Fot. Znowu dojdzie do derbów pomiędzy Lens i Lille
Nad Sekwaną i Loarą zakończono w tym roku kalendarzowym rozgrywki ligowe. Oczywiście nieznane są jeszcze terminy przeniesionych spotkań Lille z Nancy oraz Lens z Caen (może się jeszcze okazać, że to nie koniec emocji w 2010 roku), lecz nic nie stoi na przeszkodzie, by wstępnie podsumować tę śnieżną i burzliwą (dosłownie) rundę jesienną w Ligue 1.
Lider z północy po 60 latach, Paryż marzy o mistrzostwie
Lille zasłużyło na prowadzenie w lidze (fot. Losc.fr)
Francuskim mistrzem jesienni został zespół z północnej części kraju, Lille, którego zawodnikiem jest Ludovic Obraniak. Sukces ten, może trochę niespodziewany, został powtórzony dopiero po 61 latach, gdy w 1949 roku wyprzedzili silne ówcześnie zespoły Reims i Bordeaux (skończyło się na wicemistrzostwie). Niespodziewany, gdyż przodownictwa w tabeli oczekiwaliśmy od drużyn, które w ostatnich latach świętowały największe sukcesy, czyli: Lyon, Marsylia tudzież Bordeaux (choć okienko transferowe zdecydowanie ich osłabiło). Mniejszego udziału można było oczekiwać od Lille, PSG (obecnie lider i wicelider) czy Auxerre. Uczestnictwo w europejskich pucharach, a zarazem brak ligowej regularności skłaniały do myślenia, że te ekipy nie wytrzymają rywalizacji na wszystkich frontach. Zaskakująco jednak zarówno PSG i Lille awansowały do następnej rundy LE, a także zajęły świetne miejsca wyjściowe przed rozpoczęciem wiosny. Ostatnia kolejka jesienni nie posłużyła jednak żadnej z tych ekip, w której to „les Dogues” nie potrafili uporać się z Saint-Etienne, a stołeczni – chyba w największej niespodziance kolejki – ulegli w Lotaryngii tamtejszemu Nancy. Oczywiście, warto zauważyć, iż w ostatniej serii spotkań żadna z czołowych drużyn nie popisała się formą, co pozwala sądzić, iż wszystkim potrzebny jest zimowy odpoczynek.
Burzliwe losy OL i OM
Miniona część sezonu była dla obu ekip wielce zaskakująca i pełna zwrotów akcji. Mało kto z kibiców „les Gones” chce pamiętać, iż parę miesięcy temu doszło do tragicznych dla nich w skutkach Derbów Doliny Rodanu, w których odwieczny rywal, „Zieloni” z Saint-Etienne nie dość że wygrał na wyjeździe, to zarazem zepchnął przeciwnika do strefy spadkowej, zarazem rozsiadając się na fotelu lidera. Następująca te wydarzenia wygrana w Lotaryngii miała być początkiem czegoś dobrego, ale któż wtedy wierzył, że wymęczone zwycięstwo 3:2, w dużej mierze dzięki błędom obrońców, może stać się punktem kulminacyjnym. Wydaje się, że tak też nie było. Momentem przełomowym było spotkanie wcześniejsze, gdy po zaprezentowaniu stylu gry, jakiej od zespołu się oczekuje, doznali największego ligowego upokorzenia. Wszyscy w klubie powiedzieli sobie: „Gorzej być nie może” i tak też się stało. Nie z tej ziemi zdaje się wyglądać seria 12 spotkań bez porażki, mimo iż nie raz dopisało liończykom szczęście (mecz z PSG czy Auxerre). Niewiele brakowało, by swoją pracę w zespole stracił Claude Puel, jednak cierpliwy prezes Aulas dał mu szansę do końca rundy, czego żałować teraz nie może. Wywindowanie na trzecią lokatę robi wrażenie i nie umniejsza tego nawet fakt, iż tabela ligowa w tym roku jest dosyć specyficzna ze względu na małe różnice punktów. Warto jednak zauważyć, że dobra postawa wicemistrzów kraju automatycznie przełożyła się na słabsze rezultaty w Lidze Mistrzów, w której po trzech zwycięskich meczach, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, drużyna przegrała kolejne trzy. Aż nie mogę się doczekać kolejnych zwrotów akcji zaprezentowanych przez Gourcuffa i spółkę wiosną, a na ichniej drodze stanął przecież wielki Real Madryt…
