Paris Saint-Germain wraca z tarczą i trzema punktami ze świętej wojny na Stade Velodrome. Mistrzowie Francji pokonali tamtejszy Olympique Marsylia 2:1, mimo iż sędzia robił wszystko, żeby ten wyczyn gościom utrudnić.
Hiszpanie mają Gran Derbi, Brytyjczycy mają derby Londynu i Manchesteru, a Francuzi mają Le Classique, czyli świętą wojnę pomiędzy miastem portowym a stolicą. Wszystkie oczy francuskich miłośników futbolu były dzisiejszego wieczoru zwrócone na Stade Velodrome, na którym o 21:00 rozpoczął się hit Ligue 1, Olympique Marsylia – Paris Saint-Germain. PSG, podbudowane pewnym zwycięstwem w Lidze Mistrzów nad Benficą (3:0), przyjechało do Prowansji w roli faworyta. Nastroje wśród gospodarzy przed spotkaniem były zupełnie inne. Marsylczycy w środku tygodnia ulegli Borussii w Dortmundzie (0:3), ale nie mieli problemu z motywacją przed niedzielną potyczką z obecnymi mistrzami Francji.

Od pierwszych minut to goście przeważali, ale nie potrafili stworzyć sobie sytuacji do strzelenia gola. W 11. minucie szansę mieli za to gospodarze. Valbuena oddał z rzutu wolnego groźny strzał po ziemi nad podskakującym murem, ale między słupkami z interwencją problemu nie miał Salvatore Sirigu. Chwilę potem mogliśmy podziwiać niespotykany obrazek. Z gorących trybun Velodrome na boisko poleciała raca, ale miała w sobie coś nadzwyczajnego. Materiał pirotechniczny dobrze znany z naszych rodzimych trybun miał przywiązany minispadochron. Kibole to nie tylko chuligani, ale także architekci i wynalazcy. Wróćmy do meczu: w 18. minucie Zlatan Ibrahimović zamknął usta wszystkich niedowiarków i perfekcyjnie podał do Edinsona Cavaniego, ale napastnikowi reprezentacji Urugwaju zabrakło dosłownie kilku centymetrów, żeby dosięgnąć do futbolówki. Odpowiedź gospodarzy była błyskawiczna. Mendy genialnie dośrodkował z pierwszej piłki, w piłkę czysto nie trafił Ayew, a dobitka Valbueny nie sprawiła problemów Sirigu.
Punktem kulminacyjnym pierwszej połowy była 29. minuta. Turpin, czyli arbiter spotkania, pozazdrościł gwiazdorom PSG i OM i też chciał, by jego nazwisko było na ustach wszystkich. Odgwizdał faul Motty na Valbuenie w polu karnym – okej, wskazał na jedenasty metr – okej, ale to, że Thiago Motta ujrzał za to przewinienie czerwoną kartkę, było olbrzymią przesadą. Tak czy siak, sędzia pokazał, że nie słuchał na zajęciach teoretycznych, a Jordan Ayew pokazał, że ma stalowe nerwy. Młodszy z braci huknął jak z armaty w prawe okienko i Marsylia prowadziła 1:0. Ostatni kwadrans należał do mistrzów Francji, którzy zwieńczyli dominację wyrównującą bramką w 44. minucie. Do dośrodkowania van der Wiela doskoczył Maxwell, który wyprzedził wychodzącego z bramki Mandandę i pewnie wbił piłkę do siatki.












