Fot. Ludovic Obraniak strzelił dzisiaj dwa gole dla Lille
Liga francuska zaskakuje i od pewnego czasu każde rozgrywki przynoszą nam nowe rozwiązanie w czubie tabeli. Tak też było i w tym roku, gdy mistrzem Francji została ekipa Lille, która powróciła na szczyt po ponad 50 latach przerwy. Drużyna, która na razie pretenduje do bycia jednym z francuskich gigantów i jest na dobrej drodze, by to osiągnąć. Warto zatem poznać nowego, trochę niespodziewanego zwycięzcę Ligue 1 w sezonie 2010/2011.
Krótka lekcja historii
Powstanie klubu Lille Olympique Sporting Club Lille Metropolie, bo tak brzmi pełna nazwa, to 1944 rok. Niektórzy mogą jednak wskazać na początek XX wieku (dokładnie 1902 rok) i nie bez racjonalnych podstaw. Wtedy właśnie powstał protoplasta naszego głównego bohatera, czyli Olympique lillios, jeden z najstarszych obok marsylskiego Olympique’u (1899) klub. Ważniejsze jednak od samej daty powstania jest czas późniejszy, gdy na sześć lat przed wybuchem II wojny światowej Olympique z Lille wygrał premierowy sezon najwyższej klasy rozgrywkowej we Francji. Było zatem od kogo czerpać mistrzowskie wzorce.
Drużyna Olympique lillois z 1934 roku (fot. ac-lille.fr)
23 września 1944 roku z połączenia dwóch piłkarskich zespołów związanych z metropolią w północnej Francji, wspomnianego Olympique lillois i Sporting Club Fives narodził się istniejący po dziś LOSC. Nazwa przez człony Olympique oraz Sporting Club nawiązuje do obu przodków. Pierwsze lata po globalnym konflikcie były bardzo obiecujące. Już w 1945 roku zespół dotarł do finału Pucharu Francji, w którym z kretesem przegrał z Racingiem Club de France. Nie trzeba było jednak długo czekać na kolejne sukcesy. W sezonie 1945/1946 piłkarze z Flandrii zaskoczyli całą Francję i zgarnęli krajowy dublet. W następnych latach publiczność w Lille również nie mogła narzekać. Do połowy lat 50. „Les Dogues” (Psy), bo taki przydomek noszą piłkarze, zdołali wygrać jeszcze jeden tytuł (1954), cztery razy być tuż za plecami mistrza kraju (1948, 1949, 1950, 1951) i tyleż samo razy sięgnąć po Puchar Francji (1947, 1948, 1953, 1955). Niestety odejście kilku znaczących graczy spowodowało konsekwentny spadek w futbolowej hierarchii i już w sezonie 1955-56 LOSC musiało pożegnać się z Division 1 (ówczesna nazwa ekstraklasy francuskiej).
Wiele kolejnych lat klub spędził na nieustannej przeprowadzce z pierwszej do drugiej ligi i na odwrót. Dłuższy okres w najwyższej klasie rozgrywkowej (19 lat) trwał od 1978 roku, lecz dopiero początek XXI wieku miał stać się nowym rozdziałem w sportowej historii regionu Nord-Pas-de-Calais. W 2000 roku drużyna awansowała ponownie do pierwszej ligi i dwa lata później przyciągnęła zainteresowanie znanego producenta filmowego, Michela Seydoux. Początkowo władał on mniejszościowymi udziały w spółce, lecz konsekwentnie powiększał je, odkupując od innych inwestorów. W 2004 roku był już właścicielem klubu i mianował siebie na prezesa. Od tego momentu w północnej Francji budowana była bez pośpiechu cała infrastruktura piłkarska i jednocześnie podwyższany był poziom jakości pierwszej drużyny. Stworzono jedną z najnowocześniejszych szkółek piłkarskich w kraju (we Francji to jest jeden z najważniejszych wyznaczników dobrze zarządzanego klubu) a teraz powstaje wielofunkcyjny stadion, który będzie areną poczynań kadr narodowych podczas Euro 2016, a także po przyszłym sezonie ma służyć miejscowej ekipie w gromadzeniu coraz większych rzeszy sympatyków. Obecny stadion nie spełnia już zapotrzebowań kibiców (ok. 18 tysięcy miejsc).
