Polonia Warszawa marzy o powrocie na salony. Jej kibice nawet chyba jeszcze bardziej, patrząc na ostatnie wyniki. W rundę wiosenną weszli znakomicie, bo poza remisem ze Zniczem odnosili same zwycięstwa. Czyżby to naprawdę był ten sezon? Być może, jednak po porażce z ŁKS-em entuzjazm nieco został zapewne schłodzony. To było naprawdę kiepskie 90 minut ekipy Mariusza Pawlaka.
Dziesięć meczów z rzędu bez porażki. W rundzie wiosennej (do godziny 18:00) nikt nie zdobył więcej punktów niż Polonia Warszawa. Ekipa, która na początku sezonu grała wyraźnie poniżej oczekiwań, rozkręciła się z upływem czasu i teraz mierzy w awans do ekstraklasy. No cóż, po takich spotkaniach jak to poniedziałkowe temperatura oczekiwań nieco spadnie.
Obie ekipy chciały, ale nie miały pomysłu na coś konkretnego
Cały mecz był bowiem mało strawny. Bardzo tego żałujemy, ponieważ na spotkanie przyszła spora grupa kibiców, a i z wrogiej Łodzi przyjechała solidna ekipa. Nie odmawiamy obu stronom ambicji, piłkarze biegali po boisku całkiem sporo, ale mało było tych konkretów stricte sportowych, a już zwłaszcza ze strony gospodarzy, którzy dziś grali bardzo często bez głowy.
Lepiej wyglądało to po stronie gości. W 8. minucie Kuchta obronił instynktownie strzał Bastiena Tomy z ostrego kąta po dośrodkowaniu z prawej strony Arasy. Goście przez całe spotkanie szukali swoich szans w bocznych sektorach po dłuższych zagraniach i trzeba przyznać, że ten pomysł okazał się skuteczny. Spore problemy miał zwłaszcza grający na lewej Ilkay Durmus, któremu sporo kłopotów sprawiał Loffelsend do spółki z Tomą.
Jedno z takich długich zagrań przyniosło gościom gola, i to tuż przed samą końcówką pierwszej połowy. Długa piłka Artura Craciuna do Loffelsenda, a Niemiec sprytnie wsadził głowę między dwóch rywali i minął ich. Przepuścił jednak biegnącego do piłki Andreu Arasę, który wpadł w pole karne i strzelił tuż przy bliższym słupku swojego pierwszego gola w tym sezonie.
Boki ŁKS-u skuteczne zarówno z przodu, jak i z tyłu
Polonia od początku drugiej połowy próbowała naciskać, ale czy to przekładało się na jakieś konkrety? Nie. Dalej pokutowała niedokładność, niecierpliwość. ŁKS był skupiony i zwarty w szeregach obronnych, dzięki czemu notorycznie kasował i odcinał boczne sektory.
Chwaliliśmy za wkład wahadłowych ŁKS-u z przodu, ale w obronie wykonywali równie dobrą, a nawet lepszą pracę. Robert Dadok oraz Dani Vega, czyli jedni z kluczowych graczy warszawskiego zespołu, byli dziś kompletnie niewidoczni. Obrońcy ŁKS-u, zanim wyjadą ze stadionu, będą musieli ich wyjąć z kieszeni. Podobnie miała się sprawa z Łukaszem Zjawińskim, który nie otrzymywał serwisu.