Gignac nie spełnił pokładanych w nim nadzei (fot. l’equipe.fr)
Trudno postawę obrońców tytułu, Marsylii, porównać do Lyonu, gdyż w tym sezonie zabrakło punków zwrotnych, wielkich zwycięstw w ostatnich minutach. Rzeczywiście, pierwsze mecze nie wskazywały, że podopieczni Didiera Deschampsa będą próbowali zdobyć mistrzostwo Francji ponownie, lecz ich progres w tabeli, a zarazem w grze był znacznie łagodniejszy i nie przyczynił się do żadnej spektakularnej serii. Marsylia po prostu zaczęła wypełniać pokładane w niej nadzieje, co nie zmienia, że styl jaki prezentowała nie powodował zawrotów głowy. Nawet niektórzy obserwatorzy wnioskowali osłabienie w ligi w tym, że zespół ten bez większych problemów pnie się w górę po kiepskim początku sezonu. Im się po prostu zdarzały dobre mecze, takie jak z Montpellier 4:0, z PSG mimo porażki 1:2, a także z Auxerre grając w dziesiątkę. Nie można nie wspomnieć o wielkich wyczynach 7:0 z Żiliną i 3:0 w Moskwie ze Spartakiem, dzięki którym wszyscy dali się nabrać, że „les Phoceens” grają nareszcie swoje. Nic z tych rzeczy i najciekawsze jest to, iż nie z obroną, w której szereg kontuzji i braków mają mistrzowie Francji, lecz z atakiem mają największą zagwostkę. Żaden z zakupionych napastników czy Gignac, czy Remy nie potrafi dorównać geniuszowi Mamadou Nianga, a wyręczać muszą ich kreatywni pomocnicy, jak Valbuena i Lucho. Na styczniowym rynku transferowym nie będą próżnować…
Ci, którzy zawiedli
Parę słów trzeba powiedzieć o tych zespołach, od których spodziewano się znacznie się znacznie więcej aniżeli obrony przed spadkiem. Na pierwszy plan wysuwają się dwie ekipy, zajmujące obecnie 19. i 17. miejsce. Lens i Monaco, bo o nich mowa, to zespoły, które chcą liczyć się w czołówce ligowej tabeli, ci drudzy często nawet wspominają o mistrzowskich zakusach. Szybko się jednak okazało, że historie te trzeba włożyć między bajki, a energię mentalną zacząć wykorzystywać w celu utrzymania się w lidze. Lens został w tym sezonie mistrzem połów i gdyby mecze trwały dwa razy krócej prawdopodobnie „Złocisto-krwiści” okupowaliby teraz jedną ze środkowych, a może nawet czołowych pozycji. Wystarczy tylko przywołać świetne pierwsze 45 minut z Lyonem, dające im prowadzenie 1:0, także drugą odsłonę z OM, w której zdołali doprowadzić do remisu, a niewiele zabrakło, by wywieźć trzy punkty ze Stade Velodrome. Jeszcze lepszym przykładem zdaje się być wczorajsza potyczka na Stade Chaban Delmas, gdy do szatni gospodarze schodzili z dwubramkową stratą. Mecz piłkarski to jednak pełne 90 minut, co wyraźnie odmienia ocenę piłkarzy z północnej Francji. Do grona zawiedzionych zaliczyć można także z pewnością fanów z Burgundii. Od tamtejszego Auxerre oczekiwano znacznie lepszych rezultatów, powołując się na fantastyczną formę drużyny z poprzedniego sezonu. Poza tym dość nieoczekiwany tryumf nad Zenitem St. Petersburg utrzymywał obserwatorów w mylnym przeświadczeniu, że ten sezon może być nawet lepszy. Mistrz remisów we Francji (zebrał ich w sumie aż 11) na koniec rundy również pokusił się o nierozstrzygnięty wynik i tak jak w innych spotkaniach do zwycięstwa wiele nie brakowało. Pucharów europejskich w tym sezonie już nie będzie, czas więc nadszedł, by powalczyć o nie w lidze i, co zaskakuje, również w Pucharze Ligi, w którym dobrnęli aż do półfinałów.
