Choć za największy klasyk na francuskich ziemiach uznaje się pojedynek stołecznego Paris Saint-Germain z Marsylią, choć najgorętsze derby odbywają się w dolinie Rodanu, to jednak gdy na pierwszy plan wysuwa się bitwa dwóch Olympique’ów, emocje, a przede wszystkim bramki, są gwarantowane. Marsylia po raz 41. w historii ligi przyjeżdża do Lyonu.
Niedziela, godzina 21:00, Stade de Gerland. O tym czasie i w tym miejscu rozpocznie się wielka bitwa zespołów o miano najlepszego „Olympique” we Francji. Jasne było przed sezonem, że walka ta wzbudzać będzie wielkie emocje i stawka będzie olbrzymia, ale nikt nie spodziewał się, iż rozdźwięk w tabeli będzie przy tej okazji tak znaczny.
Tylko fatalna skuteczność Gomisa nie pozwoliła wygrać z Ajaksem (fot. football365.fr)
Dla Olympique Marsylia mecz z wielkim rywalem przyszedł w bardzo trudnym momencie. „Les Phoceens” jako jedyni spośród faworytów do mistrzostwa (jeśli nie włączać do tego grona Bordeaux) zaliczyli porządny falstart. W pierwszych pięciu kolejkach nie wygrali ani jednego spotkania i uzbierali tylko trzy punkty, przegrywając kluczowe pojedynki z Rennes i Lille, czyli zespołami ze ścisłej czołówki. Jeśli wziąć pod uwagę wyniki wczorajszych, inaugurujących 6. kolejkę meczów, to OM znajduje się obecnie na przedostatnim miejscu w lidze, wyprzedzając tylko bardzo słabe Nancy o jeden punkt. Gorzej być nie mogło, a niewiele wskazuje, że będzie lepiej…
– Potrzebne jest nam zwycięstwo – takie antidotum na wszystkie sezonowe problemy widzieli i trener Didier Deschamps, i wszyscy jego podopieczni. Trudno się nie zgodzić, bo oglądając mecze OM można odnieść wrażenie, że prezentowany poziom nie przekłada się zupełnie na osiągane rezultaty. Jakość jest, zarówno w obronie, jak i ofensywie, a punktów jak nie było, tak nie ma. Remisy z Sochaux, Auxerre, Saint-Etienne chluby nie przynoszą, tym bardziej że w dwóch pierwszych pojedynkach marsylczycy dali sobie wydrzeć pewne wygrane.
Zwycięstwo jest zatem potrzebne od zaraz. Życzenie spełniło się w minionym tygodniu w najmniej spodziewanym momencie. Co prawda wicemistrz Francji, wybierając się do Pireusu, zapowiadał szumnie, że liczą się tylko trzy punkty, lecz kto realnie myślał, iż w takim stanie da się wywieźć z gorącej Grecji korzystny rezultat. A jednak. Marsylia pokazała futbol dojrzalszy, rozsądniejszy i skuteczniejszy. Efektem stało się jednobramkowe zwycięstwo. Piękną akcję zainicjował sprowadzony z Lorient lewy obrońca, Jeremy Morel i dograł płaską piłkę idealnie na nogę Lucho Gonzaleza, z którym w Prowansji już miano się żegnać. Na tapecie były przecież takie kluby jak Roma czy Arsenal. Zwycięstwo ważne i zwycięstwo zasłużone. Czy wpłynie ono jednak na postawę w lidze? W końcu czeka ich niebywale trudny rywal, choć przedsezonowe przewidywania mówiły zupełnie coś innego…
O metamorfozach i dość zaskakujących przygotowaniach do sezonu (brak znaczących ruchów transferowych, nie licząc sprzedaży ważnych piłkarzy) Olympique Lyon pisaliśmy jeszcze latem. Co prawda mówiło się potem o istotnych wzmocnieniach zespołu (Marvin Martin z Sochaux czy Jaroslav Plasil z Bordeaux), jednak żadne z nich nie doszło do skutku. „Les Gones” przystąpili zatem do tegorocznych rozgrywek w bardzo podobnym składzie jak w zeszłym, bardzo słabym sezonie, a mimo to przed tą kolejką byli wiceliderami Ligue 1.
Najważniejsza zmiana dokonała się nad Rodanem na ławce trenerskiej. Pożegnano się po trzyletniej, wyjątkowo nieudanej przygodzie z Claudem Puelem (to on jako pierwszy od ośmiu lat nie był w stanie ugrać z klubem ani jednego mistrzostwa Francji, a jedynym sukcesem był awans do półfinału Ligi Mistrzów) i zaufano nowemu, świeżemu w tym fachu człowiekowi, czyli Remiemu Garde’owi. Dla wieloletniego piłkarza Lyonu jest to pierwsza praca na pozycji trenera pierwszego zespołu, zaufano zatem żółtodziobowi. Efekt: trzy wygrane, dwa remisy i ani jednej porażki (ostatni klub we Francji), co pozwala uplasować się na wspomnianym podium z drużyną, której nie wróżono niczego spektakularnego.