Pod względem sportowym postarano się, by miejsce szkoleniowca „Les Dogues” zajęła osoba, która będzie cierpliwie budować sukces od podstaw. Pierwsze kroki w tym kierunku poczynił Claude Puel. Obecny trener Olympique’u Lyon przybył do Flandrii w 2002 roku, by przez następne sześć lat konsekwentnie piąć się w tabeli. W tym okresie zespół zdołał dwukrotnie wystąpić w Lidze Mistrzów i w 2007 odpadł dopiero w 1/8 finału z Manchesterem United. Po odejściu Puela i kilku ważnych ogniw w zespole (Michel Bastos, Jean II Makoun) do Lyonu potrzeba było znaleźć nowego szkoleniowca, który będzie w stanie kontynuować dzieło poprzednika. Świetnie w tej roli odnalazł się Rudi Garcia, dzięki któremu europejskie puchary (choć początkowo w formie Ligi Europejskiej) zagościły na dobre na Stade Lille Metropole. Dziś jednak przyszedł czas na podbój Europy w większym wymiarze. Na koniec tego skrótu historycznego chciałbym zacytować pana Frederica Thirieza, szefa ligi, który odniósł się do sukcesu Lille w ten sposób: „Sukces sportowy Lille przychodzi w sukurs wielkim planom na przyszłość, m.in. z inauguracją zupełnie nowego stadionu w przyszłym roku. Poprzez swoją stabilność i konsekwencję klub Michela Seydoux może stać za przykład”.
Lille – mistrz niespodziewany, ale wymarzony
Mało kto przed rozpoczęciem ostatnich rozgrywek wskazywał Lille jako zespół, który może osiągnąć tak wiele. O ile w Coupe de France tryumfatora przewidzieć jest niezwykle trudno, to liga rządzi się własnymi prawami. By po ostatniej serii spotkań znaleźć się na najwyższym stopniu podium, trzeba wykazać się niezwykłą stabilnością formy, konsekwencją w zdobywaniu punktów, a co często za tym idzie pragmatyzmem na boisku. Typując drużynę do mistrzowskiego tytułu, trzeba zwrócić uwagę na potencjał piłkarski, zarówno pierwszego składu, jak i ławki rezerwowych, a także na kluczowe w wielu przypadkach doświadczenie w grze na najwyższym poziomie. Jednym tchem w gronie faworytów do tytułu specjaliści wymieniali Marsylię, Lyon i Bordeaux, a czasem nieśmiało Paris Saint-Germain. Stało się jednak inaczej i ponownie wdzięczni mogliśmy być nieprzewidywalności piłki nożnej.
Od samego początku minione rozgrywki zaskakiwały nas rozstrzygnięciami. Jesienią przez pierwsze miejsce w tabeli przewinęła się cała chmara niespodziewanych klubów. Rozpoczęła Tuluza, a następnie zajmowali je piłkarze Saint-Etienne, Rennes, Brestu i Lille. Gdy na chwilę jesienią pojawiła się Marsylia wydawało się, że wszystko wraca do normy. Jednak z początkiem grudnia nadeszły rządy „Les Dogues”, które trwały właściwie do samego końca. Podopieczni Rudiego Garcii zaczęli zachwycać piłkarski świat swoją szybką, atrakcyjną grą pełną fantazji, której brakowało wśród tych najlepszych. Co ważniejsze, nie przeszkadzało to w konsekwentnym kumulowaniu punktów, miażdżąc nieraz poziomem swoich rywali (6:3 z Lorient czy 5:2 z Caen). Jedynym mankamentem mógł być brak doświadczenia. Gdy przyszła pora zmierzyć się z elitą Ligue 1, czyli Lyonem i Marsylią, to skończyło się na dwóch wyraźnych porażkach. Różnicę klas widać było szczególnie z „Les Phoceens”, gdy goście z Prowansji zdołali w drugiej połowie odrobić jednobramkową stratę i wyjść na 3:1. Znów okazało się, że młodość i brawura nie mogą równać się z doświadczeniem i pragmatyzmem. Sprawa oddania pierwszego miejsca miała być tylko kwestią czasu.
