Początek XXI wieku we francuskiej piłce klubowej należał zdecydowanie do Olympique Lyon. Siedem zdobytych tytułów mistrzowskich z rzędu, jedynych w historii klubu, i kilkunastoletnia obecność w Lidze Mistrzów bardzo mocno ugruntowały klub w europejskiej elicie. Czy jednak po ostatnich niepowodzeniach pewien rozdział w historii już się dla lionczyków nie zamknął?
Początki potęgi
W 1987 roku francuski biznesmen, Jean-Michel Aulas, przejął jeden z najstarszych klubów w kraju, lecz bezskutecznie próbujący awansować do elity, czyli Olympique Lyon (oficjalnie Lyon powstał w 1950 roku, lecz wielu kibiców trzyma się wcześniejszej daty, czyli roku 1899, gdy założony został protoplasta OL – Lyon Olympique Universitaire). Zespół ten po spadku na piłkarskie zaplecze cztery lata wcześniej wciąż ocierał się o powrót do pierwszej ligi. Nowy właściciel zupełnie odmienił klubowe struktury, zaczął zarządzać nim jak firmą z wielkim potencjałem. W dolinie Rodanu przyszedł czas na budowę nowej siły we francuskim futbolu. Awans do Division 1 (ówczesna nazwa Ligue 1) przyszedł już w dwa lata później i choć na kolejne większe sukcesy trzeba było czekać jeszcze dekadę, to cierpliwość popłaciła.
Hugo Lloris nie zamierza opuszczać Stade Gerland (fot. skysports.com)
Wraz z rozpoczęciem nowego stulecia i tysiąclecia nastała epoka „Les Gones”. Do 1999 roku z pozycją w tabeli bywało różnie, od walki o utrzymanie po wicemistrzostwo w 1995 roku. Potem jednak nastąpił marsz ku wielkości. Premierowy start w eliminacjach Ligi Mistrzów zakończył się fiaskiem, bo porażką w dwumeczu ze słoweńskim Mariborem, ale już rok później faza grupowa stała się ich udziałem. Sezon 2000/2001 był wielce udany. Choć w walce o mistrzostwa przegrali jeszcze z „Kanarkami” z Nantes, to udało im się zgarnąć pierwszy w historii puchar ligi i bardzo przyzwoicie zaprezentowali się na arenie międzynarodowej. Wyszli na drugim miejscu z grupy, pozostawiając za swoimi plecami grecki Olympiakos i holenderskie Heerenveen. W następnej rundzie grupowej, bo tak wyglądał wtedy system LM, napotkali jednak potęgi spoza swojego zasięgu, Arsenal Londyn i późniejszego triumfatora rozgrywek, Bayern Monachium. Nie zmieniało to faktu, iż Francuzi pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie. W końcu od ćwierćfinału dzielił ich tylko minimalnie gorszy bilans w dwumeczu z „Kanonierami”. W składzie OL z tamtego czasu wyróżnić trzeba brazylijskiego napastnika Sonny’ego Andersona, który sprowadzony został na Gerland z Barcelony dwa lata wcześniej.
Era „Les Gones”
Jeżeli jednak pierwszy sezon w nowym tysiącleciu był udany, to co powiedzieć o następnym. Przed jego rozpoczęciem do kadry udało się sprowadzić Juninho Pernambucano z brazylijskiego Vasco Da Gama, ówcześnie nieznanego w europejskich kręgach. Któż by się spodziewał, iż ten ruch transferowy będzie miał tak ogromne znaczenie? Tym razem wyrównana walka z europejskimi potęgami nie przyniosła efektów w postaci awansu (lepsze okazały się Barcelona i finalista LM, Bayerem Leverkusen), lecz „Les Gones” sięgnęli po długo oczekiwany tytuł mistrza kraju. O ile przodek OL, wspomniany Lyon OU, zdobył to trofeum przed wojną dwa razy, to współczesna drużyna cieszyła się z niego po raz pierwszy.
