„Veni, vidi, vici.” – tak spotkanie Lech Poznań – Zagłębie Lubin skomentował trener gości Czesław Michniewicz. Po niezłej postawie piłkarze z Lubina, pokonali dwoma bramkami znajdującego się w kiepskiej dyspozycji Kolejorza.
Miniony weekend w Poznaniu zdominowały dwa wydarzenia. Pierwsze to niedzielne otwarcie nowego skrzydła centrum handlowo-kulturalnego „Stary Browar”, w którym główne udziały ma Grażyna Kulczyk. Drugie to inauguracja ligowej wiosny w stolicy Wielkopolski, czyli przyjazd zaprzyjaźnionego z Lechem – Zagłębia Lubin.

O spotkaniu było głośno, jeszcze na długo przed pierwszym gwizdkiem arbitra. Nie tylko z powodu, że naprzeciwko siebie stawały dwie wyrównane drużyny, mające walczyć w tym sezonie o europejskie puchary. Niedlatego, że zastanawiano się czy po rozbudowie stadionu na Bułgarskiej będzie komplet. Wszystko przyćmił pojedynek trenerski Czesław Michniewicz – Franciszek Smuda, gdyż obaj szkoleniowcy przed sezonem „zamienili” się klubami. Popularny „Franz” jest bardzo szanowany przez kibiców Zagłębia, zwłaszcza, że w poprzednim sezonie doprowadził ten zespół do trzeciego miejsca w lidze. Żeby tego było mało, to w Poznaniu podobną estymą cieszy się Michniewicz, pamiętany jako zdobywca Pucharu i Superpucharu Polski z niezbyt mocną wtedy jedenastką Kolejorza.
Spotkanie miało być wyrównane i takie było, szkoda, że tylko do 30 minuty pierwszej połowy. Lech zaczął pierwszy kwadrans z impetem, stwarzał okazje bramkowe, brakowało jednak kropki nad przysłowiowym „i” jak chociażby przy strzale Piotra Reissa w poprzeczkę. Zagłębie grało mądrze i sytuacja wyglądała tak, jakby piłkarze z Lubina dali się „wyszaleć” rywalom. Taktyka przyniosła sukces już w pierwszej połowie, kiedy to po pięknym dośrodkowaniu Macieja Iwańskiego z rzutu wolnego, bramkę głową zdobył Michał Stasiak. „Chcieliśmy stwarzać okazje ze stałych fragmentów gry, co się udało” mówił po meczu Michniewicz.
Kibice Lecha przyzwyczajeni do odrabiania strat jak to miało miejsce w poprzedniej rundzie, wierzyli w poprawę sytuacji w drugiej odsłonie. Rzeczywistość okazała się zgoła inna, co raz śmielej poczynało sobie Zagłębie. Szczególnie dobry mecz – rozgrywał trójkąt Chałbiński – Iwański – Łobodziński. W 78 minucie wynik ustalił Chałbiński, kiedy to obsłużony przez Iwańskiego, wyszedł na pozycję sam na sam z Krzysztofem Kotorowskim. Jeden z najlepszych strzelców naszej ligi, takich okazji nie marnuje, dzięki czemu jego dorobek bramkowy w tym sezonie to już 9 goli. W końcówce gospodarze próbowali odmienić losy meczu, ale najlepsza okazję na zmianę rezultatu miał zespół „miedziowych”. Dosyć kontrowersyjną jedenastkę podyktował sędzia Jacek Granat, ale kapitan przyjezdnych Andrzej Szczypkowski uderzył obok bramki.












