Minione 12 miesięcy we Francji stały pod znakiem rozpalonych ambicji, które przemieniły się dosyć szybko w jeszcze większe rozczarowania. Trudno zaliczyć rok 2010 do udanych, lecz im bliżej końca, tym więcej pojawiało się iskierek nadziei, dzięki którym nad Sekwaną ludzie z optymizmem spoglądają na zbliżający się nowy rozdział. Zapraszam do podsumowania kończącego się roku po francusku z lekką dozą subiektywizmu.
Bordeaux – od bohatera do zera
Rok 2010 stał się dla „Żyrondystów” z Bordeaux jednym z najtrudniejszych okresów w ostatnich latach. Aż trudno uwierzyć w to, jak wyglądała ich sytuacja jeszcze na początku roku. Jako obrońcy tytułu przewodzili stawce Ligue 1, mając sporą, bo ośmiopunktową, przewagę nad drugą w tabeli Marsylią. W rozgrywkach Ligi Mistrzów okazali się jedną z największych rewelacji, gdyż bez większych kłopotów zajęli pierwsze miejsce w grupie, w której za rywali mieli m.in. Juventus Turyn, a także późniejszych finalistów, Bayern Monachium. Teraz już nic nie wygląda tak różowo: brak pucharów, zaledwie 10. miejsce w tabeli. Cóż zatem stało się z tak świetnie zapowiadającą się drużyną? W 19 meczach rundy rewanżowej zdołała ona wygrać zaledwie pięć spotkań, a aż osiem przegrała. Obrońca „Żyrondystów” przyznał, iż mocnym echem odbiły się kontuzje czołowego duetu Gourcuff – Chamakh, a zawodnicy rezerwowi nie byli w stanie w pełni ich zastąpić, grając za mało, a wymagania rosły… Trzeba także przyznać, iż szef poczynań boiskowych, Yoann Gourcuff, coraz częściej nie umiał sprostać stawianym poprzeczkom i na próżno szukał formy z poprzedniego roku. Dowodem tego była jego równie słaba dyspozycja w kolejnym sezonie, gdy po letnich przenosinach do Lyonu oczekiwano od niego piłkarskich cudów, a transfer obwieszczono wielkim hitem. Nie można również zapomnieć o atmosferze, jaka wiosną panowała w zespole ówczesnych mistrzów Francji. Już od stycznia pojawiały się pogłoski, iż obecny trener „Trójkolorowych”, Raymond Domenech, potrzebuje następcy, a jednego z głównych kandydatów upatrywano w szkoleniowcu Bordeaux. Oczywiście, Laurent Blanc okazał się strzałem w dziesiątkę, jednak możliwe jest, że wytworzona wokół tego atmosfera bynajmniej nie wspomogła jego ekipy, walczącej na kilku frontach.