Od tej chwili we Francji na piedestale istniał tylko jeden zespół. Następne lata powiększały klubową gablotę o kolejne mistrzostwa. Co ciekawe, drużyny przez ten czas nie prowadził jeden szkoleniowiec, lecz przewinęło się ich aż czterech: Jacques Santini, Paul le Guen, Gerard Houllier i Alain Perrin. Początkowo mistrzostwa przychodziły po ciężkiej walce do ostatniej kolejki, lecz im bardziej cały kraj się przyzwyczajał do futbolowego monopolisty, tym okazalsza była ligowa przewaga. Od 2005 roku Lyon ustanawiał rekordy, wyprzedzając wicemistrza o 12, 15 i 17 punktów. W ostatnim zwycięskim sezonie niebezpiecznie zbliżyło się Bordeaux, lecz w całym piłkarskim świecie nikt nie spodziewał się jakiejkolwiek rewolucji nad Sekwaną. Wtedy z pracą trenerską pożegnał się Alain Perrin, który choć zdobył tytuł, nie spełnił oczekiwań klubu. W końcu wygrywanie Ligue 1 stało się normą, a zarząd i kibice żądni byli sukcesów w Europie. Dziś niejeden sympatyk „Les Gones” z utęsknieniem wypatrują tamtych czasów.
Nowym szkoleniowcem, który zapewnić miał nową jakość był ściągnięty z Lille, Claude Puel. Rzeczywiście, liończycy sięgnęli z nim po największy sukces w Lidze Mistrzów. W 2010 roku klub z doliny Rodanu dotarł do dotąd nieosiągalnej fazy półfinałowej, pokonując w ćwierćfinale lokalnego rywala z Bordeaux. W Lyonie tak bardzo przestraszyli się jednak nadarzającej się okazji na finał, że w meczach z nie najsilniejszym Bayernem zagrali wyjątkowo asekuracyjnie. Skończyło się blamażem 0:4. Co gorsza, lepsze wyniki w Europie kosztowały drużynę oddaniem prymatu na lokalnym podwórku, a na rok przed „sukcesem” w LM z europejskim futbolem pożegnała się ikona klubu, Juninho. Brazylijczyk od przyjścia na Gerland rozegrał 344 mecze i zdobył sto bramek.
Mistrzami Francji od zdetronizowania OL kolejno zostawali Bordeux, Marsylia i Lille, a liończycy ledwo załapywali się na podium, wciąż nie rozstając się z Champions Leaugue. Rozpieszczeni kibice i włodarze OL stracili w tym roku cierpliwość i bez żalu pożegnali się z Puelem (warto powiedzieć, że ultrasi Lyonu przez większość minionego sezonu wieszali na trybunach Stade Gerland napis: „Puel do dymisji”).
Czas na zmiany?
Z końcem czerwca nowym szkoleniowcem „Les Gones” został Remi Garde. Jest to były środkowy obrońca Lyonu – grał w nim jeszcze jako junior, a od 1987 roku spędził sześć lat w drużynie seniorskiej. W latach świetności OL pracował jako asystent Le Guena i Houlliera, a ostatnimi czasy był dyrektorem w centrum treningowym. Dziś Jean-Michel Aulas, właściciel i prezes klubu, oddaje w ręce tego młodego jak na szkoleniowca (w kwietniu skończył 45 lat) człowieka losy pierwszej drużyny.
Takie posunięcie Aulasa jest pewnego rodzaju sygnałem, w jakim kierunku chce teraz zmierzać Lyon. Do tej pory posada pierwszego trenera drużyny obejmowały tylko znane nazwiska, ludzie, którzy w futbolu udowodnili już swoją klasę, walcząc o najwyższe laury. Remi Garde jest ich zdecydowanym przeciwieństwem. Były piłkarz m.in. Arsenalu nie miał w żadnym klubie takiej odpowiedzialności, a co dopiero mówić o zawsze nienasyconym sukcesami Lyonie. Jest on jednak produktem świetnie prosperującej szkółki piłkarskiej OL, a co za tym idzie mocno do klubu przywiązanym człowiekiem. Nie trudno mu zatem będzie przywrócić nadszarpane przez swojego poprzednika zaufanie fanów.
