Fot. Marsylia świętuje gol Brandao, który przedłuża szansę „Les Phoceens” na mistrzostwo Francji
Europejskie puchary zakończyły etap 1/8 finału i w rozgrywkach Ligi Mistrzów oraz Ligi Europejskiej zostało po osiem najlepszych zespołów, które walczyć będą o trofea. Wśród wszystkich tych ekip nie ma ani jednej drużyny z Francji, gdyż zakończyły już swój udział. Czas zatem na małe podsumowanie tegorocznych francuskich dokonań na arenie międzynarodowej.
Trema debiutanta
Przygodę z pucharami najwcześniej rozpoczął najmniej doświadczony z całego grona, czyli Montpellier. Zespół ten grał nawet pod koniec lat 90. w Pucharze UEFA, ale od tamtej pory zdążył on już spaść z pierwszej ligi i dopiero co do niej awansować. Właśnie jako beniaminek piłkarze Rene Girarda wywalczyli bardzo wysokie piąte miejsce w tabeli i zakwalifikowali się do Ligi Europejskiej. Tegoroczne rozgrywki LE są jej drugą edycją, nic więc dziwnego, że Montpellier było w niej zdecydowanym nowicjuszem.
PSG nie miało szczęścia w losowaniu grup LE (fot. psg.fr)
Niestety blamaż zdarzył się już na samym początku. Zespołem, który okazał się lepszym, było węgierskie Györ, choć na Węgrzech przegrali 0:1 po bramce Oliviera Girouda. Wtedy Giroud był w składzie „La Pallade” bardzo świeżym zawodnikiem, dziś jednak jest już kluczową postacią w napadzie francuskiego klubu. Na Stade de la Mosson gospodarze nie potrafili jednak strzelić choćby jednej bramki. Węgrzy odrobili straty i doprowadzili do rzutów karnych, które wygrywa się szczęściem i doświadczeniem. Trudno powiedzieć, czego zabrakło Francuzom, ale ta rywalizacja na pewno będzie ważną nauczką dla raczkującej w Europie ekipy. Jest to tym istotniejsze, że już w przyszłym roku ma szansę powrócić na międzynarodowe boiska, gdyż zarówno w lidze walczy o wysokie lokaty, jak i dotarła do finału Pucharu Ligi, w którym na pewno nie jest bez szans na zwycięstwo.
Pobudzone apetyty
Wielkich szans Montpellier na zawojowanie Ligi Europejskiej raczej nie dawano, choć odpadnięcie ze znacznie niżej notowanym przeciwnikiem mogło trochę ukłuć francuską dumę. Więcej jednak spodziewano się od następnych zespołów wchodzących na arenę pucharową. Otóż w barażach Ligi Mistrzów trzecia drużyna ostatnich rozgrywek i kolejna ich rewelacja, Auxerre, wylosowała finansowego giganta rosyjskiej ligi – która sąsiaduje z francuską w rankingu – Zenit St. Petersburg. Obserwatorom nad Sekwaną zrzedły miny. Cóż mógł dokonać klub z niewielkiego burgundzkiego miasta w starciu z budowanym na milionach euro zespole z Wenecji Północy. Trudno było się pocieszać tym, iż Auxerre miało swoje doświadczenia w pucharach, grając nawet w rozgrywkach grupowych Ligi Mistrzów.
Los bywa jednak przewrotny. Jednobramkowe zwycięstwo Zenitu w Rosji okazało się niewystarczające. Niesieni dopingiem niewielkiego, lecz gorącego Stabe Abbe Deschamps piłkarze Jeana Fernandeza wygrali 2:0, a gola na wagę awansu do Champions League zdobył niezawodny Ireneusz Jeleń. Cała Europa wtedy ujrzała, iż niezłe ziółka są z tych Burgundczyków i niejednego jeszcze mogą dokonać w tym roku.
Równolegle w Lidze Europejskiej wystartowały czwarta drużyna Ligue 1 – i zdobywca Pucharu Francji, który co ciekawe zajął dopiero 13. lokatę – Paris Saint-Germain, a na drodze Ludovica Obraniaka i spółki stanął trzeci zespół rumuńskiej ekstraklasy – FC Vaslui; ze stołecznym klubem zaś mierzyć się miało Maccabi Tel-Awiw z Izraela, które w poprzedniej rundzie wyeliminowało słynny Olympiakos Pireus. Zgodnie z oczekiwaniami obie ekipy zaliczyły awans do rundy grupowej, choć trudno mówić tu o spacerku. Szczególnie interesująco wyglądał rewanżowy pojedynek w Tel-Awiwie, w którym padł hokejowy wynik 4:3 dla gospodarzy. Paryżanie mieli w zapasie zwycięstwo 2:0 u siebie, ale nie zmienia to faktu, że rywale wysoko postawili poprzeczkę.
