Tottenham Hotspur vs Manchester United (0:0) – analiza taktyczna


29 grudnia 2014 Tottenham Hotspur vs Manchester United (0:0) – analiza taktyczna

Niedzielne starciu na White Hart Lane od początku było nieco w cieniu tego, co miało się wydarzyć dwie godziny później na St. Mary’s. Oba zespoły jednak notują ostatnio bardzo dobre wyniki: Tottenham zaliczył trzy zwycięstwa z rzędu, zaś Manchester United wygrał cztery z pięciu ostatnich spotkań. O tym, czemu obu zespołom nie udało się przedłużyć tych pass, piszemy poniżej.


Udostępnij na Udostępnij na

 Tottenham Hotspur (1–4–2–3–1)

Zespół Mauricio Pochettino zaczynał w najmodniejszym na europejskich boiskach w ostatnich latach ustawieniu 1–4–2–3–1. Drużyna z Londynu nie zawsze tak grała w tym sezonie, na początku kampanii były trener Southampton często grał na dwóch napastników (wtedy jeszcze byli to Soldado i Adebayor). Ostatnio jednak zrezygnowano z tego pomysłu, przede wszystkim dlatego że Eriksen grał w nim jako lewy pomocnik schodzący do środka, a Pochettino chciał go nominalnie w środku, z dodatkową asekuracją dwóch mniej ofensywnie usposobionych  zawodników.

W bramce rzecz jasna zaczął Hugo Lloris, w defensywie wspomagali go: Davies, Vertonghen, Fazio i Chiriches. W środku mogliśmy oglądać Ryana Masona i Benjamina Stambouliego, wysunięty był Christian Eriksen. Ofensywnymi bocznymi pomocnikami zostali Nacer Chadli i – o dziwo – Andros Townsend. Anglik w pierwszym składzie był całkiem sporym zaskoczeniem, jako że nie jest pierwszym wybrańcem na tej pozycji Pochettino. Ale to jest uzasadnione sportowo – Townsend przed meczem z United ostatnią okazję podbramkową stworzył kolegom… w meczu otwarcia sezonu z QPR. Trochę dawno temu jak na gracza formacji ofensywnej. W linii ataku zobaczyliśmy Harry’ego Kane’a, podstawowego ostatnio napastnika „Spurs”.

W pierwszej połowie, choć tak naprawdę na przestrzeni całego meczu (chociaż w mniejszym stopniu), oba zespoły miały problem z opanowaniem środkowej strefy boiska. Było to miejsce wielu strat, niedokładności i braku precyzji, co rodziło frustrację zarówno w obu zespołach, jak i na trybunach. W pierwszych 30 minutach niemal nie oglądaliśmy Eriksena na pozycji ofensywnego środkowego pomocnika, gdyż co rusz cofał się, aby dostać piłkę, w głąb boiska. Efekt był odwrotny od zamiaru. Strefa stała się jeszcze bardziej zagęszczona, przez co poziom gry znacząco spadł. Brakowało przede wszystkim zmysłowości i ogranych schematów, dzięki którym piłkarze mogliby na pamięć grać z pierwszej piłki. Efekty widać w poniższej grafice. Eriksen jest na tej samej wysokości boiska co Mason i Stambouli, co miało niebagatelny wpływ na dystrybucję piłki na połowie Manchesteru United.

Tottenham Hotspur - Manchester United
Średnia pozycja piłkarza Tottenhamu w pierwszych 27. minutach

 

Istna zapora środka pola spowodowała, że piłkarze siłą rzeczy przenieśli ciężar gry na boki boiska, w efekcie czego najczęstsze kombinacje podań u „Spurs” zachodziły na linii boczny obrońca – ofensywny boczny pomocnik: Ben Davies do Nacera Chadliego dziesięć razy, a Vlad Chiriches do Androsa Townsenda dziewięć razy. Żadna inna kombinacja nie była częstsza w drużynie gospodarzy, co wiele mówi o tym spotkaniu. Czy Tottenham zrobił użytek ze swojej gry skrzydłami i czy była ona efektywna? Nie do końca, ale powody takiego rozwoju sytuacji to bardziej zasługa Manchesteru United, dlatego opiszemy to zjawisko szerzej, gdy dojdziemy do omawiania drużyny Louisa Van Gaala.