Lyon, podobnie jak imiennik z Prowansji, jest również po pierwszym starciu w tegorocznej Lidze Mistrzów, w której występuje nieprzerwanie od 12 lat. Na pierwszy ogień trafił się mistrz Holandii, Ajax Amsterdam, i można by stwierdzić, że bezbramkowy rezultat to bardzo dobre osiągnięcie. Patrząc jednak na szanse, jakie stworzyli sobie „Les Gones”, to rwać można było sobie włosy, gdyż tak klasowa drużyna takiej skuteczności prezentować nie może. „Brylował” w niej zaś Bafetimbi Gomis, który nie był nawet w stanie skierować piłki do pustej bramki i jeżeli nie poprawił skuteczności do niedzieli, to liończycy mogą mieć problem.
Pomimo kontuzji Andre Ayew dołączył do zespołu (fot. skysports.com)
Były zawodnik Saint-Etienne jest obecnie najskuteczniejszym piłkarzem OL, uzbierawszy już trzy trafienia. Dwa ma również Lisandro Lopez, człowiek-symbol obecnej drużyny, ale jego obecność dzisiejszego wieczoru jest wykluczona. Na miesięczny rozbrat z piłką zmusiła go niedawna kontuzja kostki. Jest to jedyne poważne osłabienie piłkarzy ze Stade Gerland, którzy udowodnili, iż bez Argentyńczyka też potrafią wygrywać (2:1 z Dijon w ostatniej kolejce). Dobrą za to nowiną jest powrót do zdrowia Yoanna Gourcuffa. Kupiony rok temu z Bordeaux gwiazdor miał szansę po raz pierwszy w tegorocznych rozgrywkach znaleźć się w meczowym składzie i wspomóc kolegów w jakże ważnym pojedynku, w którym wygrana da przodownictwo w tabeli Ligue 1. Remi Garde zdecydował jednak inaczej i reprezentant Francji dzisiejszy pojedynek obejrzy jeszcze z wysokości trybun.
Po stronie strat w Marsylii przed dzisiejszą grą zaliczyć trzeba na pewno nieobecność Nicolasa Nkoulou, zawieszonego na trzy mecze za brutalne zachowanie w spotkaniu z Saint-Etienne. Sprowadzony z Monaco piłkarz od razu stał się istotnym punktem środka defensywy „Les Phoceens”, co pokazał w meczu z Olympiakosem. Jego obecność ponownie pomogła zachować czyste konto z tyłu. Również znaczne osłabienia dotknęły ekipę Deschampsa w ataku. Z kontuzją pachwiny zmaga się utalentowany reprezentant Ghany, Andre Ayew (choć do składu się załapał), a w osiemnastce nie znalazł się, również z powodu kontuzji, Andre-Pierre Gignac.
Pojedynki Lyonu z Marsylią za każdym razem zapowiadają się emocjonująco, z gradem bramek w roli głównej. W ostatnich dwóch sezonach na Stade Gerland padło 15 goli, z czego aż dziesięć w pamiętnym remisie z 2009 roku. Przed rokiem lepsi okazali się gospodarze, którzy choć stracili dwubramkowe prowadzenie, na osiem minut przed końcem zdołali uzyskać zwycięskie trafienie. W historii wizyt marsylczyków w dolinie Rodanu (było ich 41) tylko sześć z nich zakończyło się wywiezieniem kompletu punktów, za to najpopularniejszym wynikiem jest rezultat nierozstrzygnięty, który zdarzył się aż 18 razy. Gdy dodać do tego, że ostatnia wygrana gości zdarzyła się w listopadzie 2007 roku, a obecnie „Les Gones” kontynuują fantastyczną serię 17 spotkań bez porażki u siebie, to nie trudno wskazać dzisiejszego faworyta, czyli remis.
Remis, który nie będzie miał jednak nic wspólnego z nudnym kalkulowaniem, by nie przegrać, ale z trzymającym do ostatnich minut thrillerem, którego scenariusz będzie zmieniał się z sekundy na sekundę. Nikt nie zamierza odpuszczać czy odstawiać nogi, bo wygrana w takim meczu to nieoceniona dawka mobilizacji na dalszy ciąg walki o mistrzowski tytuł.
Zapowiada się bardzo ciekawe spotkanie zresztą
które pomiędzy tymi drużynami taki nie było;) Ja
myślę że będzie remis, wg mnie najsprawiedliwszy
wynik!
