W pojedynku pomiędzy Polonią Warszawa, która jest jednym z pretendentów do tytułu mistrza Polski, a Polonią Bytom zdecydowanym faworytem byli gospodarze. Jednak ligowy debiut Pawła Janasa na stanowisku szkoleniowca „Czarnych Koszul” nie był udany. Faworyt nie potrafił pokonać bytomian, a mecz ostatecznie zakończył się remisem 2:2.
Pojedynek pomiędzy dwoma Poloniami rozpoczął się od ataku zespołu ze stolicy. Już pierwsza akcja wywołała prawdziwą euforię na trybunach, a gola na raty strzelił Artur Sobiech. Były napastnik Ruchu trzykrotnie uderzał na bramkę gości, najpierw skutecznie interweniował Gąsiński, później piłka wylądowała na poprzeczce i dopiero trzecia próba reprezentanta Polski znalazła drogę do siatki. Kilka chwil później lewym skrzydłem popędził Dariusz Jarecki. Pomocnik bytomian popisał się celnym dośrodkowaniem do nadbiegającego Mariusza Ujka, a ten silnym strzałem głową pewnie umieścił piłkę w siatce. W efekcie już po pięciu minutach na stadionie przy ulicy Konwiktorskiej oglądaliśmy dwie bramki.

Już w 12. minucie spotkania Paweł Janas był zmuszony dokonać pierwszej korekty w składzie. Kontuzjowanego Radka Mynara zastąpił Jakub Tosik. Tuż po tej zmianie piłkarze Polonii Bytom wykonywali rzut wolny po faulu na Jareckim. Do piłki podszedł Kobylik, który dośrodkował w okolice piątego metra od bramki Przyrowskiego. Golkiper warszawiaków próbował wybić futbolówkę, ale ta odbiła się od ręki piłkarza bytomian i minęła bramkarza „Czarnych Koszul”, a do pustej bramki wepchnął ją Michał Hanek. Po kwadransie Polonia Bytom niespodziewanie prowadziła w Warszawie z kandydatem do tytułu mistrza Polski 2:1.
W kolejnych minutach meczu byliśmy świadkami kilku kontrowersyjnych sytuacji. Najpierw w dogodnej sytuacji znalazł się Ebi Smolarek. Wydawało się, że pomocnik „Czarnych koszul” był faulowany przez Gąsińskiego, lecz sędzia boczny uniósł chorągiewkę, sygnalizując spalonego, mimo że powtórki wyraźnie pokazały, że Smolarek był na równi z bytomskimi defensorami. Następnie Artur Sobiech brutalnie potraktował Kobylika. Arbiter nie zauważył jednak uderzenia łokciem strzelca pierwszej bramki, a to zagranie mogło kwalifikować się nawet na czerwoną kartkę.
W 41. minucie doczekaliśmy się indywidualnej akcji Janusza Gancarczyka, godnej największych stadionów świata. Szarżujący po prawej stronie boiska pomocnik gospodarzy wpadł z piłką w pole karne, minął dwóch obrońców, a następnie zbiegł do środka i sprytnym strzałem pokonał Gąsińskiego. Do końca pierwszej połowy podopieczni Pawła Janasa szukali kolejnej bramki, lecz żadna z akcji nie zakończyła się powodzeniem, a więc do przerwy mieliśmy wynik 2:2.