Pod koniec pierwszej części gry, gospodarze dali się stłamsić drużynie przyjezdnych. Zawodziło wyprowadzenie piłki z własnej połowy, przez co Manchester zyskał przewagę i dość swobodnie zaczął grać wokół pola karnego Hugo Llorisa. Na przykład Vlad Chiriches grający na prawej obronie( czyli nie swojej nominalnej pozycji, normalnie jest środkowym obrońcą) miał celność podań na poziomie 63%. A Federico Fazio 56%, czyli tylko lekko ponad połowa jego zagrań dochodziła do kolegi (!).

Vlad Chiriches Akcje
Podania Chirichesa są zaznaczone strzałkami

Jest to dość nietypowe i słabo świadczy o drużynie, która bądź co bądź ma naprawdę nieźle wyszkolonych technicznie obrońców. MU nie używał intensywnego pressingu, co wystawia jeszcze gorsze świadectwo drużynie Pochettino. Brakowało uspokojenia gry, przetrzymania piłki na własnej połowie, tak jak „Spurs” robili chociażby za kadencji Andre Villasa Boasa. Gra od bramki była chaotyczna, najczęściej kończyła się nieudaną górną piłką do przodu. Bo jak mogła by być udana skoro, z przodu Kane rywalizował z trzema stoperami Manchesteru United?

Federico Fazio Akcje
Podania Fazio są zaznaczone strzałkami. Jak widać, wszelkie próby długich zagrań kończyły się niepowodzeniem

W gruncie rzeczy, można zauważyć pewną prawidłowość. Gdy Fazio bądź Chiriches (operujemy dwoma przykładami, ale podobnie było z Daviesem – 66% celnych podań, zaś Vertonghen był najlepszy z bloku obronnego z celnością podań na poziomie 75%, co jednak i tak odbiegało od jego średniej) zagrywali do najbliższego kolegi, czyli operowali krótkim podaniem, w większości przypadków kończyło się to sukcesem. Jeśli próbowali dłuższych zagrań, to piłkę przeważnie odzyskiwała drużyna Van Gaala. Chiriches zaliczył tylko dwa dobre podania w strefę obronną przeciwnika, a trzeba przypomnieć, że grał jako boczny obrońca. Nie wykazał się rajdami prawą stroną czy dobrym dośrodkowaniem z linii końcowej (szkoda, bo przecież Kane dobrze gra głową), ale za to należy bardziej winić Pochettino, który wystawił Rumuna na innej niż jego nominalna pozycja. Gdybyśmy na prawej obronie oglądali Kyle’a Walkera, który powoli wraca do treningów po kontuzji, to i szumu zapewne byłoby więcej. A niedługo do składu wczorajszych gospodarzy dołączy DeAndre Yedlin i utalentowany Amerykanin zluzuje Chirichesa  z grania na tej pozycji w obliczu nieobecności Walkera. Inna sprawa to fakt, iż wtedy Rumun kompletnie przestanie grać (jest czwartym stoperem w hierarchii Pochettino, za: Vertonghenem, Fazio i Kaboulem) więc trudno stwierdzić, aby były piłkarz Steauy Bukareszt był z tego powodu szczęśliwy.

Poza dobrą dystrybucją piłki przez defensorów brakowało tego także od bramkarza Hugo Llorisa. Francuz popisywał się ekwilibrystycznymi interwencjami, ale jego podania już nie były takie efektowne. Również dlatego, że – tak jak jego defensorzy – bazował na długich piłkach. Dość to nietypowe, bo Pochettino słynie ze swojego umiłowania do ofensywnego stylu gry, a to oznacza operowanie piłką na ziemi, z wykorzystaniem techniki użytkowej poszczególnych graczy. Ale można to też odczytać jako objaw pragmatyzmu ze strony Argentyńczyka. Nie chciał głupich błędów przy grze krótkimi podaniami, więc nie zalecał swoim podopiecznym używania tylko i wyłącznie takowych.

 

Porównanie
Porównanie dystrybucji piłki Llorisa(s ManU) i Courtoisa tego samego dnia(vs Soton). Wyraźna różnica

Lloris zaliczył skuteczność podań na poziomie 22%, co jest wynikiem po prostu marnym. Courtois, bramkarz o podobnych umiejętnościach co Francuz (może nawet nieco wyższych), w meczu z Southampton skompletował 79% udanych podań. To jasno pokazuje, jak bardzo szwankowała gra piłką od tyłu w wykonaniu „Kogutów”. Ale przecież Lloris był piłkarzem meczu, więc trzeba też pokazać go od strony czysto bramkarskiej, czyli bronienia strzałów.