Dodaj komentarz
Choć za największy klasyk na francuskich ziemiach uznaje się pojedynek stołecznego Paris Saint-Germain z Marsylią, choć najgorętsze derby odbywają się w dolinie Rodanu, to jednak gdy na pierwszy plan wysuwa się bitwa dwóch Olympique’ów, emocje, a przede wszystkim bramki, są gwarantowane. Marsylia po raz 41. w historii ligi przyjeżdża do Lyonu.
Niedziela, godzina 21:00, Stade de Gerland. O tym czasie i w tym miejscu rozpocznie się wielka bitwa zespołów o miano najlepszego „Olympique” we Francji. Jasne było przed sezonem, że walka ta wzbudzać będzie wielkie emocje i stawka będzie olbrzymia, ale nikt nie spodziewał się, iż rozdźwięk w tabeli będzie przy tej okazji tak znaczny.
Tylko fatalna skuteczność Gomisa nie pozwoliła wygrać z Ajaksem (fot. football365.fr)
Dla Olympique Marsylia mecz z wielkim rywalem przyszedł w bardzo trudnym momencie. „Les Phoceens” jako jedyni spośród faworytów do mistrzostwa (jeśli nie włączać do tego grona Bordeaux) zaliczyli porządny falstart. W pierwszych pięciu kolejkach nie wygrali ani jednego spotkania i uzbierali tylko trzy punkty, przegrywając kluczowe pojedynki z Rennes i Lille, czyli zespołami ze ścisłej czołówki. Jeśli wziąć pod uwagę wyniki wczorajszych, inaugurujących 6. kolejkę meczów, to OM znajduje się obecnie na przedostatnim miejscu w lidze, wyprzedzając tylko bardzo słabe Nancy o jeden punkt. Gorzej być nie mogło, a niewiele wskazuje, że będzie lepiej…
– Potrzebne jest nam zwycięstwo – takie antidotum na wszystkie sezonowe problemy widzieli i trener Didier Deschamps, i wszyscy jego podopieczni. Trudno się nie zgodzić, bo oglądając mecze OM można odnieść wrażenie, że prezentowany poziom nie przekłada się zupełnie na osiągane rezultaty. Jakość jest, zarówno w obronie, jak i ofensywie, a punktów jak nie było, tak nie ma. Remisy z Sochaux, Auxerre, Saint-Etienne chluby nie przynoszą, tym bardziej że w dwóch pierwszych pojedynkach marsylczycy dali sobie wydrzeć pewne wygrane.
Zwycięstwo jest zatem potrzebne od zaraz. Życzenie spełniło się w minionym tygodniu w najmniej spodziewanym momencie. Co prawda wicemistrz Francji, wybierając się do Pireusu, zapowiadał szumnie, że liczą się tylko trzy punkty, lecz kto realnie myślał, iż w takim stanie da się wywieźć z gorącej Grecji korzystny rezultat. A jednak. Marsylia pokazała futbol dojrzalszy, rozsądniejszy i skuteczniejszy. Efektem stało się jednobramkowe zwycięstwo. Piękną akcję zainicjował sprowadzony z Lorient lewy obrońca, Jeremy Morel i dograł płaską piłkę idealnie na nogę Lucho Gonzaleza, z którym w Prowansji już miano się żegnać. Na tapecie były przecież takie kluby jak Roma czy Arsenal. Zwycięstwo ważne i zwycięstwo zasłużone. Czy wpłynie ono jednak na postawę w lidze? W końcu czeka ich niebywale trudny rywal, choć przedsezonowe przewidywania mówiły zupełnie coś innego…
O metamorfozach i dość zaskakujących przygotowaniach do sezonu (brak znaczących ruchów transferowych, nie licząc sprzedaży ważnych piłkarzy) Olympique Lyon pisaliśmy jeszcze latem. Co prawda mówiło się potem o istotnych wzmocnieniach zespołu (Marvin Martin z Sochaux czy Jaroslav Plasil z Bordeaux), jednak żadne z nich nie doszło do skutku. „Les Gones” przystąpili zatem do tegorocznych rozgrywek w bardzo podobnym składzie jak w zeszłym, bardzo słabym sezonie, a mimo to przed tą kolejką byli wiceliderami Ligue 1.
