Fot. Brandao strzelił bramkę, która przedłuża szansę Marsylii na zwycięstwo w Ligue 1
Już po raz trzeci w tym sezonie kibice francuskiej Ligue 1 będą mogli śledzić rywalizację wicemistrza kraju z obrońcą tytułu. Na chwilę obecną mamy remis – kto tym razem wyjdzie z pojedynku zwycięsko?
Walkę o zeszłoroczny tytuł mistrzowski na ostatniej prostej zdominowały dwie ekipy, a rozstrzygnięcie padło dopiero w przedostatniej kolejce. Teraz sytuacja jest zgoła odmienna, bo zarówno Marsylia, jak i Lille są obecnie w cieniu prowadzących w lidze Paris Saint-Germain i Montpellier. Celem obecnie najważniejszym jest nie tylko bezpośrednia rywalizacja, ale również utrzymanie bezpiecznej straty do liderów, którą ewentualnie w ostatniej fazie sezonu można by zniwelować.
Ostatnia szansa Marsylii?
Brak obu braci Ayew (na zdjęciu Andre) jest znaczącym osłabieniem OM (fot. skysports.com)
– Jeśli Marsylia nie wygra u siebie z Lille, to nie ma co jej szukać w czołówce, którą stanowią Lyon, Paris Saint-Germain i Lille – tak sytuację podopiecznych Didiera Deschampsa opisuje Tadeusz Fogiel, menedżer piłkarski i specjalista francuskich realiów futbolowych. Trudno się jednak z nim nie zgodzić. Marsylczycy sezon rozpoczęli fatalnie, wygrywając pierwszy ligowy mecz dopiero w siódmej kolejce. Potem ich forma stopniowo ulegała poprawie, lecz przewaga, jaką wypracowały sobie czołowe ekipy nad „Les Phoceens”, była już bardzo wyraźna. Obecnie „Les Phoceens” do pierwszej czwórki tracą cztery punkty (do Lille pięć). Jednak jeśli wziąć pod uwagę wczorajsze zwycięstwa PSG i Montpellier, to wydaje się, że trzy punkty w starciu z Lille są warunkiem koniecznym, by myśleć jeszcze o udziale w kolejnej edycji Ligi Mistrzów.
Nie jest to jednak zbyt szczęśliwy czas dla tego zespołu pod względem kadrowym. W tym poszukiwać trzeba obecnie najsłabszego punktu OM. Z coraz lepiej rozumiejącej się pierwszej jedenastki wyrwane zostało kilka podstawowych ogniw, zarówno w defensywie, jak i w przedniej formacji. Na Puchar Narodów Afryki wraz ze swoimi reprezentacjami udali się kreatywni bracia Ayew (Ghana), ostoja środka obrony, tworzący w ostatnim czasie bardzo stabilną parę z Nicolasem Nkoulou, Souleymane Diawara pojechał zaś wesprzeć kadrę Senegalu, a mogło być jeszcze gorzej. Gdyby do finałowego turnieju zakwalifikował się Kamerun, to prawdopodobnie również wspomniany drugi środkowy obrońca i defensywny pomocnik Stephane Mbia nie byliby do dyspozycji Deschampsa – szczęście w nieszczęściu.
Spory problem jawi się zatem dla Marsylii w przedniej formacji. Pod nieobecność braci Ayew jedyną skuteczną alternatywą jest Loic Remy, bo co rusz kontuzjowany albo nie w pełni sił jest Andre-Pierre Gignac (obecnie uraz przywodziciela). Pomocą w tej potrzebie ma okazać się powracający z Brazylii Brandao. W czasie poprzedniego sezonu został on wypożyczony do swojego rodzimego kraju z powodu oskarżeń o gwałt, jakie wobec niego stawiał francuski sąd. Do Francji powraca zatem w najdogodniejszym momencie, gdy OM dramatycznie potrzebuje napastników.
Od stosunkowo niedługiego czasu Lille jest zespołem, który można zaliczać do ścisłej czołówki Ligue 1. Konsekwentna praca tak w strukturach klubu, jak i czysto sportowych przyniosła zamierzony, choć może nieco przedwczesny efekt w postaci podwójnej korony w 2011 roku. Od tego momentu pojedynki popularnych „Les Dogues” z potentatami wcześniej ustalonej hierarchii (Marsylia, Lyon, PSG) nabrały rumieńców i zaliczać trzeba do tych z najwyższej futbolowej półki. Chyba jednak żadne inne mecze, jak te z Marsylii, nie przynoszą tak pasjonujących i nieprzewidywalnych scenariuszy. Znacząca liczba goli, zmiany prowadzenia czy zaskakujące zwroty akcji. By nie być gołosłownym, wystarczy wspomnieć wygraną OM sprzed ponad roku 3:1 (do przerwy było 0:1) czy triumf Lille na Stade Velodrome, który w znaczący sposób przyczynił się do zdobycia mistrzostwa (gol na 2:1 padł w doliczonym czasie gry).
