Wyjazdowy mecz reprezentacji Polski z Bośnią i Hercegowiną zakończył długą, składającą się z aż czterech spotkań przerwę reprezentacyjną. Po bezbarwnym remisie z Bośniakami i dotkliwej porażce ze Szwecją atmosfera wokół naszej drużyny znacząco się zagęściła. Efektowna wygrana z Rumunią chwilowo poprawiła nastroje kibiców, jednak rewanż z zespołem z Półwyspu Bałkańskiego brutalnie sprowadził nas na ziemię. Porażka 1:0 oznacza, że możemy już porzucić jakiekolwiek marzenia o powrocie do najwyższej dywizji Ligi Narodów.
Piątkowa potyczka z reprezentacją Rumunii miała być dla Jana Urbana ostatnią szansą na zachowanie posady selekcjonera. Choć poprzednie mecze absolutnie tego nie zapowiadały, Polacy rozegrali fantastyczne spotkanie, miażdżąc rywali aż 6:0. Oznaczało to, że szkoleniowiec naszej reprezentacji mógł przystąpić do wyjazdowego starcia z Bośnią i Hercegowiną z odrobinę większym spokojem. Mimo wszystko nadal mieliśmy o co grać. Wygrana z zespołem z Bałkanów mogłaby znacząco zwiększyć nasze szanse na znalezienie się w drugim koszyku podczas losowania grup eliminacji do mistrzostw Europy. Mogłaby, ale jak już wszyscy wiemy, rzeczywistość okazała się znacznie mniej kolorowa, a mecz z Rumunią możemy chyba uznać za pozytywny wypadek przy pracy. Wszystko wskazuje więc na to, że w najbliższych kwalifikacjach zagramy nie tylko z którąś z europejskich potęg, ale również z innym solidnym rywalem pokroju Austrii, Turcji czy Szwajcarii.
Bośnia i Hercegowina — Polska: Urban nie kombinował. Tylko jedna, wymuszona zmiana w składzie
Po wysokiej wygranej z Rumunią Jan Urban wyszedł z założenia, że zwycięskiego składu się nie zmienia. Trener postawił na niemal identyczne zestawienie, dokonując tylko jednej, wymuszonej korekty. Zawieszonego za dwie żółte kartki Roberta Lewandowskiego zastąpił Mateusz Żukowski, tworząc ofensywny duet z Karolem Świderskim. Snajper Magdeburga przejął od naszego kapitana nie tylko miejsce w jedenastce, ale także koszulkę z „dziewiątką” na plecach. Byłoby cudownie, gdyby wraz z numerem na plecach spłynęła na niego także skuteczność i wpływ na grę. Jak jednak widać, nie można mieć wszystkiego…
Spokojny początek i dobre okazje w końcówce
Pierwsze fragmenty tego spotkania nie obfitowały w stuprocentowe sytuacje. Oba zespoły oddawały, co prawda, pojedyncze strzały, ale żaden z nich nie stworzył realnego zagrożenia. Zdecydowana większość akcji Polaków przechodziła przez Nicolę Zalewskiego, który, podobnie jak z Rumunią, raz za razem wchodził w pojedynki z prawym obrońcą, kreując sobie przestrzeń do posyłania dośrodkowań. Szwankowała jednak ich celność. Nasi rywale skutecznie blokowali dogrania z lewej strony, a gdy już piłka docierała w pole karne, to ani Karol Świderski, ani Mateusz Żukowski nie potrafili z tego skorzystać.
Najgroźniej pod naszą bramką zrobiło się nie za sprawą zagrania Bośniaków, ale… Jakuba Kiwiora. Obrońca Porto przeciął jedno z dośrodkowań w taki sposób, że odbita przez niego piłka niebezpiecznie zmierzała w stronę bramki. Na nasze szczęście Marcin Bułka zachował czujność, broniąc ten „strzał”.