Rozgrywki grupowe – czas pierwszych rozczarowań
Marsylia potrafiła się podnieść po fatalnym początku (fot. lequipe.fr)
Tak oto w rozgrywkach grupowych europejskich pucharów znalazło się pięć zespołów z Francji, a aż trzy z nich miały mierzyć się z najlepszymi w Lidze Mistrzów. Wynik niczego sobie, lecz dopiero teraz zaczęły się schody. Już samo losowanie nie przyniosło zbyt dobrych wieści. Auxerre trafiło na gigantów z Mediolanu i Madrytu, a Marsylia musiała mierzyć się z fantastycznie wtedy grającą Chelsea Londyn. Tylko Lyon w Lidze Mistrzów mógł być zachwycony z doboru przeciwników. W końcu takie zespoły jak Benfica Lizbona, Schalke Gelsenkirchen, a tym bardziej Hapoel Tel-Awiw nie mogły się równać doświadczeniem z klubem z Doliny Rodanu, którego potęga budowana jest już od kilku lat.
Nie lepiej było w Lidze Europejskiej. PSG trafiło do jednej z najtrudniejszych grup, w której spotkały się również Borussia Dortmund, Sewilla i Karpaty Lwów. Więcej szczęścia miało Lille, trafiając na jednego bardzo trudnego przeciwnika – Sporting Lizbona, a na doczepkę, wydawało się, miały być bułgarski Leski Sofia i belgijski Gent.
Sprowadzeni na ziemię
Świeżo upieczony mistrz Francji, Olympique Marsylia, chciał powetować sobie zeszłoroczne niepowodzenie w Champions League. Wtedy to musiał zmierzyć się z Milanem i Realem w fazie grupowej, co poskutkowało zaledwie trzecim miejscem w grupie. Ambicje jednego z najbardziej medialnych zespołów w Europie sięgają jednak znacznie wyżej i krok po kroku w obecnych rozgrywkach za cel postawili sobie awans do najlepszej europejskiej szesnastki. Jednak już po pierwszym meczu były mistrz Starego Kontynentu musiał zweryfikować swoje plany. Wtedy to marsylczycy zaliczyli fatalną inaugurację na Stade Velodrome i przegrali po samobójczym trafieniu Cesara Azpilicuety z moskiewskim Spartakiem. Co gorsza, w drugiej kolejce czekał ich wyjazd na Stamford Bridge i chyba nikt wtedy nie wierzył, że można w tym czasie wywieźć stamtąd choćby punkt. Cudu nie było i podopieczni Didiera Deschampsa znaleźli się pod ścianą.
Musieli wygrać wszystkie zbliżające się mecze, a w szczególności ten w Moskwie, by przynajmniej mieć nadzieję na awans. Trzeba przecież było liczyć, iż litościwa Chelsea podaruje im dwa zwycięstwa nad Rosjanami. „Les Phoceens” zdawali sobie sprawę z beznadziejności swojego położenia, lecz nie spuścili głów, a zabrali się do pracy. Na zachętę przyszły spotkania z mistrzem Słowacji, który w tej grupie nie potrafił nawiązać równorzędnej rywalizacji z żadnym z grupowych przeciwników. U siebie Marsylia była zdecydowanie lepsza, lecz potrafiła udokumentować to zaledwie jednym trafieniem. Lepiej było na Słowacji, gdy klub z Prowansji rozniósł w pył naszych południowych sąsiadów, aplikując im aż siedem bramek. Świetna zachęta do kolejnych pojedynków. Oprócz tego los, a właściwie podopieczni Carlo Ancelottiego sprzyjali mistrzowi Francji, wygrywając oba mecze ze Spartakiem.
