Osiem bramek i cała masa emocji stały za treść hitowego pojedynku Lyonu z Paris Saint-Germain. Strzelaninę rozpoczęli goście ze stolicy, ale później dwukrotnie przegrywali różnicą dwóch bramek. Remis uratowali w ostatnich sekundach meczu.
Mecz pomiędzy Lyonem a Paris Saint-Germain bez wątpienia był najlepiej zapowiadającą się konfrontacją 25. kolejki Ligue 1. Niedawny dominator francuskich rozgrywek podejmował na swoim obiekcie pretendujących do tego miana paryżan. Nieistotne było to, że liończycy byli w ostatnim czasie w dołku (dwie porażki w lidze z Caen i Bordeaux), bo takie mecze wywołują dodatkową porcję energii i motywacji. Od kiedy PSG zostało przejęte przez Katarczyków, a ich skład przypomina drużynę marzeń, to każdy pragnie okraść je z punktów. Tym bardziej że OL liczył na rewanż za dotkliwą porażkę 0:2 na Parc des Princes.

Kibice, którzy przybyli tego wieczoru na Stade de Gerland, nie żałowali na pewno poświęconego czasu. Jak wspaniałe i prestiżowe drużyny się spotkały, pokazała już pierwsza odsłona – intensywniejszej gry trudno było sobie życzyć. Choć pierwszy strzał na bramkę oddali gospodarze (uderzenie Bafetimbiego Gomisa z wielkim trudem nad poprzeczką przeniósł Sirigu), to jednak podopieczni Carlo Ancelottiego znacznie lepiej radzili sobie z operowaniem piłką, bardzo śmiało poczynając sobie w polu karnym „Les Gones”. Co prawda, strzał głową Javiera Pastore po dośrodkowaniu Jalleta końcówkami palców wybił Hugo Lloris, ale przy próbie Hoarau golkiper był już bez szans. W 21. minucie Jeremy Menez bardzo sprytnie zagrał piłkę z rzutu wolnego do niepilnowanego na 13. metrze napastnika, a ten strzałem tuż przy słupku zaskoczył zasłoniętego bramkarza.
Wydawało się, iż przewaga przyjezdnych z minuty na minutę będzie rosła, a kolejne trafienie są tylko kwestią czasu. Potwierdziły to okazje Guillaume’a Hoarau, który przestrzelił w sytuacji oko w oko z Llorisem, i Alexa. Brazylijczyk podobnie jak przed tygodniem był bliski zdobycia gola z rzutu wolnego, lecz tym razem kąt był zbyt ostry, a pierwszy bramkarz reprezentacji Francji zachował się bez zarzutu.

Boiskowe wydarzenia odwróciły się jednak o 180 stopni w ciągu następnych dziesięciu minut. Znak do ataku dał Gomis. To on cudownym uderzeniem z woleja po pięknym podaniu Kima Källströma pokonał włoskiego golkipera. Fani nie zdołali się jeszcze zachwycić pierwszym trafieniem, a już nastąpiły kolejne równie wspaniałej lub większej urody. Podrażnione PSG ruszyło do ataków i już przy pierwszej okazji nadziało się na kontrę, przy której genialną asystę zaliczył Michel Bastos (prezentujący tego wieczoru nową fryzurę pozbawioną wszelkich włosów), a właściwym dotknięciem piłki na dłuższym słupku popisał się Lisandro Lopez.