Beniaminkowie – jakże oni różni
Arles jest skazane na degradację (fot. l’equipe.fr)
Nie można zapomnieć o nowych uczestnikach ligowych zmagań – beniaminkach. To oni przecież wnoszą w skostniałą strukturę klubową nieco orzeźwienia. Po roku absencji na ligowe salony powrócili piłkarze z Normandii i natychmiast rozpoczęli burzenie zastałej hierarchii, wygrywając na inaugurację z tuzami z Lyonu i Marsylii. Doświadczenia Caen najwyższej klasy rozgrywkowej z poprzednich sezonów procentowały i podopiecznym Francka Dumasa przypisywano rolę pogromców najlepszych, grającego bez kompleksów beniaminka. Wybitną postacią w drużynie stał się francuski snajper, Youssef El Arabi. Nie minęły dwa miesiące, a wszystko wywróciło się do góry nogami. Dobre złego początki miały miejsce w Lorient, gdzie 18 wrześnie Caen ograło gospodarzy 1:0. Na następne trzy punkty czekać musieli aż do ostatniej kolejki, w której nieoczekiwanie pokonali Rennes. Seria dziesięciu meczów bez zwycięstwa stała się przyczyną marszu w dół tabeli, przez co niespodziewanie dołączyli do etatowego „chłopca do bicia” – Arles Avignon. W rzeczy samej, Awinion, miasto papieży, doczekał się w swej historii wkroczenia do elity piłkarskiej, ale upokorzenie, jakim zostali dotknięci trudno będzie zrekompensować. Pierwsze osiem kolejek bez zdobyczy punktowej od razu pokazało im miejsce w szeregu, a w następnych spotkaniach było niewiele lepiej. Jedyna ligowa zmiana na stanowisku trenera nie przyniosła żądanych efektów. Może zima przyniesie „Lwom” jakąś odmianę?
Co jednak najistotniejsze w kwestii beniaminków, to nieprzeciętna gra Bretończyków z Brestu. Wicemistrz Ligue 2 po trzech kolejkach odmienił swoją pełną polotu grę do przodu, skupiając się na zabezpieczeniu tyłów. Efekty były natychmiastowe. Alex Dupont zaczarował swoją drużynę tak, że po następnych ośmiu meczach sięgnął po najwyższy stopień podium, zachowując przy okazji czyste konto. Nie mała w tym zasługa Steeva Elany, który ustawił w obecnym sezonie wysoką poprzeczkę – prawie 900 minut bez straconej bramki. Pewniejsze miejsce w tabeli, brak widma spadku spowodowały ponowną zmianę strategii. Brest zaczął grać odważniej, z polotem, jednocześnie nie zapominając o formacji defensywnej. Przyszły pierwsze znaczniejsze porażki, jak z Lille i PSG (obie 1:3), ale również ograli oni gładko słabe Lens aż 4:1. Co więcej, SB29 jest jedyną drużyną, która w tej rundzie nie odniosła porażki na własnym obiekcie, o czym dobitnie przekonali się w ostatniej kolejce obrońcy tytułu. Przed rundą rewanżową pewnym sukcesu z grona beniaminków (jakim niewątpliwie jest pozostanie w Ligue 1) może czuć się bretoński zespół.
Pucharowe ambicje
Elana to jeden z symboli bretońskiego sukcesu (fot. l’equipe.fr)
Niezaprzeczalnie pucharowe ambicje są domeną takich ekip, jak Bordeaux czy Montpellier (które utrzymuje dobrą, choć nie zawsze równą dyspozycję z zeszłego roku). Wspomnieć jednak chciałem o dwóch zespołach, które dosyć nieprzewidzianie również stanęły do walki o Europę. One także jesienią poczuły smak przodownictwa w tabeli i niechętnie odpuszczą najlepszym w dalszej części sezonu. Otóż Saint-Etienne i Stade Rennais to kluby, o których sile decyduje przede wszystkim wysoka forma młodego pokolenia, wsparta kilkoma graczami z większym bagażem doświadczeń. U „Zielonych” Dimitri Payet, Emmanuel Riviere czy Blaise Matuidi, a w Rennes Yann M’Vila, Jires Kempo-Ekoko i Abdoulrazagoui Camara są zawodnikami ocierającymi się o reprezentację „Trójkolorowych”, a wręcz, w przypadku niektórych, stanowiących o jej sile. Christoph Galtier i Frederic Antonetti wiedzieli co robią, dając szansę młodej generacji i opierając na nich potencjał drużyny. Aż trudno uwierzyć, że „Czerwono-czarni” oddali latem szereg wybitnych piłkarzy. Asamoah Gyan przeprowadził się do Anglii, Jimmy Briand zasilił wicemistrzów Francji, a Moussa Sow strzela seriami gole dla obecnego lidera. W ich miejsce zarząd bretońskiego klubu sprowadził jedynie Victora Hugo Montano z Montpellier, a mimo to, Rennes walczy o najwyższe laury ligowe, co było nie do pomyślenia jeszcze rok temu.