Nadszedł dla Deschampsa i jego piłkarzy kluczowy mecz. 23 listopada na moskiewskich Łużnikach „Les Phoceens” zagrali koncertowo. Nie dość, że zrewanżowali się za przykrą porażkę z początku rozgrywek, to jeszcze zapewnili sobie zwycięstwo w bezpośredniej rywalizacji. Trzy gole kolejno Valbueny, Remy’ego i Brandao stały się dla stolicy Prowansji symbolem odrodzenia. Na zakończenie jesieni w jeszcze lepsze nastroje wprawił sympatyków tryumf nad Chelsea na Stade Velodrome. Zdobyte trzy punkty nie zmieniały już niczego w tabeli, ale miały znaczenie symboliczne. Marsylia się przebudziła i znów jest groźna. To ona jako jedyna w tym roku pokonała mistrza Anglii w Lidze Mistrzów, co w kontekście walki z Manchesterem United miało niebagatelną wartość.
Zmiażdżeni przez potęgi
Nene był symbolem świetnej gry PSG w pucharach (fot. psg.fr)
W nieciekawej sytuacji po losowaniu grup znalazło się Auxerre. Mając za przeciwników Real Madryt, AC Milan i Ajax Amsterdam, mogło odgrywać jedynie rolę kopciuszka, o którego przypadkiem rywale się potkną. Piłkarze Jeana Fernandeza zdziesiątkowani przez kontuzje, mając niewielkie pole manewru na ławce rezerwowej i tak zaprezentowali się znakomicie, nieraz udowadniając, iż przed wielkimi dzisiejszego futbolu nie można mieć kompleksów. Skończyło się jednak na czwartym, ostatnim miejscu, co było finiszem ich fantastycznej przygody z europejską piłką. Więcej o perypetiach Auxerre w tym sezonie możecie przeczytać Państwo tutaj.
Priorytetem jednak liga?
Najłatwiejsze zadanie mieli z całej trójki chyba gracze liońskiego Olympique. Wysoki wskaźnik przy losowaniu, wywalczony regularnymi występami w Europie, pozwolił mierzyć się z zespołami równymi sobie, a może nawet ciut słabszymi. W końcu Lyon to zeszłoroczny półfinalista Ligi Mistrzów, który w tym roku spodziewał się niewiele gorszego wyniku. Sezon w wykonaniu podopiecznych Claude’a Puela wyglądał tragicznie. Dość powiedzieć, że po dziesięciu kolejkach znajdowali się strefie spadkowej, mając na swoim koncie zaledwie jedno zwycięstwo.
W Lidze Mistrzów jednak jak w krzywym zwierciadle wszystko działo się na opak. Słabi „Les Gones” wielki szczęściem zwyciężają na Stade Gerland z dobrze prezentującym się Schalke i następnie wygrywają kolejne dwa spotkania, zostając tym samym bezsprzecznym liderem grupy B. Ale chyba nie tak wyobrażał sobie ten sezon prezydent klubu, Jean-Michel Aulas. Zwycięstwa w Europie cieszyły, ale miały być raczej wisienką na torcie dobrej postawy w Ligue 1, bo przecież to tu, na własnym podwórku, OL nie jest w stanie przywrócić jeszcze nie tak dawnej świetności. Po siedmiu tytułach z rzędu byłby to już trzeci sezon bez mistrzowskiej korony. Nie do pomyślenia dla takiego klubu.
W mgnieniu oka wszystko przekręciło się do góry nogami. W lidze Lyon zaczął seryjnie zdobywać punkty i odrabiać straty do czołówki, w Lidze Mistrzów zaś… szkoda gadać. Trzy mecze – dwie porażki i jeden remis. Tę katastrofalną serię rozpoczęła niewiarygodna gonitwa w Lizbonie. Przegrywając 0:4, liończycy doprowadzili do stanu 3:4. Wydawało się wtedy, że to wypadek przy pracy, a determinacji w zespole nie brakuje. Z tego błędnego myślenia wyprowadził wszystkich pojedynek w Gelsenkirchen, w którym klasę pokazał zespół Schalke, a „Les Gones” tylko asystowali. Idealnym ukoronowaniem tych upokorzeń europejskich był remis przed własną publicznością z najsłabszym w grupie Hapoelem. Awansować, awansowali, ale tylko z drugiego miejsca, co nie rokowało wielkich szans w następnej rundzie. A mogło być tak pięknie…
Rewelacyjne PSG, Lille już nie
Kto powiedział, że grupa śmierci to najgorsze, co może spotkać zespół w losowaniu? Wystarczy spojrzeć na Lecha Poznań. Innym świetnym przykładem jest Paris Saint-Germain. U paryżan mecze przeciwko utytułowanym drużynom obudziły nieprzeciętne wręcz możliwości. Jako jedyny zespół w grupie J Ligi Europejskiej nie doznał żadnej porażki, a nie trzeba przypominać, jak groźnymi ekipami w tym sezonie są Sewilla i przede wszystkim Borussia Dortmund. Na długo w pamięci kibiców wyryją się oba spotkania z hiszpańską drużyną. Szczególnie mecz na Parc des Princes można uznać za jedną z najlepszych konfrontacji w bieżącej LE, która ukazała charakter, jaki drzemie w piłkarzach ze stolicy Francji. Mimo szybkiego prowadzenia gospodarzy 2:0, Hiszpanie zdołali wyrównać jeszcze przed zakończeniem pierwszej połowy. Nie podłamało to jednak Nene i jego kolegów. Cudowne trafienie Brazylijczyka tuż przed przerwą przywróciło PSG przewagę, którą jedynie powiększyli w drugich 45 minutach. Po takich widowiskach wiosną spodziewano się od podopiecznych Antoine’a Kombouare’go wielkich rzeczy.