Najważniejsza zmiana dokonała się nad Rodanem na ławce trenerskiej. Pożegnano się po trzyletniej, wyjątkowo nieudanej przygodzie z Claudem Puelem (to on jako pierwszy od ośmiu lat nie był w stanie ugrać z klubem ani jednego mistrzostwa Francji, a jedynym sukcesem był awans do półfinału Ligi Mistrzów) i zaufano nowemu, świeżemu w tym fachu człowiekowi, czyli Remiemu Garde’owi. Dla wieloletniego piłkarza Lyonu jest to pierwsza praca na pozycji trenera pierwszego zespołu, zaufano zatem żółtodziobowi. Efekt: trzy wygrane, dwa remisy i ani jednej porażki (ostatni klub we Francji), co pozwala uplasować się na wspomnianym podium z drużyną, której nie wróżono niczego spektakularnego.
Lyon, podobnie jak imiennik z Prowansji, jest również po pierwszym starciu w tegorocznej Lidze Mistrzów, w której występuje nieprzerwanie od 12 lat. Na pierwszy ogień trafił się mistrz Holandii, Ajax Amsterdam, i można by stwierdzić, że bezbramkowy rezultat to bardzo dobre osiągnięcie. Patrząc jednak na szanse, jakie stworzyli sobie „Les Gones”, to rwać można było sobie włosy, gdyż tak klasowa drużyna takiej skuteczności prezentować nie może. „Brylował” w niej zaś Bafetimbi Gomis, który nie był nawet w stanie skierować piłki do pustej bramki i jeżeli nie poprawił skuteczności do niedzieli, to liończycy mogą mieć problem.
Pomimo kontuzji Andre Ayew dołączył do zespołu (fot. skysports.com)
Były zawodnik Saint-Etienne jest obecnie najskuteczniejszym piłkarzem OL, uzbierawszy już trzy trafienia. Dwa ma również Lisandro Lopez, człowiek-symbol obecnej drużyny, ale jego obecność dzisiejszego wieczoru jest wykluczona. Na miesięczny rozbrat z piłką zmusiła go niedawna kontuzja kostki. Jest to jedyne poważne osłabienie piłkarzy ze Stade Gerland, którzy udowodnili, iż bez Argentyńczyka też potrafią wygrywać (2:1 z Dijon w ostatniej kolejce). Dobrą za to nowiną jest powrót do zdrowia Yoanna Gourcuffa. Kupiony rok temu z Bordeaux gwiazdor miał szansę po raz pierwszy w tegorocznych rozgrywkach znaleźć się w meczowym składzie i wspomóc kolegów w jakże ważnym pojedynku, w którym wygrana da przodownictwo w tabeli Ligue 1. Remi Garde zdecydował jednak inaczej i reprezentant Francji dzisiejszy pojedynek obejrzy jeszcze z wysokości trybun.
Po stronie strat w Marsylii przed dzisiejszą grą zaliczyć trzeba na pewno nieobecność Nicolasa Nkoulou, zawieszonego na trzy mecze za brutalne zachowanie w spotkaniu z Saint-Etienne. Sprowadzony z Monaco piłkarz od razu stał się istotnym punktem środka defensywy „Les Phoceens”, co pokazał w meczu z Olympiakosem. Jego obecność ponownie pomogła zachować czyste konto z tyłu. Również znaczne osłabienia dotknęły ekipę Deschampsa w ataku. Z kontuzją pachwiny zmaga się utalentowany reprezentant Ghany, Andre Ayew (choć do składu się załapał), a w osiemnastce nie znalazł się, również z powodu kontuzji, Andre-Pierre Gignac.
Pojedynki Lyonu z Marsylią za każdym razem zapowiadają się emocjonująco, z gradem bramek w roli głównej. W ostatnich dwóch sezonach na Stade Gerland padło 15 goli, z czego aż dziesięć w pamiętnym remisie z 2009 roku. Przed rokiem lepsi okazali się gospodarze, którzy choć stracili dwubramkowe prowadzenie, na osiem minut przed końcem zdołali uzyskać zwycięskie trafienie. W historii wizyt marsylczyków w dolinie Rodanu (było ich 41) tylko sześć z nich zakończyło się wywiezieniem kompletu punktów, za to najpopularniejszym wynikiem jest rezultat nierozstrzygnięty, który zdarzył się aż 18 razy. Gdy dodać do tego, że ostatnia wygrana gości zdarzyła się w listopadzie 2007 roku, a obecnie „Les Gones” kontynuują fantastyczną serię 17 spotkań bez porażki u siebie, to nie trudno wskazać dzisiejszego faworyta, czyli remis.
Remis, który nie będzie miał jednak nic wspólnego z nudnym kalkulowaniem, by nie przegrać, ale z trzymającym do ostatnich minut thrillerem, którego scenariusz będzie zmieniał się z sekundy na sekundę. Nikt nie zamierza odpuszczać czy odstawiać nogi, bo wygrana w takim meczu to nieoceniona dawka mobilizacji na dalszy ciąg walki o mistrzowski tytuł.