Marcin Garuch: „Chłopcy nie zdają sobie sprawy, że chwila na boisku może zmienić ich życie” (WYWIAD)


Od piłkarskich trudów i początków, przez rozmowy o charakterze i życiu, po trenerskie i piłkarskie doświadczenia - Marcin Garuch, piłkarz Miedzi Legnica

20 lutego 2020 Marcin Garuch: „Chłopcy nie zdają sobie sprawy, że chwila na boisku może zmienić ich życie” (WYWIAD)
iGol.pl

Po boiskach w różnych zakątkach świata biegają piłkarze, na których wystarczy rzucić tylko jedno spojrzenie, by ich dobrze zapamiętać. Niewątpliwie jednym z nich jest 31-letni Marcin Garuch, który swego czasu zasłynął w mediach jako najniższy profesjonalny zawodnik w Europie. Można by rzec, że to człowiek mający w sercu jeden klub, bo właśnie w nim się wychował, a później spędził kilkanaście lat, licząc aż do dzisiaj. Nie zabrakło jednak w jego (wciąż aktywnej zresztą) karierze również innych ciekawych doświadczeń. Na czele choćby z piłkarskim epizodem w Czarnogórze czy obecnie pracą w roli trenera koordynatora U-5–U-9 w akademii Miedzi Legnica.


Udostępnij na Udostępnij na

Jak Marcin Garuch wspomina swoje początki z piłką nożną? Jak wyglądało jego przejście z poziomu juniora do seniora? Co by zmienił, gdyby mógł cofnąć czas? Czego niezwykłego doświadczył w Czarnogórze i jaka jest jego diagnoza dotycząca szkolenia piłkarzy w Polsce? O tym (i nie tylko) w poniższej rozmowie, która jest drogą od zagadnień z kariery piłkarza, przez kwestie psychologiczne, po problematykę szkolenia w akademii. Przed Państwem sporych rozmiarów (licząca 6 tys. słów) lektura.

Na wstępie opowiedz mi o momencie, w którym narodziła się w tobie pasja do piłki nożnej. To ważne pod tym kątem, że później będę nawiązywał do twojego wzrostu, do którego – sam przyznasz – nie da się nie nawiązywać (śmiech).
Tak, nie da się (śmiech). Piłka towarzyszyła mi od samych narodzin, bo cała moja rodzina funkcjonowała w tym sporcie na poziomie lokalnym. Mój tata został w młodym wieku prezesem klubu, więc na swój pierwszy wyjazdowy mecz w życiu wyjechałem w momencie, gdy miałem dwa lata. Z tatą, który wówczas był jeszcze czynnym piłkarzem. Tylko trzeba pamiętać, że kiedyś były inne czasy. Panowała rodzinna atmosfera… Nie było więc żadnego problemu, żeby taki mały chłopczyk jak ja pojechał gdzieś z dala od domu. Ale nawet gdy miałem opiekę, moja mama była przerażona. Rodzice zawsze mi opowiadali, że piłkę miałem przyklejoną do nogi.

A kiedy pojawiła się u ciebie taka myśl, żeby piłkę zacząć traktować bardziej profesjonalnie? Nie tylko
jako pasję i formę zabawy czy rekreacji.
Pamiętam, że tata założył dla nas drużynę trampkarzy w Tyńcu Legnickim. Miałem wtedy 8 lat, ale to wciąż była czysta pasja. Kochaliśmy grać w piłkę wspólnie z kolegami i tak naprawdę nawet, gdy w wieku 16 lat
przechodziłem do akademii Miedzi, nie myślałem, że mogę zostać profesjonalistą. Zawsze dawałem z siebie 100%, ale dlatego, że kochałem to robić. Potem wszystko przyszło naturalnie.

A czy przez czynnik wzrostu miałeś takie wrażenie, że musiałeś pracować dwa razy ciężej niż inni?

W drużynach juniorskim ta różnica się jeszcze zamazywała. To, że byłem niższy, potrafiłem nadrobić siłą i budową ciała. Tego nie było aż tak widać do momentu, kiedy mogłem przejść już na poziom seniorski. Wtedy ludzie czy trenerzy dookoła obawiali się, że przeskok będzie dla mnie za duży. Ale powiem tak: granie z seniorami w Miedzi nie było dla mnie problemem, bo w wieku 15 lat grywałem ze starszymi w A-
klasie czy B-klasie. To mnie mobilizowało, bo widziałem, że mogę sobie poradzić.