Brandao (z prawej) powraca, by wesprzeć ofensywę Marsylii (fot. oleole.com)
Jednak te rezultaty w żaden sposób nie mogą się równać z tymi ostatnimi. Jeszcze pod koniec lipca w ramach Superpucharu Francji marsylczycy byli w stanie odwrócić losy spotkania, wychodząc ze stanu 1:3 na 5:4, i zgarnąć dosłownie tuż przed ostatnim gwizdkiem to trofeum. W lidze zaś w ramach rewanżu „Les Dogues” odpowiedzieli wynikiem 3:2, choć przegrywali jeszcze do 66. minuty. W sumie daje to bilans 21 goli w zaledwie czterech meczach!
– Lille to jest drużyna, która ostatnio wygrywa najwięcej, ma bardzo zgrany zespół i kilka indywidualności. Zawsze dąży do tego, by strzelić więcej niż jedną bramkę w każdym meczu, to jest takie hasło trenera Garcii. Mimo że ostatnie mecze nie były najlepsze w wykonaniu Lille, to dalej jest to zespół, który ma najwięcej szans na zdobycie mistrzostwa Francji – przyznał w rozmowie Fogiel.
Jako wspomniane słabsze wyniki przytoczyć można tutaj nieudaną kampanię w Lidze Mistrzów (to jeszcze jesienią zeszłego roku), a już w 2012 roku przykra niespodzianka ćwierćfinale Pucharu Ligi, z którym ich przygodę zakończył Lyon. Co prawda mecz rozgrywany był w dolinie Rodanu, lecz od 11. minuty gospodarze grali w osłabieniu, a kwadrans później Joe Cole wyprowadził Lille na prowadzenie. Jednak waleczni podopieczni Remiego Garde’a odrobili straty z nawiązką i mimo braku jednego zawodnika nie pozwolili na stwarzanie groźnych sytuacji pod swoją bramką.
Taki obrót wydarzeń w oczywisty sposób może podrażnić ambitnych „Les Dogues”. Zwykle to oni w podobnej sytuacji są panami swojego losu i konsekwentną grą w ataku pozycyjnym są w stanie rozklepać każdą defensywę, tym bardziej gdy jest ona osłabiona. – Mieliśmy w ręku wszystkie karty, by awansować do półfinału – komentował po meczu Rudi Garcia. – Byliśmy poniżej właściwego poziomu fizycznego i ducha walki. Teraz musimy zwrócić naszą uwagę na niedzielny mecz z Marsylią w lidze. […] Musimy się przegrupować, bo w niedzielę będzie twardy mecz – zakończył szkoleniowiec Lille.
Rudi Garcia nie mógł być zadowolony po środowym meczu w Lyonie (fot. fff.fr)
Teraz gdy jego podopiecznym pozostała walka już tylko w lidze i Pucharze Francji, cała koncentracja powinna skupić się na dzisiejszym pojedynku (OM bierze wciąż udział we wszystkich rozgrywkach, czyli również we wspomnianym Coupe de la Ligue i Lidze Mistrzów). Montpellier i PSG postawiły wczoraj wysoko poprzeczkę, odprawiając z kwitkiem odpowiednio Lyon i Tuluzę. Nadzieje na obronę tytułu wciąż są spore, lecz nie można już sobie pozwolić na istotne straty punktów w zbliżającej się części sezonu. Nic więc dziwnego, iż nastroje po stronie mistrzów Francji są bojowe i piłkarze zapowiadają walkę tylko o zwycięstwo. Nas jako widzów może to tylko cieszyć, gdyż budzi to nadzieję na kolejne fantastyczne widowisko.
Lille, podobnie jak Marsylia, z rozpoczynającego się Pucharu Narodów Afryki cieszyć się nie może, choć straty już nie muszą być aż tak dotkliwe. Z powodu tego turnieju w ataku gości zabraknie dziś Moussy Sow (dobra wiadomość dla sympatyków Ireneusza Jelenia), który wraz z Diawarą reprezentować będzie barwy Senegalu. Większe straty Lille jawią się jednak bardziej z powodów zdrowotnych i dyscyplinarnych. Z podstawowej czwórki obrońców aż trzech nie znalazło się w składzie. Prawy defensor – Mathieu Debuchy – otrzymał w starciu z Lyonem czerwień, środkowy – Marko Basa – ma problem z ramieniem, a lewy – Franck Beria – nie doszedł do pełni sprawności po urazie łydki, który wyeliminował go także z meczu pucharowego.
