Na ten transfer zapowiadało się już od dawna. Polujące na klasowych, lecz niegrających regularnie zawodników Bordeaux upatrzyło sobie reprezentanta Polski. Determinacja zarówno „Żyrondystów”, jak i Obraniaka była tak silna, że nawet mające stosunkowo małą, biorąc pod uwagę liczbę rozegranych meczów, kadrę Lille musiało przytaknąć takiej propozycji. Co to oznacza dla naszego rodaka?
Po pięcioletniej przygodzie w Lille Ludovic Obraniak postanowił zmienić nieco klimat i zamiast mrozów i deszczów północnej Francji będzie trenował w znacznie cieplejszej Akwitanii, a zamiast gorących derbów Nord-Pas de Calais z Lens (co prawda one obecnie odeszły w przeszłość, dopóki „Złocisto-krwiści” nie powrócą do Ligue 1) będzie rywalizował w nieco mniej znanych derbach Garonny z Tuluzą. W tej rundzie przyjdzie sposobność zrewanżowania się za jesienną porażkę 2:3.

Powody takiej decyzji są ogólnie znane i zrozumiałe. Ambitne Lille chciało utrzymać, co by nie mówić, klasowego pomocnika na ławce w razie kłopotów ze swoimi największymi gwiazdami, czyli Hazardem i Cole’em. Mistrzowie Francji chcą przecież z sukcesem rywalizować na każdym polu (po wczorajszej przegranej z Lyonem w Pucharze Ligi pozostała im tylko walka w lidze i w Coupe de France). Takie rozwiązanie zupełnie jednak nie odpowiadało reprezentantowi Polski, który marzy, aby powrócić do swojej najwyższej dyspozycji, by na Euro 2012 móc zostać jednym z liderów „Biało-czerwonych”. A do tego potrzebne jest ogranie. Trener Franciszek Smuda niejednokrotnie powtarzał: „Nie grasz w klubie, nie grasz w kadrze” (choć wyjątków pewnie i trochę by się znalazło).
Co prawda o zmianie barw klubowych Obraniaka mówiło się już latem, lecz wtedy wszystko wyglądało znacznie bardziej różowo. Piłkarzowi urodziła się córeczka i uznał, że stabilizacja miejsca zamieszkania to dobry pomysł, Rudi Garcia zaś obiecywał mu częstą grę w podstawowym składzie, tym bardziej że do Arsenalu odszedł magiczny Gervinho. Cóż, rzeczywistość okazała się okrutna. Najpierw ograbiono Obraniaka z numeru na koszulce na rzecz Hazarda (10 musiał zamienić na 11), a w kolejnych meczach miejsce w pierwszej jedenastce okazywało się coraz mniej realne. Więcej szans w pierwszych meczach otrzymywał sprowadzony z Saint-Etienne Dimitri Payet, a później z formą wyskoczył Joe Cole, od którego nikt cudów nie oczekiwał, a ten wkomponował się w strukturę „Les Dogues” znakomicie.
Dni mijały, a czas rozpoczęcia Euro nieubłaganie się zbliżał. Ostatnią deską ratunku miało być zimowe okno transferowe i ewentualny nabywca, u którego pozycja w zespole pozwoliłaby na rzeczywistą rywalizację o miejsce w składzie. Oczywiste było, że musi być to klub z Francji – Obraniak zbyt dobrze znał realia tej ligi i tego kraju.