Twoim zdaniem ta przysłowiowa B-klasa, zresztą dzisiaj często wyśmiewana, daje wartościowe doświadczenia na przyszłość?

Na pewno tak. Jako wątły 15-latek byłem tak zarażoną piłką, że nawet sam szedłem zrobić badania lekarskie potrzebne do grania od 16. roku życia. Tak bardzo tego chciałem i to było coś wielkiego. Nawet grając w swoim pierwszym klubie, czyli Tyńcu Legnickim, czułem, że to dla mnie pewnego rodzaju nobilitacja. Robiłem wszystko, żeby grać. Później wiedziałem, że jeśli tam dawałem radę, to w Miedzi również sobie poradzę.

Z tego, co mówisz, wydaje się, że wszystko przebiegało bardzo pozytywnie. Ale też domyślam się, że
schody mogły zacząć się przy przejściu z poziomu juniorskiego na seniorski. Jak on u ciebie wyglądał?

O sam proces treningowy się nie bałem. Natomiast przechodząc do pierwszej drużyny Miedzi, musiałem pokazać swoją wartość, by zostać zaakceptowanym. W dodatku u mnie proces przejścia do seniorów na stałe przedłużał się, bo trenerzy obawiali się dać szansę takiemu chłopakowi. Na szczęście w końcu do tego doszło. Każdy piłkarz przeżywa upadki czy gorsze chwile. Ale boisko zawsze było moim bezpiecznym miejscem. Tam czułem się ze swoim wzrostem komfortowo. Wiadomo, jacy byli kiedyś kibice… Każdemu meczowi towarzyszyły zgrzyty z nimi. Kiedy mieli okazję się z kogoś pośmiać, po prostu to robili. Ale dla mnie to była
ich słabość. Oni nie mogli wejść na boisko i grać z nami, walczyć na płaszczyźnie sportowej.

Jeśli chodzi o samo boisko, nawet jeśli były jakieś niemiłe sytuacje między zawodnikami, to wydaje mi się, że będąc
człowiekiem kontaktowym, potrafiłem z każdym przybić piątkę i uniknąć większego nieporozumienia. Niemiłe momenty jeśli były, to znikały bardzo szybko. Natomiast kibice z każdym moim meczem akceptowali mnie coraz bardziej. Byli może nawet dumni, że taki chłopak pojawił się w polskiej piłce i że potrafi sobie poradzić. Nawet pamiętając mecze, w których początki były naprawdę trudne, bo „szydera” była ogromna, to po meczu i tak otrzymywałem oklaski. Co więcej, kibice drużyny przeciwnej potrafili docenić moje zaangażowanie i umiejętności na boisku.

Ta szydera zewsząd niewątpliwie cię wzmocniła.

To był taki bodziec, który na wstępie każdego meczu dodawał mi impulsu, żeby wspiąć się ponad własne możliwości. Wydaje mi się, że to był jeden z czynników, który pozwolił mi się rozwijać i wskakiwać na coraz wyższe pułapy. Mam taki charakter, że lubię coś komuś udowadniać, dlatego te mecze mnie nakręcały nawet wtedy, gdy miałem okresy gorszej formy. Mobilizowałem się i chciałem pokazać, że szydercy się mylą.

Mówisz o czynniku, który ci pomógł. Powiedz zatem, jak ważny był dla ciebie inny czynnik, czyli grono
ludzi, które cię otaczało. Potrafiłbyś wymienić konkretne osoby?

To było mnóstwo osób. To jest też tak, że jeżeli piłkarz nie spotka na swojej drodze trenera, który da mu szansę, może nigdy nie zaistnieć. Taka jest prawda.  Począwszy od rodziców, przez trenerów, po żonę… To oni wszyscy spowodowali, że się rozwinąłem. Sama liczba zawodników, których spotkałem w ciągu kilkunastu lat kariery była znacząca. Świetnych zawodników z fajnym CV… Ich obecność powodowała, że starałem się dojść do ich poziomu. Gdybym miał to podsumować, powiedziałbym, że ludzie wokół nas są najważniejszym czynnikiem, który decyduje, czy robisz ten ruch do przodu, czy nie.

A miałeś może kiedykolwiek chwile słabości czy zawahania, w których powiedziałeś sobie „to może jednak nie dla mnie”?