Zła gra podaniami Tottenhamu spowodowała reakcje w mentalności zawodników, u których pojawiła się zwykła ludzka frustracja. W dodatku postawę ofensywnych bocznych pomocników (Townsenda i Chadliego) w obronie można było określić tylko za pomocą jednego słowa – pasywna. I zaczęły się brzydkie faule. W dodatku zupełnie niepotrzebne, stwarzające okazje dla przeciwnika na uderzenia z rzutów wolnych. Jedna taka okazja nadarzyła się po drugim faulu Vertonghena w pierwszej połowie i o mały włos, a Juan Mata zrobiłby z tego użytek. A wszystko się zaczęło od niecelnych podań – ot, cała piłka nożna!

W drugiej części meczu, a szczególnie w końcówce, „Spurs” przejęli inicjatywę. Szczególnie groźna była okazja Ryana Masona, notabene po świetnym podłączeniu się do akcji w drugie tempo, na pełnym biegu z koła środkowego. Eriksen dostał od piłkarzy Van Gaala dużo okazji od dośrodkowywania ze stałych fragmentów gry, ale ani jego wrzutki nie były dobre, ani jego koledzy nie wygrywali pojedynków główkowych. Zmiany Pochettino też nie wniosły niczego nowego. Wejście Lameli za Townsenda to tak zwana zmiana jeden za jeden (czyli np. prawy pomocnik za prawego pomocnika, napastnik za napastnika; nie niesie to za sobą zmian w ustawieniu zespołu), a Dembele zmieniający Chadliego sprawił, że Eriksen kończył mecz na lewej flance.

Za brak goli w przypadku Tottenhamu nie można obwiniać Kane’a. Anglik nie miał dobrych podań ani dośrodkowań, musiał stawić czoło obronie złożonej z trzech stoperów, a jego koledzy grający na skrzydłach mieli naprawdę średni dzień, a przecież piłkarze z tych pozycji zazwyczaj mają duży wpływ na dorobek bramkowy napastnika. Ale to nie powodowało bierności u wychowanka zespołu z White Hart Lane. Jego ambicja nie pozwoliła mu na stanie i czekanie, wobec czego wielokrotnie cofał się do drugiej linii po piłkę. Analogicznie jak w przypadku Eriksena, co było opisywane na początku. Efekt? W grafice przedstawiającej średnią pozycję każdego piłkarza Tottenhamu na przestrzeni całego meczu Kane jest w linii z Eriksenem….

Spurs action
Średnia pozycja piłkarzy Tottenhamu. Kane jest na równi z Eriksenem, choć pierwszy grał w ataku, a drugi w pomocy

Oczywiście można gdybać, szczególnie po meczu, gdy decyzje już zapadły, ale ciekawe, jak potoczyłby się mecz, gdyby Pochettino wcześniej zdecydował się na roszadę w środku pola? Argentyńczyk świadom tego, z kim się mierzy, wolał zachować status quo, w efekcie czego zyskał remis z Manchesterem United Louisa Van Gaala. Czyli punktowo taki sam wynik, jaki Tottenham osiągnął w poprzedniej kampanii, grając z „Czerwonymi Diabłami” na WHL (2:2).

Manchester United (5–3–2)

Menedżer siódmej drużyny ostatniego sezonu, Louis Van Gaal, zdecydował się na stabilizację składu w najdziwniejszym momencie, czyli podczas świąteczno-noworocznego maratonu meczowego. Inni menedżerowie raczej stawiali na rotacje w tym okresie, ale musimy zrozumieć decyzję Holendra. United gonią czołówkę, więc nie mogą sobie pozwalać na liczne potknięcia, a wielu zawodników jest kontuzjowanych. Rotacja w takim wypadku najprawdopodobniej oznaczałaby granie zawodnikami młodymi, niedoświadczonymi, którzy i tak już pojawiają się na placu gry (Blackett, McNair, Wilson), a tacy nie zawsze gwarantują okazałe rezultaty.

Wobec tego między słupkami znów oglądaliśmy bramkarza, któremu niemal nie da się strzelić bramki, Davida De Geę, trzyosobowy blok stoperów tworzyli: McNair, Evans i Jones, wspomagani po bokach przez wahadłowych Younga i Valencię. W środku zagrali: Rooney, Carrick i bardzo elastyczny Mata, a w pierwszej linii duet napastników Radamel Falcao – Robin Van Persie.

ManU action
Średnia pozycja piłkarzy Manchesteru United w starciu z Tottenhamem (Garcia to rzecz jasna Falcao – przyp. red.)

