Gdy wydawało się, że Warta Poznań nie znajdzie drugiego takiego napastnika jak Adam Zrelak, pojawił się on, Marton Eppel. Jak typowy transfer „Zielonych” Węgier był do odgruzowania, i to takiego solidnego. Jednak zaskakująco szybko stał się ważną postacią Warty, a nawet zaczął strzelać, i co bardzo ważne dla Dawida Szulczka, niesamowicie dużo pracować na boisku dla drużyny.
Marton Eppel trochę z przypadku trafił do Warty. Poważnej kontuzji doznał Adam Zrelak, a jego zmiennik Dario Vizinger nie porywał. Druga sprawa jest taka, że Szulczek widzi w Chorwacie bardziej podwieszonego napastnika. To ma być jego pozycja docelowa. W ataku panowało jednak bezkrólewie. „Zieloni” nigdy nie imponowali ofensywą, ale stali się wyjątkowo jałowi pod nieobecność Zrelaka. Przyjście Eppela dało nowe możliwości i oddech czegoś nowego.
Marton Eppel musi wczuć się w rolę
Napastnik w Warcie Poznań to ktoś więcej niż człowiek od strzelania bramek. Dawid Szulczek oczekuje od każdego piłkarza po prostu harówki. Trochę jak u Marka Papszuna napastnik jest pierwszym obrońcą. Tylko z taką różnicą, że w Rakowie napastnik zawsze będzie miał chociaż jedną akcję bramkową w meczu. W Warcie pracujesz, ale często bez wzajemności. Taka jest jednak taktyka i sposób gry, aby jak najbardziej utrudniać i obrzydzać grę rywalowi. Albo się dostosujesz, albo szukaj innego klubu.
Nie bez przyczyny Adam Zrelak miał trzeci wynik udanych odbiorów wśród napastników w poprzednim sezonie czy był w samej czołówce pod względem pojedynków, tych powietrznych również. Napastnik w Warcie musi być przyzwyczajony i nastawiony na walkę. W takiej grze świetnie odnajdywał się Słowak.
To typ walczaka, a na przykład nie poradził sobie Enis Destan, który był uznawany za supertalent w Turcji. Wygląda na to, że Marton Eppel też jest do tej roli stworzony. Warta Poznań przedstawiając go, określiła go jako typową „dziewiątkę”, której brakowało w klubie. Widać, że taki gość był potrzebny.
Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana
Warta Poznań lubi odgruzowywać zawodników. Trochę z konieczności i przez ograniczone możliwości finansowe musi to robić, ale jak widać, skutecznie jej się to udaje. Wydawało się jednak, że ściągnięcie Węgra to już lekka przesada. Podpisano go dopiero 20 października, a od lipca był bez klubu. Totalnie bez rytmu meczowego i z kolejnym nieudanym sezonem. Można rzec, że „Zieloni” poszli na całość, a ryzykowali całkiem dużo.