Nadeszła przerwa zimowa, potem wiosenne wznowienie rozgrywek, a ten moment wciąż nie następował. Lille powróciło do czarowania piłką i umacniało się na czele Ligue 1. Sprawdzianem dojrzałości dla tej jedenastki miały stać się mecze rewanżowe z gigantami. Czy piłkarze potrafili wyciągnąć wnioski z jesiennych porażek (jedynych dwóch)? Chwila była nad wyraz niekorzystna. W tym okresie podopieczni Garcii odpadli z europejskich rozgrywek w dwumeczu z PSV, a tuż przed tym przytrafiła im się przypadkowa przegrana ligowa z Montpellier. Tym jednak dosadniej zaobserwować można było, jaką wartość przedstawiali „Les Dogues”. We wiosennych pojedynkach z OL i OM Hazard i spółka wywalczyli bardzo cenne cztery punkty. Nie było pełnego rewanżu, ale o ileż ważniejsza była kwestia utrzymania dystansu nad rywalami. Do rangi symbolu urósł zwycięski gol Pierre’a-Alaina Fraua na Stade Velodrome. Lille pokazało najwyższą klasę futbolu.
Przypieczętowaniem udanego sezonu miało być 12 pozostałych kolejek. Na nieszczęście kibiców z Flandrii przydarzył się im ulubieńcom spory kryzys. Cztery mecze bez zwycięstwa na tym poziomie mogły szybko pozbawić marzeń o pierwszym od ponad pół wieku tytule. Po szczęśliwym remisie w Lorient, Flandryjczycy utracili pierwsze miejsce na rzecz Marsylii. Jednak determinacja i wola walki o najwyższe cele pozwoliły szybko nadrobić potracone punkty i ponownie wskoczyć przed obrońców tytułu. W tym też okresie wyraźnie zmieniło się nastawienie całej ekipy, gdyż wreszcie otwarcie zaczęto mówić, iż celem ich jest mistrzostwo. Do tej pory Rudi Garcia z uporem maniaka powtarzał, że ważny jest udział Lille w przyszłorocznej Lidze Mistrzów i każde miejsce na podium będzie satysfakcjonujące. Trudno jednak było uwierzyć, by po tak długim okresie przewodzenia w tabeli nie myśleć realnie o ostatecznej wygranej.
Michel Seydoux (po lewej) wraz z Rudim Garcią – twórcy potęgi Lille (fot. ledessousdusport.fr)
Tego też dokonali, a do samego końca nie było łatwo. Po wysokim zwycięstwie nad Arles Avignon, które przywróciło „Les Dogues” na szczyt, w czterech kolejnych meczach (w tym finał Coupe de France) wywalczyli komplet punktów, zdobywając za każdym razem tylko jednego gola więcej niż przeciwnik. Lille pokazało nareszcie, że pomimo swej młodzieńczej werwy, potrafi wykalkulować, jak wygrywać najmniejszym kosztem. Jednocześnie nie zatracili w tym swego pięknego stylu gry. Tak oto podopieczni Garcii uzupełnili wspaniały wizerunek nowego mistrza kraju, grającego zachwycająco i zarazem mądrze. Wiele osób jest zdania, iż jest to świetny produkt eksportowy francuskiej piłki, za przyczyną którego w Champions League wiele może się zdarzyć. Do tego grona dołącza się również wspomniany już pan Thiriez, który stwierdził: „Tytuł dla Lille jest nagrodą za piękną piłkę, jaką prezentują. Przez cały sezon pokazali zadziwiającą siłę ducha. Mistrzostwo Francji nie tylko jest zasłużonym trofeum, ale również wielce obiecującym”.