Dobry mecz Valbueny i całego OM nie pomógł w wyeliminowaniu Manchesteru (fot. calciomercato.it)
Lille do następnej rundy awansowało rzutem na taśmę. W ostatniej kolejce piłkarze musieli pokonać bezpośredniego konkurenta do awansu, Gent, i wtedy dopiero pokazali pełnię swojego futbolu. Do tego momentu nie prezentowali się najlepiej. Dwie porażki ze Sportingiem Lizbona ujmy nie przynoszą, ale wyróżnieniem również nie są. Oprócz tego zaledwie zremisowali mecze wyjazdowe w Sofii oraz w Gandawie, co doprowadziło ich do tak dramatycznej sytuacji pod koniec jesieni. Nietrudno to jednak wyjaśnić strategią Lille. Trener Rudii Garcii w żadnym z sześciu grupowych spotkań Ligi Europejskiej nie wystawił najsilniejszego składu, którym zazwyczaj grywał w rozgrywkach ligowych. Zasygnalizował tym wyraźnie, co w obecnym sezonie liczy się najbardziej, a przecież „Les Dogues” w tym roku mają niebywałą szansę sięgnięcia po pierwsze od pół wieku mistrzostwo Francji. Nie trudno więc wydedukować, skąd się bierze taki system wartości.
Krótka wiosna
W nowym roku kalendarzowym na europejskie boiska wybiec miały zatem aż cztery zespoły ligi francuskiej. Wynik bardzo przyzwoity, ale jak spojrzeć na przydzielony im przez los rywali, to perspektywy wiosenne nie prezentowały się już tak kolorowo. Zdecydowanie najtrudniejsze zadanie, wręcz „mission impossible”, czekało dwóch reprezentantów Ligue 1 w Champins League. Rywalami w 1/8 finału okazali się Real Madryt – pogromca Auxerre – dla Olympique Lyon oraz Manchester United dla Marsylii. Oczywiście, przy okazji rywalizacji „Królewskich” z „Les Gones” od razu pojawiły się reminiscencje sprzed roku, gdy Francuzi wyeliminowali najbardziej utytułowany klub w Europie. Tyle że przed tym sezonem w Madrycie nastąpiła roszada na kluczowym stanowisku. To Jose Mourinho miał przegnać demony przeszłości i mu się udało. Jako pierwszy nie przegrał na Stade Gerland i jako pierwszy wyeliminował dotychczasowego kata Realu, miażdżąc go na Santiago Bernabeu.
Trochę, a może nawet zdecydowanie lepiej wyglądało to w przypadku Marsylii. W pamięci „Les Phoceens” na pewno pozostały wydarzenia z fazy grupowej, gdy na Velodrome poległa Chelsea, a dodać również trzeba, iż w tym czasie „Czerwone Diabły” nie prezentowały futbolu na najwyższym poziomie. W Prowansji zakończyło się bezbramkowym remisem po meczu, w którym obie ekipy przede wszystkim się badały. Ostateczne rozstrzygnięcie miało zapaść w legendarnym Teatrze Marzeń. Rzeczywiście, piłkarze z obu stron zaserwowali takie widowisko i tyle emocji, że zasługiwało to na ściany, w jakich rozgrywane było to spotkanie. Piłkarze Deschampsa polegli, ale po raz kolejny udowodnili, że nikogo nie muszą się bać. Niewiele przecież zabrakło, by na Old Trafford padł sensacyjny remis, dający awans gościom. Władze Marsylii mogą być zadowolone z tego rezultatu. Udało się osiągnąć zamierzone cele z początku sezonu, na co we wrześniu się nie zapowiadało, a do tego dumnym można być z zespołu, który zmusił wielki Manchester – grający u siebie – do kurczowej obrony własnej bramki.