Już po raz trzeci w tym sezonie kibice francuskiej Ligue 1 będą mogli śledzić rywalizację wicemistrza kraju z obrońcą tytułu. Na chwilę obecną mamy remis – kto tym razem wyjdzie z pojedynku zwycięsko?
Walkę o zeszłoroczny tytuł mistrzowski na ostatniej prostej zdominowały dwie ekipy, a rozstrzygnięcie padło dopiero w przedostatniej kolejce. Teraz sytuacja jest zgoła odmienna, bo zarówno Marsylia, jak i Lille są obecnie w cieniu prowadzących w lidze Paris Saint-Germain i Montpellier. Celem obecnie najważniejszym jest nie tylko bezpośrednia rywalizacja, ale również utrzymanie bezpiecznej straty do liderów, którą ewentualnie w ostatniej fazie sezonu można by zniwelować.
Ostatnia szansa Marsylii?
Brak obu braci Ayew (na zdjęciu Andre) jest znaczącym osłabieniem OM (fot. skysports.com)
– Jeśli Marsylia nie wygra u siebie z Lille, to nie ma co jej szukać w czołówce, którą stanowią Lyon, Paris Saint-Germain i Lille – tak sytuację podopiecznych Didiera Deschampsa opisuje Tadeusz Fogiel, menedżer piłkarski i specjalista francuskich realiów futbolowych. Trudno się jednak z nim nie zgodzić. Marsylczycy sezon rozpoczęli fatalnie, wygrywając pierwszy ligowy mecz dopiero w siódmej kolejce. Potem ich forma stopniowo ulegała poprawie, lecz przewaga, jaką wypracowały sobie czołowe ekipy nad „Les Phoceens”, była już bardzo wyraźna. Obecnie „Les Phoceens” do pierwszej czwórki tracą cztery punkty (do Lille pięć). Jednak jeśli wziąć pod uwagę wczorajsze zwycięstwa PSG i Montpellier, to wydaje się, że trzy punkty w starciu z Lille są warunkiem koniecznym, by myśleć jeszcze o udziale w kolejnej edycji Ligi Mistrzów.
Nie jest to jednak zbyt szczęśliwy czas dla tego zespołu pod względem kadrowym. W tym poszukiwać trzeba obecnie najsłabszego punktu OM. Z coraz lepiej rozumiejącej się pierwszej jedenastki wyrwane zostało kilka podstawowych ogniw, zarówno w defensywie, jak i w przedniej formacji. Na Puchar Narodów Afryki wraz ze swoimi reprezentacjami udali się kreatywni bracia Ayew (Ghana), ostoja środka obrony, tworzący w ostatnim czasie bardzo stabilną parę z Nicolasem Nkoulou, Souleymane Diawara pojechał zaś wesprzeć kadrę Senegalu, a mogło być jeszcze gorzej. Gdyby do finałowego turnieju zakwalifikował się Kamerun, to prawdopodobnie również wspomniany drugi środkowy obrońca i defensywny pomocnik Stephane Mbia nie byliby do dyspozycji Deschampsa – szczęście w nieszczęściu.
Spory problem jawi się zatem dla Marsylii w przedniej formacji. Pod nieobecność braci Ayew jedyną skuteczną alternatywą jest Loic Remy, bo co rusz kontuzjowany albo nie w pełni sił jest Andre-Pierre Gignac (obecnie uraz przywodziciela). Pomocą w tej potrzebie ma okazać się powracający z Brazylii Brandao. W czasie poprzedniego sezonu został on wypożyczony do swojego rodzimego kraju z powodu oskarżeń o gwałt, jakie wobec niego stawiał francuski sąd. Do Francji powraca zatem w najdogodniejszym momencie, gdy OM dramatycznie potrzebuje napastników.
Podrażnione Lille
Od stosunkowo niedługiego czasu Lille jest zespołem, który można zaliczać do ścisłej czołówki Ligue 1. Konsekwentna praca tak w strukturach klubu, jak i czysto sportowych przyniosła zamierzony, choć może nieco przedwczesny efekt w postaci podwójnej korony w 2011 roku. Od tego momentu pojedynki popularnych „Les Dogues” z potentatami wcześniej ustalonej hierarchii (Marsylia, Lyon, PSG) nabrały rumieńców i zaliczać trzeba do tych z najwyższej futbolowej półki. Chyba jednak żadne inne mecze, jak te z Marsylii, nie przynoszą tak pasjonujących i nieprzewidywalnych scenariuszy. Znacząca liczba goli, zmiany prowadzenia czy zaskakujące zwroty akcji. By nie być gołosłownym, wystarczy wspomnieć wygraną OM sprzed ponad roku 3:1 (do przerwy było 0:1) czy triumf Lille na Stade Velodrome, który w znaczący sposób przyczynił się do zdobycia mistrzostwa (gol na 2:1 padł w doliczonym czasie gry).