Lille – czyli kto?
Nieco powiedzieliśmy o samym klubie z północy Francji i o ludziach, którzy na boisku nie zwykli wychodzić w celach sportowych. Teraz pora poznać, kto tak naprawdę decyduje o sile Lille, czyli kto musiał zostawiać na murawie litry potu.
Pierwsza jedenastka
W sezonie 2010/2011 Rudi Garcia upatrzył sobie w składzie żelazny skład jedenastu osób, którzy zdecydowanie najczęściej wychodzili na murawę od pierwszej minuty. Najmniej takich występów ma Franck Beria (25), lewy obrońca, który czasem ustępował miejsca Emersonowi, zaś absolutnymi rekordzistami są bramkarz Mickael Landreau oraz defensywny pomocnik i zarazem kapitan drużyny, Rio Mavuba, którzy uzbierali komplet 38 spotkań w podstawowym składzie. Oto żelazna jedenastka „Les Dogues”:
Bramkarz: Mickael Landreau Jeden z najlepszych sezonów byłego golkipera Nantes. Może nie jest on najlepszym specjalistą w Ligue 1 na swojej pozycji, ale nieraz przekonywał, iż jest mocnym punktem w swojej drużynie. Nie dał się wygryźć żadnemu z rezerwowych bramkarzy (Barel Mouko zaliczył tylko jeden występ w rewanżowym meczu LE z PSV), a także nie dopadła go w trakcie sezonu żadna kontuzja.
Środek obrony: Adil Rami, Aurelien Chedjou Reprezentanci swoich krajów, odpowiednio Francji i Kamerunu. Szczególnie dla Ramiego ten sezon stał się wyjątkowo udany. Oprócz sukcesów z Lille, stał się podporą w kadrze Laurenta Blanca i uznany za jednego z najlepszych defensorów nad Sekwaną. Wybrany został wraz z ofensywnym tercetem do jedenastki sezonu w ligowym plebiscycie. Wraz z kolegami dopuścili do utraty tylko 36 goli. Lepsze było tylko Rennes, mając o oczko lepszy rezultat.
Boki obrony: Franck Beria i Mathieu Debuchy Najbardziej newralgiczne pozycje we współczesnym futbolu. Trudno jest znaleźć naprawdę dobrych specjalistów, a w Lille się to udało. Nieraz udowadniali swoją przydatność zespołowi zarówno w ofensywie, jak i defensywie. Zdecydowanie przewyższali swoich rezerwowych odpowiedników.
Defensywny pomocnik: Rio Mavuba Kapitan „Les Dogues” i serce drużyny. Nie opuścił żadnego ligowego spotkania, będąc zawsze podporą bloku defensywnego, a czasem nawet ofensywnego. W trudnym spotkaniu z Saint-Etienne na wyjeździe zdobył strzałem z dystansu zwycięskiego gola.
Obraniak też dołożył swoje trzy grosze do tegorocznego sukcesu (fot. thestar.com.my)
Pomoc: Florent Balmont i Yohan Cabaye Każdy z tych piłkarz ma zupełnie inną charakterystykę. Balmonta określa się mianem płuc całego zespołu. Wielki wojownik, który nigdy nie odpuszcza nogi. Yohan Cabaye, obok Ramiego, drugi reprezentant „Trójkolorowych”, świetnie odnajduje się w roli rozgrywającego. Bardzo dobrze bije rzuty wolny, może nawet lepiej niż karne. Po Hazardzie i Gervinho najlepszy podający w Lille.
Skrzydłowi napastnicy: Eden Hazard i Gervinho Motor napędowy ataków Lille. To oni w dużej mierze są odpowiedzialni za bajeczny styl gry mistrzów Francji. Szybcy jak wiatr, potrafią na kilku metrach ominąć każdego obrońcę i to przede wszystkim po faulach na nich przeciwnicy łapią kartki, a Lille otrzymuje kluczowe stałe fragmenty gry. Hazard potrafi również fantastycznie uderzać z dystansu, o czym przekonał się bramkarz Marsylii, Steve Mandanda, gdy Belg prawie że z miejsca uderzył z ponad 30 metrów.