Inną ważną przesłanką o zmianie strategii klubowej jest zaskakująca bierność na rynku transferowym. Gdy już od tygodnia otwarte jest oficjalne okienko, a większość drużyn za sprowadzanie zawodników wzięła się już dużo wcześniej, siedmiokrotni mistrzowie kraju nie wydali jeszcze ani grosza. Jedynymi obecnie wzmocnieniami zespołu są zawodnicy, którzy po rundzie wiosennej powrócili z wypożyczenia: z Sunderlandu John Mensah, z Tuluzy Yannis Tafer, który na marginesie zupełnie się nie sprawdził u „Le Tef”, Loic Abenzoar z Arles Avignon i Nicolas Seguin z Dijon. Oprócz tego do składu dołączyło dwóch młodzieńców z rezerw: Thomas Fontaine oraz Enzo Reale. Za to bez zawahania działacze pożegnali się z takimi doświadczonymi piłkarzami, jak: Jeremy Toulalan (odszedł do kupującej na potęgę Malagi) oraz Cesar Delgado, który wrócił na stare śmieci do Meksyku.
Zatem Lyon w najbliższym sezonie prawdopodobnie stawiać będzie na młodzież, ufając, iż budowanie składu na uczniach jednej z najlepszych akademii piłkarskich we Francji (popularna Tola Vologe wykształciła do tej pory wielu wyśmienitych piłkarzy), stworzy mocną ekipę na lata. W zespole pozostanie na pewno jeszcze wielu doświadczonych zawodników, od których ta zdolna młodzież będzie miała się czego uczyć. Wiadomo już, że wbrew pogłoskom, Stade Gerland nie opuści reprezentacyjny bramkarz, Hugo Lloris. Najlepszy specjalista między słupkami we Francji wyraził już swoje oddanie klubowi.
Konkurencja nie śpi…
Taka zmiana pokoleniowa może jednak słono kosztować liończyków. W zbliżającym się sezonu przyjdzie przecież bić się na kilku frontach, m.in. w eliminacjach Ligi Mistrzów, a przecież już rywalizacja na własnym podwórku może im sprawić niemałe kłopoty. Po długoletniej dominacji OL do głosu dochodzą inne zespoły, które na trwałe chcą sobie wywalczyć miejsce w czołówce. Swojej szansy nie wykorzystało Bordeaux, które po mistrzowskim sezonie zawiodło na całej linii, lecz w kolejce po tytuł w 2012 roku już ustawiają się Marsylia, Lille i Paris Saint-Germain.
Marsylia, choć przegrała rywalizację z Lille, nie odpuszcza. „Les Phoceens” marzy się coroczna rywalizacja w Champions League, co skrzętnie realizują już trzeci sezon z rzędu. Jeśli ktoś myślał, że po wyśmienitym roku Lille wysprzeda swoje gwiazdy i szybko spadnie z piedestału, to mocno się pomylił. Co prawda z zespołem pożegnali się już Adil Rami i Yohan Cabayem, a niedługo uczyni to również Gervinho, lecz w ich miejsce pojawiło się wiele obiecujących nazwisk. Wymienić tu trzeba przynajmniej Dimitriego Payeta, którego „Les Dogues” sprzątnęli sprzed nosa bogatym paryżanom. No i jest jeszcze stołeczny klub, któremu po przejęciu przez majętnych Katarczyków, marzy się powrót na sam szczyt. Choć jako jedyni z tej trójki nie wyprzedzili w tabeli Lyonu, to jednak w sierpniu będą chyba mogli pochwalić się znacznie lepszą kadrą.
Reasumując, najbliższe rozgrywki, zarówno w Ligue 1 jak i w Lidze Mistrzów, mogą być dla Remiego Garde’a i jego piłkarzy bardzo trudnym i przykrym doświadczeniem. Zespół, który chce rok w rok walczyć z najlepszymi o najwyższe laury, musi regularnie i znacząco uzupełniać kadrę. Jeśli jednak Jean-Michel Aulas i spółka chcą w tej chwili postawić na piłkarską rewolucję, muszą liczyć się z kosztami, jakie może ona przynieść. Skończyć się to może nawet wyeliminowaniem Lyonu na dłuższy czas ze ścisłego grona faworytów we Francji. Pytanie tylko, czy sympatycy „Les Gones” są gotowi na takie poświęcenie?