To często z powodu Hazarda Obraniak grzeje ławkę (fot. skysports.com)
Letni czas to dla „Żyrondystów” głównie okres pożegnań z największymi w tym klubie. Wspomniany Gourcuff zasilił szeregi rywala w walce o mistrzostwo Francji, Chamakh rozpoczął podbój innej europejskiej ligi, zostając „Kanonierem”, a przede wszystkim na ojczyźniane zawołanie odpowiedział Laurent Blanc. Fatalna sytuacja „Les Bleus” po mistrzostwach wymagała gruntownych zmian, których głównym reformatorem stał się mistrz świata z 1998 roku. W tenże sposób Bordeaux, po zajęciu w lidze 6. miejsca (brak możliwości gry w Europie), oskubało siebie z największych gwiazd i bez istotniejszych transferów wkroczyło w sierpniu do nowej rywalizacji z, jak zawsze, wielkimi apetytami. Nie trzeba było mędrca, by domyślić się, jaki będzie tego skutek. Mnóstwo remisów, kilka zupełnie niepotrzebnych porażek i nawet efektowne zwycięstwa (jak to z Lyonem) nie pomogły wydźwignąć drużyny. Nowy trener, Jean Tigana, nie został cudotwórcą, czego raczej trzeba było się spodziewać, i następny rok minie w GB pod znakiem budowania od podstaw przede wszystkim pewności siebie oraz wiary, że wciąż może dążyć do najwyższych celów…
Kto by się spodziewał, iż jednym z ostatnich zespołów, który będzie próbował pokrzyżować marsylskie plany o mistrzostwie, będzie niewielkie Auxerre, które, choć kiedyś zakwalifikowało się do Ligi Mistrzów, to dziś trudno je porównywać do finansowych gigantów, rządzących w najlepszych ligach. Okazało się, że można, i mimo iż ostatecznie to Marsylia wywalczyła trofeum, to wiele do szczęścia nie zabrakło. Któż wie, co by się stało, gdyby choć jedną ze swoich świetnych okazji wykorzystał Irek Jeleń w bezbramkowym remisie z OM. Potem przyszło kilka gorszych spotkań, a przede wszystkim przegrana rywalizacja z Lyonem i AJA uciekło nawet wicemistrzostwo. Nie zmieniało to faktu, iż na wyciągnięcie ręki była faza grupowa Champions League, wystarczyło „tylko” pokonać w dwumeczu rosyjski Zenit. „Tylko”, gdyż wszyscy obserwatorzy podkreślali, jaka jest różnica budżetowa obu klubów, a faworytem tej rywalizacji może być tylko jedna ekipa. Jednak podopieczni Jeana Fernandeza postanowili przedłużyć swój sen i pomimo wyjazdowej porażki w Petersburgu, rozegrali jeden ze swoich najlepszych meczów w minionym roku i, dzięki niezapomnianemu trafieniu Jelenia, znaleźli się w piłkarskim raju.
Szczęście Auxerre musiało się kiedyś skończyć, ale nikt nie spodziewał się, że los będzie dla niego tak okrutny. Przydzielony do jednej grupy wraz z Realem Madryt, Milanem oraz Ajaksem Amsterdam nie mógł oczekiwać wielkich sukcesów. Oprócz tego stało się jasne, że uboga kadra AJA, wynikająca zarówno z kontuzji (m.in. Jeleń, Le Tallec), jak i nieudanej ofensywy transferowej – głośno mówiło się o przejściu Obraniaka z Lille – może nie sprostać wymaganiom sezonu. Na marzeniach o wielkości się skończyło. Grupowi rywale pokazali kopciuszkowi miejsce w szeregu, a możliwości piłkarskich zabrakło nawet, by przecisnąć się do Ligi Europejskiej. Co gorsza, walka na obu frontach nie przyniosła drużynie profitów. Wielu zachwycało się postawą piłkarzy Fernadeza w spotkaniach z gigantami (mecz w Mediolanie czy z Realem u siebie), ale potem brakowało sił i rezerw na potyczki ligowe. Jedynym pozytywem tego okazało się wydobycie przez trenera najgłębszych i najmniej dotychczas wykorzystywanych pokładów potencjału piłkarskiego. Jako przykład przytoczyć najlepiej Frederica Sammaritano (sprowadzony latem z drugoligowego Cannes), dzięki któremu Auxerre wywalczyło kilka istotnych punktów, a o którym nikt wcześniej nie myślał, układając wyjściową jedenastkę. Wydaje się, iż noworocznym życzeniem dla tego zespołu powinno być utrzymanie się w Ligue 1, a wielkopańskie marzenia odłożone zostaną do następnej okazji.