Średniactwo totalne
Rolę średniaków ligowych o niesprecyzowanej tendencji spełniać będą prawdopodobnie zespoły Nancy, Lorient, Sochaux i Tuluzy. Nie można od nich oczekiwać jakichś znaczniejszych zwyżek formy, lecz spełniają one niezbędne minimum zwycięstw, by zapewnić swój byt w ekstraklasie. Prawie każdy z ich trenerów podkreślił na niejednej konferencji, iż ich kadry są w trakcie budowy i nie można spodziewać się od nich jakiejkolwiek regularności. Można jednak podziwiać pełną zaangażowania i polotu grę, którą czasami dają popalić rywalom. Na pierwszy plan wysuwają się Lorient kierowane przez Christiana Gourcuffa oraz Sochaux Francisa Gillota. W obu ekipach pojawiło się wiele futbolowych perełek, które przyciągnęły uwagę wielu potentatów. Trzeba przyznać, iż duet napastników Maiga – Ideye, wspierany przez znakomitych skrzydłowych Martina i Boudebouza może napsuć krwi najlepszym. Podobnym zainteresowaniem cieszą się piłkarze „les Merlus”, Kevin Gameiro czy Morgan Amalfitano. Ciekawe jednak, jak w najbliższym oknie transferowym postąpią klubowe władze, które dosyć chętnie mogą pozbyć się swoich gwiazd.
Walka o utrzymanie – ciąg dalszy wiosną
Dobra postawa w lidze zaowocowała powołanie do reprezentacji dla M’Vili (fot. football365.fr)
Stawkę 20 wybrańców Ligue 1 kompletują jedenastki Nicei oraz Valenciennes, które geograficznie dzieli przepaść, ale piłkarsko już nie tak wiele. Żadnych większych wymagań, jak tylko utrzymanie nie można im stawiać po tym, co zaprezentowały w dotychczasowych widowiskach. „Orlęta” z Lazurowego Wybrzeża pochwalić się mogą wyjątkową obroną z fantastycznym bramkarzem, Davidem Ospiną, na czele, która nie ugięła się pod naporem najlepszym ataków z Paryża i Marsylii. Podczas wizyty w Lyonie również niewiele zabrakło, by wywalczyć korzystny remis. To, czego im brakuje to skuteczny atak. Po odejściu Loica Remy’ego do OM nie znalazł się jeszcze napastnik, dobrze rekompensujący tę stratę. Pokładanych nadziei nie spełnił Danijel Ljuboja, który zaledwie trzy razy znalazł drogę do siatki rywali. Równie dotkliwego osłabienia przed sezonem doznali gracze VFC, oddawszy swojego rozgrywającego Fahida Ben Khalfallaha „Żyrondystom”. Rzeczywistość okazała się dla obu drużyn brutalna i będą musiały zmierzyć się wiosną z widmem degradacji.
Podsumowując te fantastyczne pięć miesięcy piłkarskiego życia we Francji, trzeba przyznać, iż tak wyrównanego, a zarazem emocjonującego sezonu nie byliśmy świadkami od wielu lat. Walka na obu końcach tabeli zapowiada się ekscytująco i mam nadzieję, że będzie to dla Państwa zachętą do śledzenia poczynań klubów znad Sekwany. Pierwsza kolejka rundy rewanżowej już 15 stycznia, a tydzień wcześniej swoje możliwości sprawdzą kluby z ekstraklasy w krajowym pucharze. Niedługo potem również dojdzie do ostatecznych rozstrzygnięć Pucharu Ligi z udziałem najlepszych zespołów Ligue 1. Na pewno będzie się wiele działo! Po świętach zapraszamy do śledzenia naszego działu, gdyż spodziewać się można interesujących podsumowań poczynań francuskich klubów w mijającym roku 2010.
