W obecnym sezonie zespół Auxerre nie zachwyca na francuskich boiskach. Wystarczy powiedzieć, że klub, który jeszcze w maju próbował rywalizować z Marsylią o miano najlepszego, dziś bronić musi się przed spadkiem. Czy w tak trudnej sytuacji ratunkiem okaże się powrót po kontuzji kluczowych zawodników?
Już na początku sezonu 2010/2011 wszyscy zastanawiali się, jak rywalizacja w piłkarskim raju wpłynie na niewielki klub z Burgundii. Auxerre rozpoczęło Ligę Mistrzów w piorunującym stylu, czyli tak, jak skończyło poprzedni sezon ligowy. Na drodze do rozgrywek grupowych stanął zespół Zenita St. Petersburg i choć w rankingu UEFA Ligue 1 wciąż góruje nad ligą rosyjską, to jednak większe szanse stawiano zawodnikom z Wenecji Północy. Olbrzymie pieniądze (budżet sięgający prawie 100 mln euro przy 35 milionach AJA) i spektakularne transfery miały przynieść Zenitowi błyskawiczny sukces zaraz po uporaniu się z francuskim kopciuszkiem. Rzeczywistość okazała się brutalna, a na boisku zagrały determinacja i ambicje, a nie pieniądze.

Był to wymarzony początek, który dał przepustkę podopiecznym Jeana Fernandeza, by stawić czoła najlepszym i to dosłownie. Los nie był dla nich zbyt przychylny i przydzielił w grupie doborowe towarzystwo: Real Madryt, AC Milan i Ajax Amsterdam. Szanse awansu żadne, ale za to wielkie możliwości promocji w świetle europejskich jupiterów. Nikt nie zwracał uwagi, że zdobycz punktowa w pierwszych meczach ligowych była marna. Wszyscy zwalali to na karb kontuzji czy gry w Champions League, a sam Fernandez przypominał tylko, jak słabo jego gracze rozpoczęli poprzedni sezon. Odkuć mieli się po ewentualnym odpadnięciu z pucharów.
Rzeczywiście, spotkania z największymi tego kontynentu pochłaniały całą energię i mobilizację jedenastki z Auxerre. Mimo zajęcia w końcowym rozrachunku ostatniego miejsca, w kilku meczach zaprezentowali się wyjątkowo dobrze na tle utytułowanych przeciwników. Przypomnieć trzeba fantastyczną postawę przeciwko Milanowi na San Siro, gdzie Włosi trzy punkty zawdzięczają jedynie geniuszowi Zlatana Ibrahimovicia, a także długie szachowanie Realu Madryt na własnym stadionie, choć skończyło się pechowo straconym golem. Również dwumecz z Ajaksem mógł wypaść w oczach obserwatorów bardzo pozytywnie.
Okazało się jednak, że piłkarze dawali z siebie więcej niż 100%, nie pozostawiając ani krzty wytrzymałości czy koncentracji na ligę. Plaga kontuzji (Anthony Le Tallec, sprowadzony po odejściu Niculae i Jeleń bardzo szybko wylecieli ze składu, także linia obrony była podziurawiona), krótka ławka nie pozwoliły trenerowi na jakąkolwiek rotację. Na dodatek wielu zmienników błyskawicznie stało się podstawowymi graczami (np. Dariusz Dudka), a Fernandez wyciągał z głębokich rezerw coraz to nowszych piłkarzy. W ten sposób zaistniał w zespole Frederic Sammaritano, jeden z najniższych zawodników obok Mathieu Valbueny we Francji, który świetnie sprawdził się w roli rozgrywającego. Na własnym podwórku zespół więc nie błyszczał, gubiąc w bardzo łatwy sposób mnóstwo punktów. Do dziś AJA uzbierało najwyższą ilość remisów, bo aż czternaście, wygrywając tylko cztery spotkania z pozostałych dwunastu.