Marsylia odzyskuje dawny blask
Jednym z niewielu klubów we francuskich realiach, który może świętować 2010 rok, jest tegoroczny zdobywca mistrzowskiej korony, Olympique Marsylia. Po przerwaniu lyońskiej dominacji do głosu doszły zespoły, od których zawsze wymagano wielkich sukcesów. Rok wcześniej tytuł świętowali „Żyrondyści”, a tegorocznym bohaterem została Marsylia, która bezdyskusyjnie zapracowała sobie na to miano. Osiemnaście lat czekali fani „Les Phoceens”, by wreszcie wznieść chóralny okrzyk wyższości nad rywalami. Południowa metropolia francuska odzyskiwała dawną chwałę, a mistrzostwo miało być tego początkiem. Co ciekawe, tegoroczny dublet (oprócz mistrzostwa wygrali również Puchar Ligi) osiągnęli pod wodzą jednego z podstawowych aktorów poprzednich swoich sukcesów, Didiera Deschampsa. Zawodnik, który w latach 90. osiągnął z Marsylią wszystko, wraz z krajowym mistrzostwem, a także Pucharem Europy, poprowadził obecny zespół o nieprzeciętnym potencjale do wymarzonego tryumfu.
Druga połowa roku nie okazała się jednak dla niego tak łaskawa. Swoją niezłą pozycję ligową po jesieni zawdzięcza przede wszystkim bardzo wyrównanej stawce, nie zaś dobrej postawie. Trzeba przyznać, iż okres transferowy może zaliczyć do udanych. Oczywiście, trudno oceniać zawodników, gdy przychodzą do zespołu jako gwiazdy, lecz oddanie najistotniejszych postaci minionego sukcesu (Mamadou Niang przeprowadził się do Turcji, Ben Arfę wypożyczono zaś do angielskiego Newcastle) wygląda nieco lekkomyślnie, mając w perspektywie walkę w Lidze Mistrzów i ambicje sięgające nieco dalej niż faza grupowa. Nie chcę z miejsca krytykować takich nowych piłkarzy Marsylii, jak Gignac czy Remy, ale jeżeli włodarze klubu spodziewali się, iż gwiazdy te zaaklimatyzują się w nowym zespole tak, by już w pierwszym sezonie stanowiły o sile ofensywnej zespołu, to może wydawać się to nieco nierozsądne. O mały włos, a od razu by się to zemściło. Premierowa porażka ze Spartakiem, a następnie klęska na Stamford Bridge (wkalkulowana w straty) postawiły klub pod ścianą. Kibice nie ścierpieliby tak krótkiej przygody z Champions League. Rzutem na taśmę wszystko skończyło się dobrze, jednak warto zastanowić się, co by było, gdyby gracze OM rozpoczęli te rozgrywki tak, jak je skończyli. Nie bez podstawy można wnioskować, że realna byłaby wtedy szansa na pierwsze miejsce w grupie, a co za tym idzie, lepsze losowanie. Stało się inaczej i rywalizować przyjdzie im z samym Manchesterem United. Dobrze, że przynajmniej w lidze nie stoją na przegranej pozycji…
Im dalej w las, tym… lepszy Lyon
Co by nie mówić o Lyonie, to trzeba jednak przyznać, iż jest to klasowy zespół. Bo w piłce nożnej jak w życiu, nieważne jak się zaczyna, ale jak kończy, a finisze „Les Gones” dopracowali prawie do perfekcji. Miniony rok jest tego najlepszym przykładem. Jesienne zawody w poprzednim roku zakończyli zaledwie na szóstej pozycji, a przed sobą w tabeli mieli takie potęgi, jak Bordeaux, Marsylię czy Lille. W maju świętowali wicemistrzostwo. Jedynym nieosiągalnym rywalem okazali się „Les Phoceens”, jednak wiosenna postawa podopiecznych Claude’a Puela była godna podziwu. Powakacyjne rozgrywki niewiele różniły się od tego modelu. Może jedynie tym, iż początkowy kryzys sprowadził ich dosłownie na samo dno. Strefa spadkowa, a co gorsza, przegrana w jubileuszowych, setnych derbach Rodanu to dostatecznie wysoko postawiona poprzeczka. Od tego też momentu piłkarze „Les Gones”, z Lisandro Lopezem i Michelem Bartosem na czele, postanowili diametralnie odmienić stan rzeczy. Do końca rundy zdołali zamienić jeden koniec tabeli na drugi i zapewnić sobie lepszą pozycję startową niż przed rokiem. Czyżby następnym cudownym finiszem miało być mistrzostwo Francji?