Niespełnione oczekiwania
Jasne, że poziom klubów Ligue 1 nie jest na tę chwilę w stanie sprostać walce o najwyższe laury w Lidze Mistrzów. W takich realiach priorytetem dla Francji powinny być starania o wywalczenie trofeum w rozgrywkach o szczebel niższych. Wiosną Lille kontynuowało jednak swoją politykę: „Liga jest najważniejsza, a sukces w pucharach będzie co najwyżej bonusem”. Zemściło się to już w 1/16 finału. PSV Eindhoven nie było rywalem o klasę wyższym, wręcz pokusiłbym się o stwierdzenie, że faworytem byli „Les Dogues”, gdyby tylko zagrali tak jak w lidze. Nawet grając rezerwą, byli bliscy wyeliminowania holenderskiego potentata, zabrakło jedynie trochę szczęścia albo ponownie doświadczenia. Strata dwóch bramek w przeciągu jednej minuty na Stade Lille Metropole ukradła im niemal pewne zwycięstwo. W rewanżu zaś mieliśmy koszmaru ciąg dalszy. Rozpoczęło się od niespodziewanego prowadzenia gości, a skończyło rezultatem 3:1 dla gospodarzy. Zaważyły na tym dwie osoby: rezerwowy bramkarz – Barel Mouko, który popełnił karygodny błąd przy wyrównującej bramce, i Pierre-Alain Frau. Napastnik Lille w dość bezmyślny sposób złapał dwie żółte kartki i osłabił swój zespół w najbardziej newralgicznym momencie meczu.
Trochę dłużej od „Les Dogues” pograli sobie paryżanie. Z nimi przecież wiązano wielkie nadzieje, nawet na ostateczny sukces. Niesmaku trochę narobił pierwszy dwumecz z białoruskim BATE Borysów, w którym PSG awansowało zaledwie po dwóch remisach. Sukces jednak był i dopiero w następnej rundzie przyszedł poważny sprawdzian w rywalizacji z mistrzem Portugalii. W dwumeczu Olympique Lyon wygrał z Benfiką, choć były to tylko rozgrywki grupowe, teraz przyszła pora na stołecznych piłkarzy. W Lizbonie podopieczni Kombouare’go zagrali świetny mecz, ponownie pokazali kawałek tego futbolu, którym zachwycali cały kontynent w rundzie jesiennej. Niestety, determinacja i skuteczna gonitwa gospodarzy dała im jednobramkową zaliczkę przed rewanżem, która nie gwarantowała jednak spokoju na Parc des Princes. Do awansu paryżanom wystarczyłby tylko jeden gol. Zdobyli go, ale niestety kilka minut wcześniej sami musieli wyciągać piłkę z siatki. Do ostatnich minut niesieni wsparciem tysięcy zasiadających na trybunach walczyli o dogrywkę. Szans nie zabrakło, ale zabrakło skuteczności. Tak oto przed tygodniem w samym sercu Francji zgasła ostatnia iskra nadziei na sukces w bieżących rozgrywkach.
Czy to już kryzys?
Czy brak francuskich klubów na decydującym etapie europejskich pucharów może świadczyć o kryzysie w nadsekwańskim futbolu? Nie sądzę. Jeszcze w zeszłym sezonie dwa francuskie zespoły znalazły się w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, a jeden z nich osiągnął nawet półfinał tych rozgrywek. Przed dwoma laty również dwa kluby wystąpiły w ćwierćfinale Pucharu UEFA. Niepokojący dla francuskich kibiców może być jednak dystans, jaki narasta pomiędzy Ligue 1 a najlepszymi ligami w Europie, choć procesu tego nie da się chyba zatrzymać i w Champions League będziemy świadkami, iż o tytule decydować będzie między sobą kilka największych europejskich klubów. Co jednak istotniejsze, zauważyć można wzrastającą siłę lig, które gonią czołową piątkę rankingu UEFA. Coraz więcej do powiedzenia mają zespoły z krajów słowiańskich (Rosja, Ukraina) oraz Portugalii i jeżeli francuskim klubom zabraknie w najbliższych latach umiejętności, by z nimi rywalizować, to może to mocno zachwiać pozycją francuskiej piłki w Europie.