Mateusz Wdowiak to uznana marka na polskich boiskach, ale też, co należy podkreślić – piłkarz z łatką wiecznego młodego talentu, często cechujący się sporą nieregularnością. Niestety, zeszłego roku, gdy wydawało się, że w końcu zacznie się to zmieniać, coraz lepiej rokującą w tamtym momencie karierę własnego wychowanka gwałtownie zatrzymał macierzysty klub, zsyłając go do rezerw z powodu spraw kontraktowych. Swoje „drugie życie” próbuje rozpocząć w zasadniczo najlepszym miejscu do odbudowy.
Kiedy wiadomo było, że nić porozumienia między „Wdówką” a „Pasami” będzie niemożliwa do osiągnięcia, 25-letni skrzydłowy zaczął stanowić niezły kąsek na polskim rynku transferowym. Dużo mówiło się o angażu zawodnika w Lechu Poznań, a zainteresowanie miały przejawiać także Lechia Gdańsk i Pogoń Szczecin.
W tym gronie dla wielu najmniej prawdopodobną opcją pozostawał Raków Częstochowa. A jednak – wybór padł na ówczesnego wicelidera ekstraklasy. „Czerwono-niebiescy” jeszcze zimą po cichu podpisali z Wdowiakiem trzyletni kontrakt od lipca, a później (lekko zniecierpliwieni przedłużającymi się rozprawami o rozwiązanie starej umowy w sądzie PZPN) za wdowi grosz przyspieszyli transfer gracza „Craxy”. Początki pod Jasną Górą, podobnie jak i końce pod Wawelem, nie należały do najłatwiejszych.
Mateusz Wdowiak i Raków Częstochowa – związek dojrzewający
Perspektywy na to, że głęboko schowanemu przez Michała Probierza Mateuszowi Wdowiakowi wiosną będzie dane przynajmniej godnie się pożegnać z drużyną ze „świętej ziemi”, były żadne. Nic więc dziwnego, że władze Rakowa postanowiły nie zwlekać i nie pozwoliły, aby przez kolejne dni, tygodnie oraz miesiące jego potencjał był blokowany na czwartym poziomie rozgrywkowym. Toksyczny związek trzeba było przerwać jak najszybciej. Jako, że w przeszłości przed rozwinięciem skrzydeł, Wdowiak musiał się ograć w Sandecji Nowy Sącz, to w Rakowie też doszli do wniosku, aby podarować sobie i piłkarzowi więcej czasu, żeby zaiskrzyło.
Krakowianin zadebiutował tydzień po przyjściu na drugą stronę wyżyny, a po miesiącu pierwszy raz wybiegł w podstawowej jedenastce, w meczu półfinałowym krajowego pucharu z… Cracoviż. Nie tylko w Częstochowie liczyli, że Mateusz Wdowiak zdoła szybko o sobie przypomnieć władzom klubu ze stadionu przy ulicy Józefa Kałuży, ale ten zanotował raczej kolejny bezbarwny występ. Było wówczas wiadomo, że po ostatnich nieprzyjemnych przeżyciach ta runda będzie przeznaczona bardziej na okrzepnięcie 25-latka w zespole aniżeli wniesienie dodatniej wartości i pomoc w osiągnięciu celów od zaraz.