Losy „Les Bleus” dobrze ilustrują rok 2010 we Francji (fot. Skysports.com)
Nie można również zapomnieć o historycznym dla Olympique Lyon wyczynie pucharowym. Otóż, przez długie siedem lat dominacji na własnym podwórku, zespół nie potrafił wiele zdziałać w Pucharze Europy. Progiem nie do przejścia zawsze okazywał się ćwierćfinał, aż przyszedł rok 2010. Pierwszy raz w historii tych rozgrywek na szczeblu pucharowym spotkały się ze sobą zespoły z Francji. Coś, co było zwykle domeną ligi hiszpańskiej, włoskiej czy angielskiej, stało się nareszcie udziałem ich trochę uboższego krewnego. Szansa dla „Les Gones”, by wreszcie sięgnąć wyżej, była wyjątkowa, bo rywala zza miedzy, czyli Bordeaux, nie sposób nie ograć. Tak też się stało, choć łatwo nie było. Francuzi oszaleli, że wreszcie mają swoją ekipę w półfinale elitarnych rozgrywek (poprzedni raz w 2004 roku, gdy Monaco przegrało finał z Porto) i postanowili utorować swoim bohaterom drogę do ostatecznego tryumfu. Wydawało się, że los im sprzyja, gdy przydzielił im ówczesnego wicemistrza Niemiec, Bayern Monachium (w perspektywie były także Inter i Barcelona). Federacja francuska starała się również pomóc, przekładając mecze ligowe liończyków. Wszystko jednak zweryfikować miało boisko, na którym „Les Gones” zostali nadspodziewanie łatwo pogrążeni. Defensywna taktyka była jedynie wodą na młyn na rozpędzonych „Bawarczyków” i tym samym jedynie mrzonką stały się zakusy na tryumf w Lidze Mistrzów. Może w przyszłym roku będzie lepiej, w końcu wylosowali znów Real Madryt, z którym jeszcze nigdy nie przegrali…
Renesans w stolicy
Trudno powiedzieć, czy ten rok był dla paryskiej piłki wielkim sukcesem, lecz można przyznać rację, że był czymś szczególnym. Paryż był we Francji od dawna uznawany za miasto niespełnionych marzeń o wielkości. Kiedyś o fenomenie tego miejsca wypowiedział się szkoleniowiec Arsenalu Londyn, Arsene Wenger. Zwrócił uwagę, że jest sytuacją niespotykaną na skalę europejską, by w tak znacznej metropolii istniał tylko jeden klub rangi ekstraklasy. Potencjał w Paryżu jest ogromny, lecz wykorzystywany w małym stopniu. Można jednak pokusić się o opinię, iż coś w klubie drgnęło. W zeszłym sezonie, pomimo słabszego występu na ligowych boiskach (dopiero 13. lokata), udało zakwalifikować się do Ligi Europejskiej, wygrywając Coupe de France. W tym sezonie walka PSG właściwie na każdym froncie przynosi niespodziewane sukcesy. Czy liga, czy LE, czy Puchar Ligi, zawsze drużyna ta wciąż liczy się w rywalizacji o najwyższą stawkę. Zapewnienia trenera Antoine’a Kombouare’a o tym, że wygrają w przyszłym roku przynajmniej jedno trofeum, nie wydają się chełpliwe, lecz mocno realistyczne. Możliwe, że właśnie z tym człowiekiem – który półtora roku temu objął rządy w PSG – będzie trzeba kojarzyć paryski renesans. Oby tylko zapowiadana oszczędna polityka transferowa zimą nie obróciła się przeciwko nim.
