Każde El Clasico ma swoją wyjątkową historię. To dzisiejsze miało jak dotąd niespotykane okoliczności. Puste Camp Nou, na boisku oczy w większości zwrócone w stronę młodzieży, która o sile zespołu ma zacząć decydować dopiero za parę lat. W tych niecodziennych warunkach lepiej odnalazł się Real Madryt, który pokonał „Dumę Katalonii” 3:1 i został liderem La Liga.
Mówiono, że wydarzyć może się wszystko. I się wydarzyło. Dwa gole po ośmiu minutach musiały zwiastować wielkie widowisko i pod względem emocji zawiedzeni czuć się nie możemy. Koniec końców lepiej nerwy opanował zespół z Madrytu, który z Camp Nou wywiózł trzy punkty.
Mecz najwyższej rangi
Mecz Barcelony z Realem Madryt nie jest jedynie pojedynkiem dwóch odwiecznych rywali. To jasne. Historia, którą niesie za sobą rywalizacja tych dwóch klubów, sięga wielu lat wstecz. Walka dwóch klubów, dwóch miast, dwóch wielkich piłkarskich marek i przede wszystkim milionów kibiców.
Okoliczności w tym sezonie są wyjątkowe. Stadion nie pękał w szwach, a w barach nie roiło się od fanów obu drużyn. Camp Nou puste, kibicowanie jedynie sprzed ekranu telewizora, ale aura spotkania ta sama. I nawet biorąc pod uwagę niepewną dyspozycję obu drużyn.
Dla „Królewskich” mecz z „Dumą Katalonii” miał być także swego rodzaju walką o posadę Zinedine’a Zidane’a, który wraz z zespołem skompromitował się w spotkaniu Ligi Mistrzów (a szczególnie w pierwszej połowie) z Szachtarem Donieck. „Barca” dwa lata temu zwycięstwem 5:1 nad Realem Madryt „zwolniła” Julena Lopeteguiego. Historia miała zatoczyć koło?
Test dla młodzieży
El Clasico to już nie jest rywalizacja Messi – Ronaldo. Te czasy minęły bezpowrotnie i trzeba szukać nowych bohaterów „Derbów Europy”. A upatrywać ich już można w nastoletnich piłkarzach, którzy szturmem wdzierają się do wielkiego futbolu. Dzisiejszy mecz miał być dla wielu wielkim sprawdzianem.
Real Madryt boryka się z wieloma problemami. I to na wielu płaszczyznach. Także tej kadrowej. Stąd Zinedine Zidane miał znacznie bardziej utrudnione zadanie w kwestii wyboru jedenastki, aniżeli było to jeszcze parę lat temu.
Dziurę na prawej stronie defensywy przy nieobecności Carvajala i Odriozoli Francuz załatał, wystawiając Nacho, tym samym w swoje naturalne środowisko wrócił Ferland Mendy. Defensywny środek pola stworzył tercet Casemiro – Valverde – Kroos, a do Benzemy z przodu dołączyli Vinicius z Asensio. Wielkiego pola manewru Zidane zdecydowanie nie miał. Zaskoczenia nie było, bo i być raczej nie mogło.











