llorisa.
Następne minuty przyniosły znaczne uspokojenie, zapewne zawrotne tempo musiało sporo kosztować aktorów tego spektaklu. Emocje wróciły tuż przed przerwą, kiedy to ostrzeżeniem dla gospodarzy stało się uderzenie w poprzeczkę Adila Ramiego. Po kolejnym rzucie rożnym pod bramką Llorisa pojedynek powietrzny z Crisem wygrał coraz lepiej spisujący się obrońca Lille i reprezentacji Francji. Cóż z tego, że goście mogli wyrównać, jeśli dosłownie chwilę później musieli już odrabiać dwubramkową stratę. Na lewym skrzydle zabłysnął Jeremy Pied, dośrodkował w pole karne, a tam fatalnie interweniował Adil Rami, który przed momentem mógł zostać bohaterem przyjezdnych. Jego lekkie wybicie piłki spadło wprost pod nogi Yoanna Gourcuffa, a jemu nie pozostało nic innego, jak tylko dokonać egzekucji z kilku metrów. W 45. minucie ostatki nadziei uratował dla swojego zespołu Michael Landreau. Ponownie popracowało prawe skrzydło Lyonu, na którym wyjątkowe przyspieszenie pokazał Reveillere i po jego dograniu na 10 metr szczupakiem strzelił Lopez. Bramkarz Lille końcówkami palców wybił futbolówkę na rzut rożny.