A ja czekam aż do pierwszej ligi francuskiej
wejdą”Atlantyckie Kanarki”z FC NANTES;)
Dodaj komentarz
Nad Sekwaną i Loarą zakończono w tym roku kalendarzowym rozgrywki ligowe. Oczywiście nieznane są jeszcze terminy przeniesionych spotkań Lille z Nancy oraz Lens z Caen (może się jeszcze okazać, że to nie koniec emocji w 2010 roku), lecz nic nie stoi na przeszkodzie, by wstępnie podsumować tę śnieżną i burzliwą (dosłownie) rundę jesienną w Ligue 1.
Lider z północy po 60 latach, Paryż marzy o mistrzostwie
Lille zasłużyło na prowadzenie w lidze (fot. Losc.fr)
Francuskim mistrzem jesienni został zespół z północnej części kraju, Lille, którego zawodnikiem jest Ludovic Obraniak. Sukces ten, może trochę niespodziewany, został powtórzony dopiero po 61 latach, gdy w 1949 roku wyprzedzili silne ówcześnie zespoły Reims i Bordeaux (skończyło się na wicemistrzostwie). Niespodziewany, gdyż przodownictwa w tabeli oczekiwaliśmy od drużyn, które w ostatnich latach świętowały największe sukcesy, czyli: Lyon, Marsylia tudzież Bordeaux (choć okienko transferowe zdecydowanie ich osłabiło). Mniejszego udziału można było oczekiwać od Lille, PSG (obecnie lider i wicelider) czy Auxerre. Uczestnictwo w europejskich pucharach, a zarazem brak ligowej regularności skłaniały do myślenia, że te ekipy nie wytrzymają rywalizacji na wszystkich frontach. Zaskakująco jednak zarówno PSG i Lille awansowały do następnej rundy LE, a także zajęły świetne miejsca wyjściowe przed rozpoczęciem wiosny. Ostatnia kolejka jesienni nie posłużyła jednak żadnej z tych ekip, w której to „les Dogues” nie potrafili uporać się z Saint-Etienne, a stołeczni – chyba w największej niespodziance kolejki – ulegli w Lotaryngii tamtejszemu Nancy. Oczywiście, warto zauważyć, iż w ostatniej serii spotkań żadna z czołowych drużyn nie popisała się formą, co pozwala sądzić, iż wszystkim potrzebny jest zimowy odpoczynek.
Burzliwe losy OL i OM
Miniona część sezonu była dla obu ekip wielce zaskakująca i pełna zwrotów akcji. Mało kto z kibiców „les Gones” chce pamiętać, iż parę miesięcy temu doszło do tragicznych dla nich w skutkach Derbów Doliny Rodanu, w których odwieczny rywal, „Zieloni” z Saint-Etienne nie dość że wygrał na wyjeździe, to zarazem zepchnął przeciwnika do strefy spadkowej, zarazem rozsiadając się na fotelu lidera. Następująca te wydarzenia wygrana w Lotaryngii miała być początkiem czegoś dobrego, ale któż wtedy wierzył, że wymęczone zwycięstwo 3:2, w dużej mierze dzięki błędom obrońców, może stać się punktem kulminacyjnym. Wydaje się, że tak też nie było. Momentem przełomowym było spotkanie wcześniejsze, gdy po zaprezentowaniu stylu gry, jakiej od zespołu się oczekuje, doznali największego ligowego upokorzenia. Wszyscy w klubie powiedzieli sobie: „Gorzej być nie może” i tak też się stało. Nie z tej ziemi zdaje się wyglądać seria 12 spotkań bez porażki, mimo iż nie raz dopisało liończykom szczęście (mecz z PSG czy Auxerre). Niewiele brakowało, by swoją pracę w zespole stracił Claude Puel, jednak cierpliwy prezes Aulas dał mu szansę do końca rundy, czego żałować teraz nie może. Wywindowanie na trzecią lokatę robi wrażenie i nie umniejsza tego nawet fakt, iż tabela ligowa w tym roku jest dosyć specyficzna ze względu na małe różnice punktów. Warto jednak zauważyć, że dobra postawa wicemistrzów kraju automatycznie przełożyła się na słabsze rezultaty w Lidze Mistrzów, w której po trzech zwycięskich meczach, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, drużyna przegrała kolejne trzy. Aż nie mogę się doczekać kolejnych zwrotów akcji zaprezentowanych przez Gourcuffa i spółkę wiosną, a na ichniej drodze stanął przecież wielki Real Madryt…