Początek XXI wieku we francuskiej piłce klubowej należał zdecydowanie do Olympique Lyon. Siedem zdobytych tytułów mistrzowskich z rzędu, jedynych w historii klubu, i kilkunastoletnia obecność w Lidze Mistrzów bardzo mocno ugruntowały klub w europejskiej elicie. Czy jednak po ostatnich niepowodzeniach pewien rozdział w historii już się dla lionczyków nie zamknął?
Początki potęgi
W 1987 roku francuski biznesmen, Jean-Michel Aulas, przejął jeden z najstarszych klubów w kraju, lecz bezskutecznie próbujący awansować do elity, czyli Olympique Lyon (oficjalnie Lyon powstał w 1950 roku, lecz wielu kibiców trzyma się wcześniejszej daty, czyli roku 1899, gdy założony został protoplasta OL – Lyon Olympique Universitaire). Zespół ten po spadku na piłkarskie zaplecze cztery lata wcześniej wciąż ocierał się o powrót do pierwszej ligi. Nowy właściciel zupełnie odmienił klubowe struktury, zaczął zarządzać nim jak firmą z wielkim potencjałem. W dolinie Rodanu przyszedł czas na budowę nowej siły we francuskim futbolu. Awans do Division 1 (ówczesna nazwa Ligue 1) przyszedł już w dwa lata później i choć na kolejne większe sukcesy trzeba było czekać jeszcze dekadę, to cierpliwość popłaciła.
Hugo Lloris nie zamierza opuszczać Stade Gerland (fot. skysports.com)
Wraz z rozpoczęciem nowego stulecia i tysiąclecia nastała epoka „Les Gones”. Do 1999 roku z pozycją w tabeli bywało różnie, od walki o utrzymanie po wicemistrzostwo w 1995 roku. Potem jednak nastąpił marsz ku wielkości. Premierowy start w eliminacjach Ligi Mistrzów zakończył się fiaskiem, bo porażką w dwumeczu ze słoweńskim Mariborem, ale już rok później faza grupowa stała się ich udziałem. Sezon 2000/2001 był wielce udany. Choć w walce o mistrzostwa przegrali jeszcze z „Kanarkami” z Nantes, to udało im się zgarnąć pierwszy w historii puchar ligi i bardzo przyzwoicie zaprezentowali się na arenie międzynarodowej. Wyszli na drugim miejscu z grupy, pozostawiając za swoimi plecami grecki Olympiakos i holenderskie Heerenveen. W następnej rundzie grupowej, bo tak wyglądał wtedy system LM, napotkali jednak potęgi spoza swojego zasięgu, Arsenal Londyn i późniejszego triumfatora rozgrywek, Bayern Monachium. Nie zmieniało to faktu, iż Francuzi pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie. W końcu od ćwierćfinału dzielił ich tylko minimalnie gorszy bilans w dwumeczu z „Kanonierami”. W składzie OL z tamtego czasu wyróżnić trzeba brazylijskiego napastnika Sonny’ego Andersona, który sprowadzony został na Gerland z Barcelony dwa lata wcześniej.
Era „Les Gones”
Jeżeli jednak pierwszy sezon w nowym tysiącleciu był udany, to co powiedzieć o następnym. Przed jego rozpoczęciem do kadry udało się sprowadzić Juninho Pernambucano z brazylijskiego Vasco Da Gama, ówcześnie nieznanego w europejskich kręgach. Któż by się spodziewał, iż ten ruch transferowy będzie miał tak ogromne znaczenie? Tym razem wyrównana walka z europejskimi potęgami nie przyniosła efektów w postaci awansu (lepsze okazały się Barcelona i finalista LM, Bayerem Leverkusen), lecz „Les Gones” sięgnęli po długo oczekiwany tytuł mistrza kraju. O ile przodek OL, wspomniany Lyon OU, zdobył to trofeum przed wojną dwa razy, to współczesna drużyna cieszyła się z niego po raz pierwszy.