Brandao (z prawej) powraca, by wesprzeć ofensywę Marsylii (fot. oleole.com)
Jednak te rezultaty w żaden sposób nie mogą się równać z tymi ostatnimi. Jeszcze pod koniec lipca w ramach Superpucharu Francji marsylczycy byli w stanie odwrócić losy spotkania, wychodząc ze stanu 1:3 na 5:4, i zgarnąć dosłownie tuż przed ostatnim gwizdkiem to trofeum. W lidze zaś w ramach rewanżu „Les Dogues” odpowiedzieli wynikiem 3:2, choć przegrywali jeszcze do 66. minuty. W sumie daje to bilans 21 goli w zaledwie czterech meczach!
– Lille to jest drużyna, która ostatnio wygrywa najwięcej, ma bardzo zgrany zespół i kilka indywidualności. Zawsze dąży do tego, by strzelić więcej niż jedną bramkę w każdym meczu, to jest takie hasło trenera Garcii. Mimo że ostatnie mecze nie były najlepsze w wykonaniu Lille, to dalej jest to zespół, który ma najwięcej szans na zdobycie mistrzostwa Francji – przyznał w rozmowie Fogiel.
Jako wspomniane słabsze wyniki przytoczyć można tutaj nieudaną kampanię w Lidze Mistrzów (to jeszcze jesienią zeszłego roku), a już w 2012 roku przykra niespodzianka ćwierćfinale Pucharu Ligi, z którym ich przygodę zakończył Lyon. Co prawda mecz rozgrywany był w dolinie Rodanu, lecz od 11. minuty gospodarze grali w osłabieniu, a kwadrans później Joe Cole wyprowadził Lille na prowadzenie. Jednak waleczni podopieczni Remiego Garde’a odrobili straty z nawiązką i mimo braku jednego zawodnika nie pozwolili na stwarzanie groźnych sytuacji pod swoją bramką.
Taki obrót wydarzeń w oczywisty sposób może podrażnić ambitnych „Les Dogues”. Zwykle to oni w podobnej sytuacji są panami swojego losu i konsekwentną grą w ataku pozycyjnym są w stanie rozklepać każdą defensywę, tym bardziej gdy jest ona osłabiona. – Mieliśmy w ręku wszystkie karty, by awansować do półfinału – komentował po meczu Rudi Garcia. – Byliśmy poniżej właściwego poziomu fizycznego i ducha walki. Teraz musimy zwrócić naszą uwagę na niedzielny mecz z Marsylią w lidze. […] Musimy się przegrupować, bo w niedzielę będzie twardy mecz – zakończył szkoleniowiec Lille.
Rudi Garcia nie mógł być zadowolony po środowym meczu w Lyonie (fot. fff.fr)
Teraz gdy jego podopiecznym pozostała walka już tylko w lidze i Pucharze Francji, cała koncentracja powinna skupić się na dzisiejszym pojedynku (OM bierze wciąż udział we wszystkich rozgrywkach, czyli również we wspomnianym Coupe de la Ligue i Lidze Mistrzów). Montpellier i PSG postawiły wczoraj wysoko poprzeczkę, odprawiając z kwitkiem odpowiednio Lyon i Tuluzę. Nadzieje na obronę tytułu wciąż są spore, lecz nie można już sobie pozwolić na istotne straty punktów w zbliżającej się części sezonu. Nic więc dziwnego, iż nastroje po stronie mistrzów Francji są bojowe i piłkarze zapowiadają walkę tylko o zwycięstwo. Nas jako widzów może to tylko cieszyć, gdyż budzi to nadzieję na kolejne fantastyczne widowisko.
Lille, podobnie jak Marsylia, z rozpoczynającego się Pucharu Narodów Afryki cieszyć się nie może, choć straty już nie muszą być aż tak dotkliwe. Z powodu tego turnieju w ataku gości zabraknie dziś Moussy Sow (dobra wiadomość dla sympatyków Ireneusza Jelenia), który wraz z Diawarą reprezentować będzie barwy Senegalu. Większe straty Lille jawią się jednak bardziej z powodów zdrowotnych i dyscyplinarnych. Z podstawowej czwórki obrońców aż trzech nie znalazło się w składzie. Prawy defensor – Mathieu Debuchy – otrzymał w starciu z Lyonem czerwień, środkowy – Marko Basa – ma problem z ramieniem, a lewy – Franck Beria – nie doszedł do pełni sprawności po urazie łydki, który wyeliminował go także z meczu pucharowego.