Emocjonująca pierwsza połowa i kontrola wyniku po przerwie. Tak w telegraficznym skrócie wyglądały derby Sewilli. Przez najbliższe pół roku w stolicy Andaluzji dumni będą chodzić kibice „Los Nerviones”. Po firmowej bramce niezawodnego w tym sezonie Youseffa En-Nesyriego Sevilla zrobiła duży krok w kierunku Ligi Mistrzów. Podopieczni Julena Lopeteguiego mają nad lokalnym rywalem już dziewięć punktów przewagi.
Pragmatyczna Sevilla
Drużyna Lopeteguiego przyzwyczaiła swoich kibiców do tego, że jest jedną z najwyżej odbierających piłki drużyną w całej Primera Division. Intensywny pressing na połowie przeciwnika sprawiał, że Sevilla odzyskiwała piłkę w pobliżu pola karnego rywali. Dzięki temu Ocampos, Suso czy En-Nesyri raz po raz mieli okazję do zdobycia bramki. Na mecz z rywalem zza miedzy plan taktyczny wyglądał zgoła inaczej.
Sevilla oddała piłkę Betisowi i wyczekiwała przeciwników na własnej połowie. Plan okazał się niezwykle skuteczny. „Verdiblancos” przez długi czas utrzymywali się przy piłce, jednak nie stworzyli sobie sytuacji bramkowych. Środek pola Betisu grał wolno i przewidywalnie. Dobrze zorganizowana defensywa gospodarzy nie miała problemu z odpowiednim ustawieniem się i przerywaniem akcji rywali.
Jedyna bramka w tym spotkaniu padła po szybkim ataku gospodarzy. Przeszywające podanie Jesusa Navasa wykończył Youseff En-Nesyri. Marokańczyk minął Joela Roblesa i strzałem z ostrego kąta umieścił piłkę w bramce. Była to jego druga taka próba w tym meczu. Kilka minut wcześniej niemal identyczna akcja zakończyła się strzałem w boczną siatkę. Obie sytuacje nie były dziełem przypadku, lecz przygotowanego przez Lopeteguiego schematu.
Pragmatyzm w meczu derbowym okazał się idealnym rozwiązaniem dla Sevilli. Druga połowa, w której gospodarze rzadko kiedy wychodzili z własnej połowy, nie porwała emocjami. „Los Nerviones” kontrolowali przebieg spotkania, choć przez swoją niefrasobliwość o mało sami nie strzelili sobie wyrównującej bramki. Ostatecznie to FC Sevilla wychodzi zwycięsko z Gran Derbi i łapie oddech w tym trudnym dla siebie czasie. Dla Realu Betis porażka ta nie oznacza jednak końca świata.