Gignac nie spełnił pokładanych w nim nadzei (fot. l’equipe.fr)
Trudno postawę obrońców tytułu, Marsylii, porównać do Lyonu, gdyż w tym sezonie zabrakło punków zwrotnych, wielkich zwycięstw w ostatnich minutach. Rzeczywiście, pierwsze mecze nie wskazywały, że podopieczni Didiera Deschampsa będą próbowali zdobyć mistrzostwo Francji ponownie, lecz ich progres w tabeli, a zarazem w grze był znacznie łagodniejszy i nie przyczynił się do żadnej spektakularnej serii. Marsylia po prostu zaczęła wypełniać pokładane w niej nadzieje, co nie zmienia, że styl jaki prezentowała nie powodował zawrotów głowy. Nawet niektórzy obserwatorzy wnioskowali osłabienie w ligi w tym, że zespół ten bez większych problemów pnie się w górę po kiepskim początku sezonu. Im się po prostu zdarzały dobre mecze, takie jak z Montpellier 4:0, z PSG mimo porażki 1:2, a także z Auxerre grając w dziesiątkę. Nie można nie wspomnieć o wielkich wyczynach 7:0 z Żiliną i 3:0 w Moskwie ze Spartakiem, dzięki którym wszyscy dali się nabrać, że „les Phoceens” grają nareszcie swoje. Nic z tych rzeczy i najciekawsze jest to, iż nie z obroną, w której szereg kontuzji i braków mają mistrzowie Francji, lecz z atakiem mają największą zagwostkę. Żaden z zakupionych napastników czy Gignac, czy Remy nie potrafi dorównać geniuszowi Mamadou Nianga, a wyręczać muszą ich kreatywni pomocnicy, jak Valbuena i Lucho. Na styczniowym rynku transferowym nie będą próżnować…
Ci, którzy zawiedli
Parę słów trzeba powiedzieć o tych zespołach, od których spodziewano się znacznie się znacznie więcej aniżeli obrony przed spadkiem. Na pierwszy plan wysuwają się dwie ekipy, zajmujące obecnie 19. i 17. miejsce. Lens i Monaco, bo o nich mowa, to zespoły, które chcą liczyć się w czołówce ligowej tabeli, ci drudzy często nawet wspominają o mistrzowskich zakusach. Szybko się jednak okazało, że historie te trzeba włożyć między bajki, a energię mentalną zacząć wykorzystywać w celu utrzymania się w lidze. Lens został w tym sezonie mistrzem połów i gdyby mecze trwały dwa razy krócej prawdopodobnie „Złocisto-krwiści” okupowaliby teraz jedną ze środkowych, a może nawet czołowych pozycji. Wystarczy tylko przywołać świetne pierwsze 45 minut z Lyonem, dające im prowadzenie 1:0, także drugą odsłonę z OM, w której zdołali doprowadzić do remisu, a niewiele zabrakło, by wywieźć trzy punkty ze Stade Velodrome. Jeszcze lepszym przykładem zdaje się być wczorajsza potyczka na Stade Chaban Delmas, gdy do szatni gospodarze schodzili z dwubramkową stratą. Mecz piłkarski to jednak pełne 90 minut, co wyraźnie odmienia ocenę piłkarzy z północnej Francji. Do grona zawiedzionych zaliczyć można także z pewnością fanów z Burgundii. Od tamtejszego Auxerre oczekiwano znacznie lepszych rezultatów, powołując się na fantastyczną formę drużyny z poprzedniego sezonu. Poza tym dość nieoczekiwany tryumf nad Zenitem St. Petersburg utrzymywał obserwatorów w mylnym przeświadczeniu, że ten sezon może być nawet lepszy. Mistrz remisów we Francji (zebrał ich w sumie aż 11) na koniec rundy również pokusił się o nierozstrzygnięty wynik i tak jak w innych spotkaniach do zwycięstwa wiele nie brakowało. Pucharów europejskich w tym sezonie już nie będzie, czas więc nadszedł, by powalczyć o nie w lidze i, co zaskakuje, również w Pucharze Ligi, w którym dobrnęli aż do półfinałów.