Wysunięty napastnik: Moussa Sow Jeden z najlepszych transferów letniego okienka we Francji. Z Rennes przyszedł na zasadzie wolnego transferu, gdyż w Bretanii nie chciano przedłużyć z nim umowy. Któż by się spodziewał, że pod skrzydłami Rudiego Garcii zaprezentuje się jako bezlitosny lis pola karnego. W minionych rozgrywkach zdobył 25 bramek i został królem strzelców Ligue 1. Nie dość że piłka szuka go w polu karnym, to również sam potrafi wypracować sobie sytuację strzelecką. Świetnie współpracował z Hazardem i Gervinho, wychodząc do prostopadłych podań.
Ławka rezerwowych
W jednym z wywiadów reprezentant Polski, Ludovic Obraniak zapytany o ciągłe przesiadywanie na ławce, stwierdził, że nie ma o to zupełnie pretensji do trenera, gdyż piłkarze wychodzący w pierwszej jedenastce są po prostu lepsi. Taka jest też prawda. Jednak gdyby nie mocni rezerwowi LOSC śmiem powiedzieć, iż o mistrzostwie czy tym bardziej o dublecie nie byłoby mowy. W tej grupie szczególną rolę odgrywa międzynarodowe trio, czyli Ludo Obraniak oraz dwóch napastników: Francuz Pierre-Alain Frau i Brazylijczyk Tulio De Melo. To oni zwykle są ekipą, która zapewniała w końcówkach meczów punkty. Wystarczy wspomnieć tu o golu De Melo (asystował Obraniak) w derbowym pojedynku z Lens i trafieniach w ostatnich minutach Frau na Stade Velodrome przeciwko Marsylii i Obraniaka w finałowym meczu Pucharu Francji na Stade de France. To po ławce rezerwowych poznać można klasę zespołu i w przypadku Lille ta zasada się sprawdziła.
Kto zostanie, kto odejdzie?
Zaczynając od rzeczy pewnych, wiadomo, że koszulki „Les Dogues” nie przywdzieje w przyszłym sezonie żaden z reprezentantów Francji. Adil Rami już zimą podpisał kontrakt z hiszpańską Valencią, a ostatnie pół sezonu grał jako zawodnik wypożyczony do Lille. Zaś Cabaye ogłosił niedawno, iż związał się dwuletnim kontraktem z angielskim Newcastle.
W ciągu ostatnich miesięcy pojawiało się również mnóstwo pogłosek o kolejnych odejściach. Na pierwszy plan wysuwały się postaci Gervinho i Edena Hazarda. Rozważano nawet, że młody Belg podpisał nową umowę z klubem, by pracodawcy mogli na nim zarobić. Głos w tej sprawie zabrał sam zainteresowany: „Nie sądzę bym teraz odszedł. Mam kontrakt do 2015 roku i jestem tu szczęśliwy. W przyszłym roku jest Liga Mistrzów. Chcę w niej zagrać z Lille lub z innym wielkim klubem.” Nic nie jest zatem przesądzone.
Klub z Flandrii bardzo systematycznie przedłużał kontrakty również z innymi osobami w klubie, także z Garcią. Po podjęciu decyzji o transferze Cabaye’a do Anglii, głos zabrał sam szkoleniowiec: – Yohan Cabaye jest jedynym, który może odejść. Pozostali są związani kontraktami i będą w składzie, jeśli tylko będą chcieli – stwierdził Garcia. Co do nowych twarzy na Stade Lille Metropole, przewija się nazwisko Benoita Pedrettiego z Auxerre, który otwarcie zadeklarował, że chciałby zastąpić w przyszłym sezonie Cabaye’a.