Niemoc Arsenalu w wyjazdowych spotkaniach trwa w najlepsze. Ekipa Wengera przegrała trzeci z kolei mecz w delegacji, tym razem ustępując głównemu konkurentowi w walce o miejsce w czołowej czwórce. Największym bohaterem Tottenhamu nie został jednak strzelec jedynego gola, lecz Pochettino, który perfekcyjnie rozpracował rywala.
Stonowany początek
Pierwsze minuty spotkania niemal od razu zwiastowały, iż to Tottenham będzie stroną dominującą. „Koguty” od razu przejęły inicjatywę, jednak nie potrafiły stworzyć sobie wielu dogodnych sytuacji. Była to głównie zasługa dobrze ustawionej linii defensywnej Arsenalu, która broniła bardzo głęboko.
Oprócz czwórki nominalnych defensorów aktywny udział w grze obronnej brali także środkowi pomocnicy oraz dwójka podwieszonych napastników, która również czyhała na możliwość rozpoczęcia groźnego kontrataku. Początkowo duży problem z takim zagęszczeniem w środku pola mieli Alli i Eriksen, którzy nie potrafili znaleźć wolnych przestrzeni.

Tłok w środkowej strefie nie oznaczał jednak, że to Arsenal zdominował druga linię. Trio Xhaka–Elneny–Wilshere w całym spotkaniu odzyskało piłkę zaledwie dwukrotnie. W drużynie Tottenhamu posiadanie piłki trzykrotnie przywracał sam Eric Dier. Co gorsza, pomocnicy Arsenalu często tracili futbolówkę (dziewięciokrotnie), zaś druga linia Tottenhamu grała w znacznie bardziej odpowiedzialny sposób.
Pochettino wygrał mecz w przerwie
Mauricio Pochettino widząc problemy swojego zespołu w pierwszej połowie, zdecydował się na drobne korekty w stylu gry. Tottenham nie próbował już pchać się środkiem, lecz znacznie częściej wykorzystywać w budowaniu akcji bocznych obrońców. W samej drugiej połowie Ben Davies i Kieran Trippier dośrodkowywali piłkę aż osiem razy.
Po jednej z takich wrzutek decydującego gola zdobył, niewidoczny do tamtej chwili, Harry Kane. W kluczowej dla losów spotkania sytuacji zagapili się przede wszystkim Monreal i Xhaka, którzy dali Daviesowi zbyt wiele miejsca i czasu na dośrodkowanie. Arsenal nie potrafił poradzić sobie z szerzej grającym Tottenhamem, który wyczuł słabość rywala i prędko próbował zdobyć kolejnego gola.

W efekcie w drugiej części gry to gospodarze przez większość czasu dominowali na murawie i oddali dokładnie trzy razy więcej strzałów niż goście. Dominacja Tottenhamu znalazła również odzwierciedlenie w wykreowanych sytuacjach bramkowych i wreszcie w końcowym rezultacie.
Arsenal pozbawiony atutów
Choć w poprzednim spotkaniu ekipa Wengera zdobyła pięć bramek i w pełni kontrolowała mecz, to dziś wróciły stare koszmary. W Arsenalu nikt nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności i poprowadzić zespołu do osiągnięcia lepszego wyniku. Rozczarowało całe ofensywne trio, które – w związku ze świetną postawą defensywną gospodarzy – nie potrafiło wykreować groźnych sytuacji bramkowych.