Beniaminkowie – jakże oni różni
Arles jest skazane na degradację (fot. l’equipe.fr)
Nie można zapomnieć o nowych uczestnikach ligowych zmagań – beniaminkach. To oni przecież wnoszą w skostniałą strukturę klubową nieco orzeźwienia. Po roku absencji na ligowe salony powrócili piłkarze z Normandii i natychmiast rozpoczęli burzenie zastałej hierarchii, wygrywając na inaugurację z tuzami z Lyonu i Marsylii. Doświadczenia Caen najwyższej klasy rozgrywkowej z poprzednich sezonów procentowały i podopiecznym Francka Dumasa przypisywano rolę pogromców najlepszych, grającego bez kompleksów beniaminka. Wybitną postacią w drużynie stał się francuski snajper, Youssef El Arabi. Nie minęły dwa miesiące, a wszystko wywróciło się do góry nogami. Dobre złego początki miały miejsce w Lorient, gdzie 18 wrześnie Caen ograło gospodarzy 1:0. Na następne trzy punkty czekać musieli aż do ostatniej kolejki, w której nieoczekiwanie pokonali Rennes. Seria dziesięciu meczów bez zwycięstwa stała się przyczyną marszu w dół tabeli, przez co niespodziewanie dołączyli do etatowego „chłopca do bicia” – Arles Avignon. W rzeczy samej, Awinion, miasto papieży, doczekał się w swej historii wkroczenia do elity piłkarskiej, ale upokorzenie, jakim zostali dotknięci trudno będzie zrekompensować. Pierwsze osiem kolejek bez zdobyczy punktowej od razu pokazało im miejsce w szeregu, a w następnych spotkaniach było niewiele lepiej. Jedyna ligowa zmiana na stanowisku trenera nie przyniosła żądanych efektów. Może zima przyniesie „Lwom” jakąś odmianę?
Co jednak najistotniejsze w kwestii beniaminków, to nieprzeciętna gra Bretończyków z Brestu. Wicemistrz Ligue 2 po trzech kolejkach odmienił swoją pełną polotu grę do przodu, skupiając się na zabezpieczeniu tyłów. Efekty były natychmiastowe. Alex Dupont zaczarował swoją drużynę tak, że po następnych ośmiu meczach sięgnął po najwyższy stopień podium, zachowując przy okazji czyste konto. Nie mała w tym zasługa Steeva Elany, który ustawił w obecnym sezonie wysoką poprzeczkę – prawie 900 minut bez straconej bramki. Pewniejsze miejsce w tabeli, brak widma spadku spowodowały ponowną zmianę strategii. Brest zaczął grać odważniej, z polotem, jednocześnie nie zapominając o formacji defensywnej. Przyszły pierwsze znaczniejsze porażki, jak z Lille i PSG (obie 1:3), ale również ograli oni gładko słabe Lens aż 4:1. Co więcej, SB29 jest jedyną drużyną, która w tej rundzie nie odniosła porażki na własnym obiekcie, o czym dobitnie przekonali się w ostatniej kolejce obrońcy tytułu. Przed rundą rewanżową pewnym sukcesu z grona beniaminków (jakim niewątpliwie jest pozostanie w Ligue 1) może czuć się bretoński zespół.
Pucharowe ambicje
Elana to jeden z symboli bretońskiego sukcesu (fot. l’equipe.fr)
Niezaprzeczalnie pucharowe ambicje są domeną takich ekip, jak Bordeaux czy Montpellier (które utrzymuje dobrą, choć nie zawsze równą dyspozycję z zeszłego roku). Wspomnieć jednak chciałem o dwóch zespołach, które dosyć nieprzewidzianie również stanęły do walki o Europę. One także jesienią poczuły smak przodownictwa w tabeli i niechętnie odpuszczą najlepszym w dalszej części sezonu. Otóż Saint-Etienne i Stade Rennais to kluby, o których sile decyduje przede wszystkim wysoka forma młodego pokolenia, wsparta kilkoma graczami z większym bagażem doświadczeń. U „Zielonych” Dimitri Payet, Emmanuel Riviere czy Blaise Matuidi, a w Rennes Yann M’Vila, Jires Kempo-Ekoko i Abdoulrazagoui Camara są zawodnikami ocierającymi się o reprezentację „Trójkolorowych”, a wręcz, w przypadku niektórych, stanowiących o jej sile. Christoph Galtier i Frederic Antonetti wiedzieli co robią, dając szansę młodej generacji i opierając na nich potencjał drużyny. Aż trudno uwierzyć, że „Czerwono-czarni” oddali latem szereg wybitnych piłkarzy. Asamoah Gyan przeprowadził się do Anglii, Jimmy Briand zasilił wicemistrzów Francji, a Moussa Sow strzela seriami gole dla obecnego lidera. W ich miejsce zarząd bretońskiego klubu sprowadził jedynie Victora Hugo Montano z Montpellier, a mimo to, Rennes walczy o najwyższe laury ligowe, co było nie do pomyślenia jeszcze rok temu.