Nie, nie, w mojej głowie coś takiego się nie pojawiało (śmiech). Każdy inaczej przeżywa wszelkie porażki. Ale nawet jak po meczu jestem sfrustrowany, to po niedługim czasie staram się szukać pozytywów. Wycinam
rzeczy, które wydarzyły się wcześniej i idę dalej. A czy miałem chwile zawahania? Myślę, że w wieku 20 lat, kiedy walczyliśmy z Miedzią o utrzymanie w lidze. Wtedy mieliśmy w składzie wielu młodych zawodników. Ale ostatecznie to doświadczenie nas umocniło, zahartowało. Patrząc na siebie, stwierdzam, że takie przeżycie rzutuje na twoją dalszą odporność na negatywne sytuacje. Dzięki temu, że musiałem uodpornić się na krytykę kibiców, stres, presję i strach przed spadkiem – złych myśli nie było.

Na pewno wiesz, że wielu kibiców, czy może bardziej pseudo-kibiców, bagatelizuje aspekt psychologiczny
u piłkarza. Mówiąc, że np. „oni zarabiają duże pieniądze bez presji, jaką może mieć np. pielęgniarka w
szpitalu za 2 tys. zł miesięcznie”. Tak nie jest.
Pewnie, że nie. Absolutnie bym się z takimi słowami nie zgodził. Lekarze czy pielęgniarki też pracują pod presją. Ci pierwsi, jeżeli są fachowcami w swojej dziedzinie, również zarabiają niezłe pieniądze. Pielęgniarki to akurat skrajny przypadek. Większość zawodów polega na wykonywaniu obowiązków od A do Z w systemie zmianowym. W piłce tego nie ma. Będąc piłkarzem, nie przychodzisz tylko na dwu/trzygodzinny trening. To jest absolutnie nieprawda. Piłkarzem jesteś przez 24 h, tyle pracujesz. Wiadomo, że w tym zawiera się odpoczynek i czas spędzony w domu, ale to też jest część tej pracy.

Tak naprawdę każde święta, każde weekendy wiążą się z pracą. Będąc ojcem, nie możesz wziąć wolnych dni na opiekę nad dzieckiem, bo wypadasz z treningu i składu. Ludzie nie mają o tym pojęcia, nie zdają sobie sprawy, że okres grania dla piłkarzy to kilkanaście lat. Kiedy kończysz karierę, np. w wieku 37 lat, nie pracujesz w żadnym zawodzie, najczęściej nie masz lepszego wykształcenia i zaczynasz od zera. To przejście nie jest takie proste i po okresie gry w piłkę wielu nie zarabia tyle samo, tylko zdecydowanie mniej. To czeka każdego z nas i jeśli jeszcze podczas kariery nie myślimy o przyszłości, ten przeskok jest naprawdę trudny.

Wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma. Wszyscy mówią, że piłkarze mają super, ale pamiętajmy też o tych, którzy grają za 500, 700, 1000 zł… Niekiedy na poziomie drugiej ligi chłopcy dostają dwa tysiące i muszą wykonywać tę samą pracę co ci, którzy zarabiają 50 czy 100 tysięcy. To specyficzny zawód, a akurat jeśli chodzi o prace fizyczne, myślę, że większość zawodników byłaby w stanie pracować w systemie ośmiu godzin, na pełny etat. Nie każdy natomiast potrafiłby wytrzymać presję, która tworzy się na boisku i poza nim. Swoja drogą w dzisiejszych czasach to już w ogóle przybiera gigantyczne rozmiary. Jesteś ciągle monitorowany, gdzie nie pójdziesz i czego nie zrobisz, tam zrobią ci zdjęcie. Jesteś stale piętnowany. To nie jest łatwe.

A powiedz, co przeniosłeś z piłki do życia? I w przeciwną stronę – co z życia do piłki? Czy u ciebie nie ma jednak takich podziałów?

Nie, nie, oczywiście są. Tym bardziej teraz, kiedy mam już rodzinę i jestem odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale również za kogoś. Wydaje mi się, że – nie wiem skąd to się wzięło, ale tak jest – mam taki charakter, że nie lubię kogoś zawodzić.  Gdziekolwiek jestem, wszystko robię na 100%. Jeżeli wiem, że nie mogę być w coś w pełni zaangażowany, to to zostawiam, nie podejmuję działań. Tego nauczyła mnie piłka. Jeśli chodzi o charakter, wyniosłem go z domu.

To się we mnie naturalnie stworzyło, może poprzez wychowanie rodziców. Zawsze potrafiłem się czegoś nauczyć, chodzić do szkoły, odrabiać lekcje czy mieć czas na granie, co było najważniejsze. Tak jest do dzisiaj i kiedy mogę tylko wyjść na boisko, cieszę się tym. Z piłki do życia przeniosłem też dyscyplinę, bo jednak starałem się być zawsze piłkarzem taktycznie zorganizowanym. Broniłem się też solidnością.