Polski „wkład” we francuską piłkę
Podsumowując rok we francuskiej lidze, nie można zapomnieć o czynnym udziale polskiego obozu. Trudno powiedzieć, że odgrywa w niej znaczną rolę, ale mamy nad Sekwaną swoich bohaterów. Na pierwszy plan wysuwa się książę napastników, Ireneusz Jeleń, ze swoim przybocznym Dariuszem Dudką. Magia Jelenia sprowadza się tylko do pięknych bramek. Wystarczy prześledzić rezultaty, jakie Auxerre osiągało w zależności od jego obecności. Niestety, przewlekłe kontuzje Polaka, czy to pleców, czy kolana, spowodowały, iż AJA rozgrywa takie, a nie inne zawody. O Dudce można powiedzieć tyle, że problemy kadrowe Jeana Fernandeza stały się dla niego pozytywem. Może prawa obrona nie jest szczytem jego marzeń, ale warunek regularnych występów w klubie jest kluczowy w narodowej reprezentacji.
Nie można zapomnieć w tym miejscu również o dwóch zawodnikach, którzy od niedawna albo już niedługo cieszyć się będą zainteresowaniem Franciszka Smudy. Ludo Obraniak i Damien Perquis swoją sytuacją klubową różnią się diametralnie. Obraniak jest elementem ekipy, która ten i poprzedni sezon może zaliczyć do udanych: wiosną włączenie się do walki o mistrzostwo, w konsekwencji miejsce promujące do LE, a obecnie awans do rundy pucharowej tychże rozgrywek i przede wszystkim pozycja lidera podczas zimowego snu. Byłoby pięknie, gdyby tylko Obraniak był istotną postacią tych sukcesów. Konkurencja „Les Dogues” w linii pomocy jest olbrzymia, a jednym z bezpośrednich rywali do miejsca w składzie jest wielce utalentowany Belg, Eden Hazard. Nie dziwi, że reprezentant Polski często występuje w roli zmiennika, choć trzeba przyznać, iż zaliczył w tym roku kilka wyśmienitych występów, będąc autorem kluczowych piłek.
Zgoła odmiennie czuć się może Damien Perquis, Polak od nowego roku. Podstawowy obrońca Sochaux nie ominął prawie żadnego spotkania w klubie, a jego talent zdobywania bramek ze stałych fragmentów gry niejeden raz dostarczył cenne punkty ekipie ze Stade Bonal. Drugą stroną medalu są ambicje, jakimi się kierują „Les Lionceaux”. Od tej drużyny trudno oczekiwać stałości formy, walki o najwyższe cele, gdyż rola ligowego średniaka wybitnie jej odpowiada. Warto jednak wierzyć w przyszłość Perquisa, gdyż jest o nim we Francji coraz głośniej i w niedalekiej przyszłości spodziewać się można znaczącego dla jego kariery transferu.
Parę słów o „Les Bleus”
Na koniec warto wspomnieć pokrótce chyba o najistotniejszym szczególe minionego roku dla francuskiej piłki. Przygoda reprezentacji Francji Raimonda Domenecha odbiła się szerokim echem w całym piłkarskim świecie. Nie dość, że wynik sportowy był daleki od oczekiwanego i cały kraj musiał się wstydzić za swoich piłkarzy, to również wyszły na jaw wszystkie brudy „Les Bleus” związane z kadencją ówczesnego trenera. Brak porozumienia i współpracy między sztabem trenerskim a piłkarzami był jednym z głównych grzechów Domenecha, a zarazem jego gwoździem do trumny. Nastała nowa era, era Laurenta Blanca, w której na nowo miała zostać zbudowana siła „Trójkolorowych” tak, żeby za półtora roku świętować sukcesy na Euro 2012. Więcej o wydarzeniach związanych z tegorocznymi perypetiami reprezentacji można przeczytać w tym artykule: http://www.igol.pl/article,28455.html. To, co zdarzyło się z nią ostatnimi czasy, można uznać za kwintesencję francuskiego futbolu w 2010 roku, gdyż mimo znacznych strat i porażek, można dostrzec na koniec roku wiele pozytywów i iskierek nadziei, zapowiadających urodzaje zbliżających się lat.