Średniactwo totalne
Rolę średniaków ligowych o niesprecyzowanej tendencji spełniać będą prawdopodobnie zespoły Nancy, Lorient, Sochaux i Tuluzy. Nie można od nich oczekiwać jakichś znaczniejszych zwyżek formy, lecz spełniają one niezbędne minimum zwycięstw, by zapewnić swój byt w ekstraklasie. Prawie każdy z ich trenerów podkreślił na niejednej konferencji, iż ich kadry są w trakcie budowy i nie można spodziewać się od nich jakiejkolwiek regularności. Można jednak podziwiać pełną zaangażowania i polotu grę, którą czasami dają popalić rywalom. Na pierwszy plan wysuwają się Lorient kierowane przez Christiana Gourcuffa oraz Sochaux Francisa Gillota. W obu ekipach pojawiło się wiele futbolowych perełek, które przyciągnęły uwagę wielu potentatów. Trzeba przyznać, iż duet napastników Maiga – Ideye, wspierany przez znakomitych skrzydłowych Martina i Boudebouza może napsuć krwi najlepszym. Podobnym zainteresowaniem cieszą się piłkarze „les Merlus”, Kevin Gameiro czy Morgan Amalfitano. Ciekawe jednak, jak w najbliższym oknie transferowym postąpią klubowe władze, które dosyć chętnie mogą pozbyć się swoich gwiazd.
Walka o utrzymanie – ciąg dalszy wiosną
Dobra postawa w lidze zaowocowała powołanie do reprezentacji dla M’Vili (fot. football365.fr)
Stawkę 20 wybrańców Ligue 1 kompletują jedenastki Nicei oraz Valenciennes, które geograficznie dzieli przepaść, ale piłkarsko już nie tak wiele. Żadnych większych wymagań, jak tylko utrzymanie nie można im stawiać po tym, co zaprezentowały w dotychczasowych widowiskach. „Orlęta” z Lazurowego Wybrzeża pochwalić się mogą wyjątkową obroną z fantastycznym bramkarzem, Davidem Ospiną, na czele, która nie ugięła się pod naporem najlepszym ataków z Paryża i Marsylii. Podczas wizyty w Lyonie również niewiele zabrakło, by wywalczyć korzystny remis. To, czego im brakuje to skuteczny atak. Po odejściu Loica Remy’ego do OM nie znalazł się jeszcze napastnik, dobrze rekompensujący tę stratę. Pokładanych nadziei nie spełnił Danijel Ljuboja, który zaledwie trzy razy znalazł drogę do siatki rywali. Równie dotkliwego osłabienia przed sezonem doznali gracze VFC, oddawszy swojego rozgrywającego Fahida Ben Khalfallaha „Żyrondystom”. Rzeczywistość okazała się dla obu drużyn brutalna i będą musiały zmierzyć się wiosną z widmem degradacji.
Podsumowując te fantastyczne pięć miesięcy piłkarskiego życia we Francji, trzeba przyznać, iż tak wyrównanego, a zarazem emocjonującego sezonu nie byliśmy świadkami od wielu lat. Walka na obu końcach tabeli zapowiada się ekscytująco i mam nadzieję, że będzie to dla Państwa zachętą do śledzenia poczynań klubów znad Sekwany. Pierwsza kolejka rundy rewanżowej już 15 stycznia, a tydzień wcześniej swoje możliwości sprawdzą kluby z ekstraklasy w krajowym pucharze. Niedługo potem również dojdzie do ostatecznych rozstrzygnięć Pucharu Ligi z udziałem najlepszych zespołów Ligue 1. Na pewno będzie się wiele działo! Po świętach zapraszamy do śledzenia naszego działu, gdyż spodziewać się można interesujących podsumowań poczynań francuskich klubów w mijającym roku 2010.