Paul Lambert nie zbawił Stoke. Choć ekipa z Britannia Stadium wyraźnie odżyła po zwolnieniu Hughesa, to solidna gra wciąż nie przekłada się na wyniki. Stoke regularnie traci punkty i z każdą kolejnym meczem przybliża się do spadku z ligi. Jeśli w najbliższym meczu podopieczni Lamberta nie pokonają West Hamu, to na pewien czas w Premier League zabraknie deszczowych poniedziałków na Britannia Stadium.
Stabilizacja uśpiła czujność
W Premier League nie ma miejsca na stagnację. Jeśli się stabilnie nie rozwijasz, to prędzej czy później musisz wylądować w Championship. Swego czasu przekonały się o tym takie kluby jak: Blackburn czy Sunderland, które obecnie mają ogromne problemy z powrotem do elity. Wiele wskazuje na to, że podobny problem spotka Stoke.
Trzy kolejne sezony pod wodzą Hughesa zespół z Britannia Stadium kończył na dziewiątym miejscu w ligowej tabeli. Stoke nie musiało martwić się czarną wizją spadku ani nie liczyło się w walce o europejskie puchary. Można było określić go jako solidny zespół, który od początku sezonu pracował na tyle ciężko, że w późniejszej fazie swoje cele miał już zrealizowane.
Sielanka wyraźnie uśpiła czujność piłkarzy Stoke, którzy od samego początku kampanii 2017/2018 regularnie rozczarowywali. Ogromna liczba indywidualnych pomyłek, głupie straty punktów i nieskuteczność pod bramką przeciwnika sprawiły, że drużyna została wplątana w trudną rywalizację o utrzymanie w Premier League.
Presja nie pomaga
Walka o utrzymanie w piłkarskim raju – bo tak zwykło się mówić o Premier League – to gratka dla kibiców, ale również koszmar dla piłkarzy. O ogromnej presji, która ciąży na zawodnikach słabszych klubów, wypowiedział się niegdyś Joleon Lescott.
Cieszę się, że już oficjalnie spadliśmy z ligi. To było pewne, że się nie utrzymamy, jednak presja ze strony kibiców była wciąż tak ogromna, że na murawie nie potrafiliśmy grać swojej piłki. Joleon Lescott
Słowa Lescotta wywołały furię pośród kibiców Aston Villi, którzy mieli do piłkarza ogromny żal o obojętność wobec losów klubu. Choć wypowiedź byłego reprezentanta Anglii należy uznać za kontrowersyjną, to trudno w pewien sposób nie przyznać mu racji – presja, która ciąży na piłkarzach walczących o utrzymanie, jest ogromna.
Dokładnie tego samego doświadczają obecnie gracze Stoke, których forma od początku sezonu budziła wiele wątpliwości. Nagle – nieco na własne życzenie – zostali oni postawieni pod ścianą. Albo zaczną regularnie punktować, albo zapiszą się na niechlubnych kartach historii klubu i spadną z Premier League.
Trener kozłem ofiarnym
Mark Hughes nie tak dawno został zwolniony z funkcji trenera Stoke, ale właściciel klubu przyznał, że nie tylko w trenerze upatruje przyczynę tak słabych wyników. Zmiana szkoleniowca miała być impulsem dla zawodników, którzy rozczarowują znacznie bardziej, niż robił to Hughes.
W Stoke niewiele się zmieniło. Drużyna przed sezonem miała ten sam cel, co w poprzednich latach – spokojne utrzymanie w lidze. Plan taktyczny Hughesa również nie był szczególnie innowacyjny, a do tego oparty na starych wygach, którzy w Stoke spędzili już sporo sezonów. Nagle jednak pojawiły się kłopoty.











