W dzisiejszych spotkaniach francuskiej Ligue 1 tylko mistrz Francji, Olympique Marsylia, skompletował trzy punkty, dotrzymując tym samym kroku liderowi. W przeciwieństwie do Lyonu, który w dramatycznych okolicznościach zremisował z Niceą. Trzecim meczem był pojedynek Saint-Etienne z Valenciennes, w którym każdy z zespołów zdobył po bramce.
Marsylia szczęśliwie, ale wygrywa
Trudno powiedzieć, że dziś na stadionie Feliksa Bollaerta wygrał lepszy zespół. OM wykorzystało tylko jedną okazję, która pozwoliła mu na wywiezienie z gorącego terenu kompletu jakże ważnych punktów. Początek meczu nie był wielkim widowiskiem piłkarskim. Obie drużyny z trudnością potrafiły sklecić kilka dokładnych podań, a cóż mówić o podbramkowych sytuacjach. Strzały Kangi Akale dla Lens oraz Mathieu Valbueny dla Marsylii nie mogły zaskoczyć golkiperów dzisiejszego spotkania.

Na pierwszą interesującą akcję czekać trzeba było aż do 34. minuty. Wielka szansa dla gospodarzy wynikała jednak nie z ich przemyślanych działań, lecz pomyłki Steve’a Mandandy. Bramkarz „Les Phoceens” minął się z piłką, którą potem uderzył Eduardo. Trafiła on jednak tylko w poprzeczkę. Kilka następnych minut należały do przyjezdnych. Najpierw dość przypadkowo w sytuacji sam na sam z Vedranem Runje znalazł się Loic Remy, ale reprezentant Francji po raz pierwszy tego wieczoru udowodnił, że to nie był jego dzień. Potem świetnie w polu karnym zachował się Lucho Gonazalez, obracając się przy przyjęciu piłki i natychmiast uderzył, tylko że wprost w bramkarza. Przed przerwą zdołali odpowiedzieć jeszcze rywale. W 41. minucie wyśmienitą okazję zmarnował Issam Jemaa, gdy z bliskiej odległości uderzał głową na bramkę Marsylii. Cudowną paradę w tej sytuacji popisał się Mandanda.
Po przerwie niespodziewanie to podopieczni Laszlo Boloniego przejęli inicjatywę. Nie była to może przygniatająca przewaga, lecz z każdą minutą robiło się goręcej w „szesnastce” gości, a piłkarze Didiera Deschampsa nie byli w stanie niczego skonstruować po przeciwnej stronie boiska. Lens udokumentowało ten stan rzeczy strzałami Adila Hermacha oraz Sebastiana Roudeta. Niestety dla zebranych tłumnie kibiców, wpierw świetnie bronił golkiper Marsylii, a potem francuski pomocnik gospodarzy nie trafił czysto w futbolówkę i ta minęła słupek bramki. Gol dla „Złocisto-krwistych” wisiał w powietrzu, brakowało tylko skuteczności w polu karnym rywali.
Niespodziewanie jednak właśnie wtedy swoją szansę wykorzystali marsylczycy, a właściwie był to przebłysk geniuszu trzech piłkarzy przebywających wtedy na boisku. Akcję rozpoczął na lewym skrzydle wprowadzony niedużo wcześniej Andre-Pierre Gignac (trzeba przyznać, iż dał on wyjątkowo dobrą zmianę). Kadrowicz Laurenta Blanca zgrał w pole karne do Lucho, a Argentyńczyk lekko naprowadził piłkę do lepiej ustawionego Benoit Cheyrou. Środkowy pomocnik zamarkował strzał lewą nogę i następnie uderzył technicznie swoją gorszą, czyli prawą. Strzał był bardzo precyzyjny i co najważniejsze, przeciw stopom stojącego jak wryty chorwackiego bramkarza Lens.