Kolejną sprawą jest odpowiedzialność za zespół, którą zdobywałem, kiedy mieliśmy okazję grać o utrzymanie czy awans. To przeniosłem na życie w rodzinie, myśląc w odpowiedzialny sposób o jej
przyszłości. Chcę jej dawać to, co najlepsze. Te obie sfery się ze sobą przeplatają, tym bardziej że jestem jeszcze aktywnym piłkarzem. Co prawda trochę w innym wymiarze niż wcześniej, bo w drugim zespole
Miedzi, ale jednak. Nie wyobrażam sobie, że można nie posiadać takich cech grając w piłkę.

Czyli trochę wchodzisz w rolę wychowawcy (śmiech).

Tak (śmiech). Od pewnego wieku zrozumiałem, że lubię dzieci i że potrafię się nimi opiekować. Jak byłem trochę młodszy i grałem z dzieciaczkami na wiosce, zawsze starałem się z nimi grać czy coś im podpowiadać. To się we mnie tliło i tli się do dzisiaj. Myślę, że będę dobrym wychowawcą. Choć na każdym szczeblu trzeba mieć inne podejście. Teraz będąc w drugim zespole, staram się chłopakom pomagać. Ale oni są już mężczyznami, mają po 18-20 lat.

Są też nawet starsi od ciebie (śmiech).

No właśnie (śmiech). Więc to też nie może być wychowywanie jak u pięciolatka. Ci chłopcy potrzebują twardej ręki, a takie bezstresowe wychowanie, które w pewnym momencie funkcjonowało, niestety zbiera żniwa.

A czujesz respekt względem swojej osoby ze strony młodszych?

Kiedyś usłyszałem od trenera, że oni się bali czegoś mnie zapytać, bo byli kilkanaście lat młodsi. Pamiętam, że byłem w podobnej sytuacji. To nie jest łatwe. Ale z moją otwartością te granice się zacierają. Oczywiście szacunek jest, ale przede wszystkim jesteśmy kolegami z szatni. Każda podpowiedź jest w cenie, bo na samym końcu jesteśmy drużyną. Nie można trzymać takich chłopców na "pan". Oni muszą czuć, że jesteśmy ich wsparciem i po to, żeby stawali się lepsi. Jesteśmy ich partnerami w tym, żeby ułatwić im drogę z piłki juniorskiej do seniorskiej.

To teraz przejdźmy może do klubów. Najpierw chciałbym zapytać o Miedź – co powodowało i powoduje nadal, że jesteś tak silnie związany z tym klubem? Byłeś tu wiele lat, wyjechałeś, ale w końcu wróciłeś do Legnicy.

Tak, to jest kawał historii. Ówczesny trener juniorów (Jarosław Pedryc) widział mnie, jak grałem na wiosce. Pewnego czasu bardzo chciał, żebym przyszedł do klubu, bo prowadził wtedy grupę juniorów młodszych. I tak naprawdę dzięki niemu tutaj trafiłem. Na pierwszych konsultacjach nie dałem rady się pojawić, ale trener do mnie zadzwonił i powiedział, że będą kolejne. W końcu dostałem się do szkoły i tak trafiłem do
Miedzi. To był człowiek, dzięki któremu to wszystko się zaczęło. Ktoś, kto dał mi szansę.

A dlaczego jestem tak silnie związany? Walka o utrzymanie, walka o awans, wywalczenie tego awansu… Moje najpiękniejsze chwile w piłce nożnej w większości związane są z Miedzią. A dlaczego tu trafiłem? Dostałem konkretną ofertę. Jestem już na takim etapie kariery, że trzeba pomyśleć też o czymś innym niż granie. Tutejsza wizja mi się spodobała i oczywiście te barwy, historia… To wszystko jest mi bardzo bliskie, więc powrót do Legnicy był dla mnie rozwiązaniem idealnym.

W CV brakuje ci pewnych rozgrywek. Myślisz, że uda ci się tutaj jeszcze ich dosięgnąć? Czy z biegiem czasu jednak tracisz nadzieję?