Stabilizacja w wyjściowym składzie spowodowała ugruntowanie się mechanizmów i schematów, nad którymi pracują na treningach piłkarze LVG. W grze United widać już pewne trwałości, cechy, które zaczynają powoli na nowo charakteryzować tę drużynę, a takie elementy stałe są niezbędne do konsekwentnego wygrywania. Sprzyja to także piłkarzom, którzy znają swoje miejsce na placu gry i mając pewność, że będą nadal na tym konkretnym miejscu występować, mogą pracować nad sobą w celu rozwinięcia się (tak jak choćby Ashley Young, który ciągle się uczy roli lewego wahadłowego).

Początkowy fragment spotkania to zdecydowana dominacja gości z Old Trafford. Skorzystali z nieudolności w operowaniu piłką Tottenhamu (o czym powyżej) i stwarzali sobie dogodne sytuacje strzeleckie tak samo jak w poprzednich spotkaniach. Sęk w tym, że tym razem ich nie wykorzystywali. Falcao i RVP oddali łącznie cztery strzały, ale wszystkie były w obrębie pola karnego, jeden z pięciu, a drugi z siedmiu metrów. Napastnicy tej klasy powinni takie okazje zamieniać na gole.

Kluczowa w konstrukcji akcji ofensywnych jest rola Wayne’a Rooneya. Michał Zachodny, dziennikarz Sport.pl, w trakcie meczu Manchester United – Newcastle w Boxing Day bardzo słusznie zauważył, że rola kapitana reprezentacji Anglii przypomina nieco tę, którą przez lata w klubie z hrabstwa Greater Manchester odgrywał Paul Scholes. Wychowanek Evertonu cofa się do linii obrony po piłkę, dysponuje świetnym długim podaniem (w tym aspekcie bardzo przypomina Stevena Gerrarda – obaj swoje długie podania wykonują w bardzo podobnym stylu, łącząc technikę i typowo wyspiarską siłę), umie uderzać z dystansu jak mało kto, jest waleczny, ma żelazne płuca, co pozwala mu biegać dużo więcej niż pozostali, a to kluczowe na tej pozycji. Dodatkowo nie zapomina o tym, na jakiej pozycji grał kiedyś. Jego wejścia w pierwszą linię są zawsze starannie zaplanowane. Rooney z racji tego, że sam kiedyś kiedyś grał na „dziewiątce”, wie, kiedy może się nadarzyć okazja w polu karnym, a kiedy zostać przed nim,  bo być może będzie potrzebny do rozegrania piłki.

Wielu ekspertów już od jakiegoś czasu zwracało uwagę na to, że można piłkarza ManU przenieść na taką pozycję. U Fergusona to miało miejsce, ale rzadko, niemal wyłącznie w ostatnim sezonie Szkota jako trenera na Old Trafford. Moyes w ogóle nie posuwał się do takiego wyboru, pewnie dlatego że wychowywał Rooneya w Evertonie i widział w nim typowego napastnika. Nie wiadomo jak Van Gaal zdołał przekonać Anglika do gry nieco dalej od pola karnego, ale wiemy, że sukcesywnie namawiając go do tego, przyczynił się do wzrostu jakości w rozegraniu „Czerwonych Diabłów”.

Rooney action
Rooney w meczu z Tottenhamem

Mecz ze „Spurs” nie był rzecz jasna meczem najlepszym dla Rooneya w tym sezonie, ale było to kolejne spotkanie z rzędu, w którym udowodnił swoją przydatność jako środkowy pomocnik. O ile w drugiej połowie Anglik nieco opadł pod względem poziomu gry, o tyle jego grę w pierwszej najlepiej zaprezentować pod względem tylko jednej statystyki. Stambouli i Mason, którzy w Tottenhamie grali mniej więcej na tej samej pozycji co on w czerwonej koszulce, w pierwszej części wymienili łącznie siedemnaście celnych podań. Sam Rooney zrobił to sukcesywnie dwadzieścia razy.

O ile w środku pola w pierwszej odsłonie drużyna LVG wygrała nieznacznie, tak w drugiej prezentowała się w tej strefie o wiele gorzej. Przyczyna podobna, jak w zespole „Spurs” – kulejące wyprowadzanie piłki z własnej połowy. Zacznijmy od bramkarza. Tak jak Lloris słabo stał pod względem dystrybucji piłki, ale dobrze pod względem czysto bramkarskim, tak De Gea nie miał za wiele pracy bramkarskiej – strzały zawodników Tottenhamu przeważnie leciały prosto w niego. A pod względem celności podań był tylko odrobinę lepszy od koszmarnego wyniku Llorisa (31%, dziewięć więcej od Llorisa).