Od tej chwili we Francji na piedestale istniał tylko jeden zespół. Następne lata powiększały klubową gablotę o kolejne mistrzostwa. Co ciekawe, drużyny przez ten czas nie prowadził jeden szkoleniowiec, lecz przewinęło się ich aż czterech: Jacques Santini, Paul le Guen, Gerard Houllier i Alain Perrin. Początkowo mistrzostwa przychodziły po ciężkiej walce do ostatniej kolejki, lecz im bardziej cały kraj się przyzwyczajał do futbolowego monopolisty, tym okazalsza była ligowa przewaga. Od 2005 roku Lyon ustanawiał rekordy, wyprzedzając wicemistrza o 12, 15 i 17 punktów. W ostatnim zwycięskim sezonie niebezpiecznie zbliżyło się Bordeaux, lecz w całym piłkarskim świecie nikt nie spodziewał się jakiejkolwiek rewolucji nad Sekwaną. Wtedy z pracą trenerską pożegnał się Alain Perrin, który choć zdobył tytuł, nie spełnił oczekiwań klubu. W końcu wygrywanie Ligue 1 stało się normą, a zarząd i kibice żądni byli sukcesów w Europie. Dziś niejeden sympatyk „Les Gones” z utęsknieniem wypatrują tamtych czasów.
Nowym szkoleniowcem, który zapewnić miał nową jakość był ściągnięty z Lille, Claude Puel. Rzeczywiście, liończycy sięgnęli z nim po największy sukces w Lidze Mistrzów. W 2010 roku klub z doliny Rodanu dotarł do dotąd nieosiągalnej fazy półfinałowej, pokonując w ćwierćfinale lokalnego rywala z Bordeaux. W Lyonie tak bardzo przestraszyli się jednak nadarzającej się okazji na finał, że w meczach z nie najsilniejszym Bayernem zagrali wyjątkowo asekuracyjnie. Skończyło się blamażem 0:4. Co gorsza, lepsze wyniki w Europie kosztowały drużynę oddaniem prymatu na lokalnym podwórku, a na rok przed „sukcesem” w LM z europejskim futbolem pożegnała się ikona klubu, Juninho. Brazylijczyk od przyjścia na Gerland rozegrał 344 mecze i zdobył sto bramek.
Mistrzami Francji od zdetronizowania OL kolejno zostawali Bordeux, Marsylia i Lille, a liończycy ledwo załapywali się na podium, wciąż nie rozstając się z Champions Leaugue. Rozpieszczeni kibice i włodarze OL stracili w tym roku cierpliwość i bez żalu pożegnali się z Puelem (warto powiedzieć, że ultrasi Lyonu przez większość minionego sezonu wieszali na trybunach Stade Gerland napis: „Puel do dymisji”).
Czas na zmiany?
Z końcem czerwca nowym szkoleniowcem „Les Gones” został Remi Garde. Jest to były środkowy obrońca Lyonu – grał w nim jeszcze jako junior, a od 1987 roku spędził sześć lat w drużynie seniorskiej. W latach świetności OL pracował jako asystent Le Guena i Houlliera, a ostatnimi czasy był dyrektorem w centrum treningowym. Dziś Jean-Michel Aulas, właściciel i prezes klubu, oddaje w ręce tego młodego jak na szkoleniowca (w kwietniu skończył 45 lat) człowieka losy pierwszej drużyny.
Takie posunięcie Aulasa jest pewnego rodzaju sygnałem, w jakim kierunku chce teraz zmierzać Lyon. Do tej pory posada pierwszego trenera drużyny obejmowały tylko znane nazwiska, ludzie, którzy w futbolu udowodnili już swoją klasę, walcząc o najwyższe laury. Remi Garde jest ich zdecydowanym przeciwieństwem. Były piłkarz m.in. Arsenalu nie miał w żadnym klubie takiej odpowiedzialności, a co dopiero mówić o zawsze nienasyconym sukcesami Lyonie. Jest on jednak produktem świetnie prosperującej szkółki piłkarskiej OL, a co za tym idzie mocno do klubu przywiązanym człowiekiem. Nie trudno mu zatem będzie przywrócić nadszarpane przez swojego poprzednika zaufanie fanów.