Bardzo brakuje! Przebrnąłem przez wszystkie szczeble i niestety brakuje tego najwyższego. To moje marzenie, które będzie się we mnie tliło do ostatniego momentu kopania w piłkę. I pewnie będzie coraz
trudniej z realizacją, ale historia pisze różne scenariusze. Nigdy nie można powiedzieć sobie "stop". Wiadomo, w jakim jestem już wieku, ale marzenia trzeba mieć. Zostawiam je sobie schowane w szafeczce (śmiech).

Może zdarzyć się taka sytuacja, że Miedź awansuje z powrotem do ekstraklasy. Wtedy trener Dominik
Nowak mógłby cię wziąć (śmiech).

Nigdy nie wiadomo, ale fajnie by było. Jako kropka nad „i”, pewnego rodzaju zwieńczenie. Niestety na pewne rzeczy nie mamy wpływu, nie kontrolując, co dzieje się w naszej karierze. Czasami brakuje naprawdę niewiele, żeby jakąś szansę otrzymać, a czasami los płata figle. Przez tyle lat gry nie miałem żadnej poważnej kontuzji, więc wydaje mi się, że zabrakło trochę szczęścia. Bo jeśli chodzi o umiejętności, tymi na każdym szczeblu potrafiłem się obronić, grając często z lepszymi od siebie zawodnikami. Także myślę, że gdybym dostał szansę w ekstraklasie, obroniłbym się. Bo czemu nie? Wielu zawodników dostaje te szanse, a
za chwilę nie ma ich już w piłce.

Jeśli chodzi o ciebie, miałeś taką szansę, bo mogłeś trafić do Zagłębia Lubin. Czy to był jedyny moment, w
którym byłeś tak blisko ekstraklasy? Czy może były inne? Jakieś inne propozycje?

Pamiętam, że po pierwszym sezonie (2006/2007) w Miedzi, w którym zagrałem ostatnie siedem meczów w 1. lidze, odezwała się do mnie Polonia Warszawa. Tyle że miałem grać tam w Młodej Ekstraklasie i trenować z pierwszą drużyną. Taka była oficjalna wersja, jednak klub zdecydował, że do tego typu rozgrywek mnie nie puści. Zostałem więc w drużynie seniorskiej. A jeśli chodzi o Zagłębie, cóż, to była cienka granica, która zadecydowała, że jednak się nie udało.

Nadal nie wiesz, dlaczego nie doszło do transferu?

Nadal nie wiem. Po rozmowach z kilkoma zawodnikami, którzy potem nawet w Miedzi grali, usłyszałem duże zdziwienie. Byłem testowany przez trzy tygodnie, po pierwszym tygodniu wyglądałem bardzo dobrze i trener chciał wziąć mnie na obóz przygotowawczy. Po pierwszych sparingach mnie chwalił, a potem Zagłębie zrobiło inne transfery i niestety… Tutaj muszę powiedzieć, że polska piłka jest dla mnie abstrakcją, jeśli chodzi o transfery i różnego rodzaju roszady w zespołach. Także na moim przykładzie widać, że możesz być dobry, ale i tak nie dostaniesz szansy.

Wracając do klubów… Oprócz gry w Miedzi miałeś też dwa inne epizody w Polsce, bo sezon w Chojniczance i GKS-ie Bełchatów. Powiedz, jak z perspektywy czasu wspominasz te dwa kluby? To były kroki do przodu w twojej karierze?

Chojniczanka to był raczej krok do przodu. Krok, który musiałem wykonać, bo po awansie z Miedzią zostałem odsunięty od składu przez trenera Bogusława Baniaka [trener Miedzi w latach 2011-2013]. To była jego decyzja, której nie rozumiałem. Wtedy marzyłem o tym, żeby odejść i spróbować swoich sił gdzieś indziej. Okienko transferowe zaraz się zamykało, a ja zostałem postawiony przed faktem dokonanym. Trafiła się Chojniczanka i na pewno idąc tam, myślałem tylko o tym, żeby grać. Nie sądziłem, że spędzę w niej tak fajny okres, który skończył się historycznym dla klubu awansem do 1. ligi. Jeśli chodzi o mnie, miałem świetne liczby, co później zaowocowało tym, że zmieniono o mnie zdanie w Legnicy. Zostałem bardziej doceniony i Miedź przedłużyła ze mną kontrakt po powrocie z wypożyczenia.

Czyli stało się coś, o czym powiedziałeś wcześniej. Ktoś nie chciał na ciebie stawiać, nie wierzył.