To samo było ze stoperami. Phil Jones – 65%, Johnny Evans 64% i Paddy McNair 76%. Ale problemy z piłką w wypadku piłkarzy United nie były takie same jak z defensorami klubu ze stolicy. Brakowało chyba po prostu koncentracji albo świeżości. Zasięg podań w przypadku obrońców przyjezdnych był bardziej zróżnicowany, nie było podziału na słabe długie i lepsze krótkie. Dla przykładu: podania Phila Jonesa z tego spotkania:

Jones action
Podania Phila Jonesa w meczu z Tottenhamem

Ale mimo to wzbudziło to irytację Van Gaala, który w późniejszej fazie meczu zmienił zarówno Evansa, jak i McNaira. Ale o tym za chwilę. Ważną rolę znów pełnili wahadłowi, Ashley Young i Antonio Valencia. Ci piłkarze pozwalają na płynne przejścia od obrony do ataku, biegając bez wytchnienia na obu skrzydłach. Valencia od świetnego meczu z Liverpoolem mocno przygasł. Na WHU też nie grał na takim poziomie jak z LFC, ale często był kluczowym elementem akcji ofensywnych, zapewniając przewagę liczebną dla United na prawym skrzydle. Działo się tak, gdy do jego boku schodził Juan Mata. Jako że Nacer Chadli nie był tego dnia skory do pracy w defensywie, Valencia z Matą wielokrotnie tworzyli przewagę na prawej flance, która powodowała gwałtowne reakcje w obronie „Spurs” i przemieszczenia, zostawiając wolne miejsca dla RVP i Falcao, których ci nie wykorzystali tak jak należy, o czym autor tego tekstu już wspomniał.

O wiele łatwiej miał Young na lewej stronie. O ile Chiriches nie stał blisko niego i nie krył go dokładnie, to były piłkarz Aston Villi miał cały wachlarz możliwości na ogranie Rumuna. Szybkość i drybling były tymi podstawowymi. Ale z czasem Young nie ustawiał się tak szeroko jak zawsze, przez co miał i mniej miejsca, co sprzyjało obrońcom rzecz jasna. Szerokie ustawianie się wahadłowych to jeden z kluczy ataku pozycyjnego United stworzonego przez Van Gaala, gdyż pozwala to na szybkie przenoszenie ciężaru gry z jednej na drugą stronę i rozciąganiu obrony rywala.

Van Gaal w drugiej części wprowadził ciekawsze zmiany niż jego trenerski oponent tego dnia. O ile zmiany Valencii na Rafaeala oraz Smallinga za Evansa były zmianami 1:1, to wpuszczenie Shawa za McNaira spowodowało zmianę w ustawieniu poszczególnych formacji na placu gry. Shaw stał się lewym obrońca, a Rafeal prawym. Smalling i Jones tworzyli rzecz jasna parę stoperów, podczas gdy Young został przesunięty na pozycję tradycyjnego lewoskrzydłowego, a Mata pełnił tę rolę na prawej flance, mniej trzymając się jednak linii, bo Hiszpan jest innym typem piłkarza od Anglika.

Takie zmiany nie zaowocowały jednak zmianą obrazu gry z dwóch prostych powodów. Po pierwsze – było na to za późno. Takie roszady powinny zostać dokonane znacznie wcześniej, między 60. a 70. minutą, gdy gra gości siadła. Po drugie, w końcówce Tottenham był na gazie, i nie sposób było ot tak tego odwrócić. Gdyby „Spurs” dysponowali tego dnia lepszymi bocznymi obrońcami, którzy byliby w stanie włączyć się do ataku w sposób skuteczny, to drużyna Pochettino mogłaby to wygrać.

****

Podsumowując, trzeba stwierdzić, że remis w tej konfrontacji był rezultatem sprawiedliwym. Trudno nazwać ten mecz spotkaniem sezonu, ale obfitował w duże zaangażowanie i typowo wyspiarską walkę. Przede wszystkim brakowało dokładnych podań po obu stronach przy wyprowadzaniu piłki i to jest element, który te dwie ekipy muszą naprawić. Jeśli trafią na klub grający wysokim pressingiem, to skutki mogą być fatalne. Oba zespoły muszą się szybko poprawić, bo w Nowy Rok czekają je trudne mecze. „Czerwone Diabły” pojadą na zawsze trudny, mokry i wietrzny stadion Stoke, Britannia Stadium, zaś „Koguty” podejmą u siebie lidera tabeli, Chelsea Londyn. Będą to idealne sprawdziany na to, czy w tak krótkim czasie uda się coś zrobić z obecnymi mankamentami.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji. Możesz zalogować się swoim kontem FB, Twitter lub pisać jako gość.

Najnowsze