Wielki talent! Przyszłość francuskiej piłki! Geniusz i wirtuoz! To tylko niektóre z określeń, które opisywały jeszcze kilka lat temu Hatema Ben Arfę. Miał być nowym Zinedinem Zidanem, dyrygentem, który przywróci Francji blask z poprzednich lat. Miał być dowódcą „Les Bleus” i zdobywać z kadrą trofea. Miał wyruszyć na podbój Europy, zdobyć Ligę Mistrzów i Złotą Piłkę. Miał być na ustach wszystkich i nie schodzić z pierwszych stron gazet. Taką przyszłość wróżyli zawodnikowi francuscy eksperci i kibice, a gdzie w tym wszystkim znajduje się Hatem?
„Paris Saint-Germain to świetny klub. To najlepsze miejsce do piłkarskiego rozwoju. Od zawsze marzyłem, aby tam grać”. Te i inne bzdury są na porządku dziennym, odkąd Paryżem rządzą katarskie petrodolary. Kto normalny wypowiedziałby takie zdanie jeszcze dwa, trzy sezony temu? Teraz większość piłkarzy tak mówi, sęk w tym, że z niektórych ust brzmi to wręcz komicznie. Tak też jest w przypadku Ben Arfy. Ale po kolei.

Nie ma sensu rozwodzić się nad karierą Francuza, bo nie to jest głównym tematem tego wydania „Vive la France”, więc tylko krótkie przypomnienie dla formalności. Hatem Ben Arfa po kilku rzeczywiście dobrych latach spędzonych w Ligue 1 najpierw w Olympique Lyon, a potem w Olympique Marsylia ruszył podbijać Europę. Pierwszym przystankiem miał być angielski średniak, Newcastle United. To właśnie dzięki „Srokom” zawodnik miał się pokazać i wywalczyć sobie transfer do jednego z gigantów europejskiej piłki. Następnie jego kariera rozwinęła się w… szczerze, to wcale się nie rozwinęła. Po transferze Ben Arfa obniżył poziom z gwiazdy ligi do sumiennego gracza pierwszego składu. Fakt, że swój udział w tym ma Nigel De Jong, dzięki któremu Hatem doznał podwójnego złamania nogi i stracił prawie cały pierwszy sezon. Po wyleczeniu urazu już nie wrócił do swojej formy i nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle to nastąpi.
Tym bardziej śmieszne w tej sytuacji jest publiczne ogłaszanie chęci przeniesienia się do PSG. Niby dlaczego klub, który jest w stanie kupić każdego zawodnika na świecie, miałby zatrudnić słabego Ben Arfę? Trudno powiedzieć, co 25-latek chce osiągnąć takimi wyznaniami. Tak chyba już być musi, bo w tym momencie dla większości graczy Paryż jest spełnieniem marzeń. Ostatnio nawet Falcao powiedział, że woli PSG od Chelsea Londyn. Oczywiste jest to, że jeżeli Kolumbijczyk zdecyduje się na taki transfer, to podopieczni Carlo Ancelottiego będą mieli ekipę na finał Ligi Mistrzów. Inną kwestią są priorytety „El Tigre”, który jak widać, woli pieniądze, niż grę w najlepszej lidze świata. Oczywiście w Chelsea też dostałby sporą tygodniówkę, ale z pewnością nie taką jak w Paryżu. Jego sprawa. Ale Ben Arfa? Przecież to śmieszne.
Pastore, Moura, Verratti, Matuidi, Sissoko, Motta. To zawodnicy z najwyższej półki. Jest ich tylu, że włoski szkoleniowiec ma kłopot bogactwa. Gdzie w tym gronie widzi miejsce dla siebie piłkarz Newcastle? Nie wiem. Może myśli, że nadal jest największą nadzieją francuskiej piłki, może ciągle chce podbić piłkarski świat, a może po prostu stracił świadomość, że stał się tylko dobrym graczem. Obecnie Francuz leczy kontuzję ścięgna, więc tak czy inaczej, nie ruszy się ze Sport Direct Arena. Ale jestem pewien, że do czerwca jeszcze nieraz usłyszymy o jego wielkich marzeniach, które to od dziecka w nim tkwią.