Inną ważną przesłanką o zmianie strategii klubowej jest zaskakująca bierność na rynku transferowym. Gdy już od tygodnia otwarte jest oficjalne okienko, a większość drużyn za sprowadzanie zawodników wzięła się już dużo wcześniej, siedmiokrotni mistrzowie kraju nie wydali jeszcze ani grosza. Jedynymi obecnie wzmocnieniami zespołu są zawodnicy, którzy po rundzie wiosennej powrócili z wypożyczenia: z Sunderlandu John Mensah, z Tuluzy Yannis Tafer, który na marginesie zupełnie się nie sprawdził u „Le Tef”, Loic Abenzoar z Arles Avignon i Nicolas Seguin z Dijon. Oprócz tego do składu dołączyło dwóch młodzieńców z rezerw: Thomas Fontaine oraz Enzo Reale. Za to bez zawahania działacze pożegnali się z takimi doświadczonymi piłkarzami, jak: Jeremy Toulalan (odszedł do kupującej na potęgę Malagi) oraz Cesar Delgado, który wrócił na stare śmieci do Meksyku.
Zatem Lyon w najbliższym sezonie prawdopodobnie stawiać będzie na młodzież, ufając, iż budowanie składu na uczniach jednej z najlepszych akademii piłkarskich we Francji (popularna Tola Vologe wykształciła do tej pory wielu wyśmienitych piłkarzy), stworzy mocną ekipę na lata. W zespole pozostanie na pewno jeszcze wielu doświadczonych zawodników, od których ta zdolna młodzież będzie miała się czego uczyć. Wiadomo już, że wbrew pogłoskom, Stade Gerland nie opuści reprezentacyjny bramkarz, Hugo Lloris. Najlepszy specjalista między słupkami we Francji wyraził już swoje oddanie klubowi.
Konkurencja nie śpi…
Taka zmiana pokoleniowa może jednak słono kosztować liończyków. W zbliżającym się sezonu przyjdzie przecież bić się na kilku frontach, m.in. w eliminacjach Ligi Mistrzów, a przecież już rywalizacja na własnym podwórku może im sprawić niemałe kłopoty. Po długoletniej dominacji OL do głosu dochodzą inne zespoły, które na trwałe chcą sobie wywalczyć miejsce w czołówce. Swojej szansy nie wykorzystało Bordeaux, które po mistrzowskim sezonie zawiodło na całej linii, lecz w kolejce po tytuł w 2012 roku już ustawiają się Marsylia, Lille i Paris Saint-Germain.
Marsylia, choć przegrała rywalizację z Lille, nie odpuszcza. „Les Phoceens” marzy się coroczna rywalizacja w Champions League, co skrzętnie realizują już trzeci sezon z rzędu. Jeśli ktoś myślał, że po wyśmienitym roku Lille wysprzeda swoje gwiazdy i szybko spadnie z piedestału, to mocno się pomylił. Co prawda z zespołem pożegnali się już Adil Rami i Yohan Cabayem, a niedługo uczyni to również Gervinho, lecz w ich miejsce pojawiło się wiele obiecujących nazwisk. Wymienić tu trzeba przynajmniej Dimitriego Payeta, którego „Les Dogues” sprzątnęli sprzed nosa bogatym paryżanom. No i jest jeszcze stołeczny klub, któremu po przejęciu przez majętnych Katarczyków, marzy się powrót na sam szczyt. Choć jako jedyni z tej trójki nie wyprzedzili w tabeli Lyonu, to jednak w sierpniu będą chyba mogli pochwalić się znacznie lepszą kadrą.
Reasumując, najbliższe rozgrywki, zarówno w Ligue 1 jak i w Lidze Mistrzów, mogą być dla Remiego Garde’a i jego piłkarzy bardzo trudnym i przykrym doświadczeniem. Zespół, który chce rok w rok walczyć z najlepszymi o najwyższe laury, musi regularnie i znacząco uzupełniać kadrę. Jeśli jednak Jean-Michel Aulas i spółka chcą w tej chwili postawić na piłkarską rewolucję, muszą liczyć się z kosztami, jakie może ona przynieść. Skończyć się to może nawet wyeliminowaniem Lyonu na dłuższy czas ze ścisłego grona faworytów we Francji. Pytanie tylko, czy sympatycy „Les Gones” są gotowi na takie poświęcenie?