Po awansie trenerzy często czują się mocniejsi i wiadomo – wtedy zaczynają się roszady. Padło na mnie, bo pewnie łatwiej było skreślić zawodnika, który nie jest już młodzieżowcem [wtedy 23 lata]. Ja też już nie
chciałem pracować z tym trenerem, bo wolałem grać gdzieś indziej, niż być traktowany jak piąte koło u wozu. Zawsze podkreślam, że nie chcę tylko być, ale też coś dawać z siebie. Wszędzie, gdzie byłem, grałem. Dawałem z siebie maxa i dzięki temu grałem większość minut, zostawiając coś po sobie. To sobie cenię najbardziej.

Coś po sobie zostawiłeś również w Czarnogórze, w której miałeś roczny epizod. Sprawdziłem sobie miejsce, w którym przebywałeś i zauważyłem, że do plaży miałeś rzut beretem. Roczne wakacje z piłką czy po prostu chęć spróbowania czegoś innego?

Postanowiłem całkowicie zmienić otoczenie. Rozwiązałem ważny kontrakt i zmieniłem wszystko. Ligę, dotychczasowe życie… Dosłownie wszystko. Po prostu czułem, że było mi to potrzebne. Wtedy to był taki
okres, w którym sezon wcześniej [2015/2016 w 1. lidze] czułem się bardzo dobrze, ale grałem bardzo mało. Nie czułem się gorszy od nikogo, a i tak minut brakowało. I nawet jak już zagrałem dobrze, to później znowu było to samo. Cały rok byłem sfrustrowany, ale trzymałem to w sobie.

Nie byłem wylewny, zaciskałem zęby i pracowałem dla siebie. Z Miedzią miałem ważny kontrakt jeszcze przez rok, ale postanowiłem całkowicie zmienić otoczenie. Odciąć się od tego, co działo się wtedy w polskiej piłce. Czarnogóra okazała się połączeniem przyjemnego z pożytecznym. Chciałem trochę odpocząć, a przy okazji dalej robić to, co kocham. To był najwyższy szczebel rozgrywkowy, zawsze coś nowego i oczywiście świetne miejsce do życia.

Jak porównałbyś poziom polskiej piłki do tego, co widziałeś w Czarnogórze?

Trudno to porównać jeśli chodzi o otoczkę, ale myślę, że w Czarnogórze jest kilka klubów, które śmiało w czołówce 1. ligi by sobie poradziły. To jest tak naprawdę małe państewko, bo miało tylko 12 klubów, a teraz
ma 10. Ale jeśli chodzi np. o wyszkolenie techniczne zawodników, zaskoczyło mnie na plus. Z drugiej strony infrastruktura była średnia. Sumując, poziom piłkarski był naprawdę niezły i myślę, że te drużyny, które co roku biją się w kwalifikacjach do pucharów europejskich, mogłyby powalczyć nawet w ekstraklasie. Poza tym, tam też są całkiem inne możliwości finansowe, kluby bazują w większości na własnych zawodnikach, czyli Czarnogórcach, Serbach czy ogólnie piłkarzach z Bałkanów. Rzadko zdarzali się obcokrajowcy. Byłem jednym z rodzynków (śmiech).

Rodzynków pewnie także pod kątem wzrostu?

Nie, nie, powiem nawet, że jeśli chodzi o wzrost, tam nie było zbyt wysokich zawodników. Szczególnie na pozycjach ofensywnych, gdzie grywali piłkarze mający po 1,70 m. Dynamiczni i mobilni – na tym bazowali.

A masz może na poczekaniu jakąś historię z Czarnogóry? Widziałeś może coś, czego nie widziałeś nigdy
wcześniej?

To jest bardzo specyficzny naród. Miałem okazję od samego początku mieszkać z taką babcią, u której czułem się jak w domu. Wtedy wróciłem do korzeni (śmiech). A jeśli chodzi o ludzi… Gdzie by cię nie spotkali, tam traktowali jak swojego. Tak to postrzegam.  Mam też taką anegdotkę z finału pucharu, w którym niestety nie mogłem grać przez kontuzję. Gaz pieprzowy wszędzie, musiałem uciekać, gdzie pieprz rośnie (śmiech), do szatni trudno było wejść. A tę zadymę zrobili kibice, których nawet na stadionie nie było. Graliśmy na stadionie narodowym, na którym normalnie gra FK Budućnost, ale oni nie doszli do finału. Kibice chcieli przeszkodzić w rozegraniu meczu i pierwszy raz w życiu coś takiego przeżyłem. Gaz pieprzowy, łzawiący…

youtube.com

Nie było policji?

Była, była! Bez policji byłaby niezła zadyma.

W felietonie, który napisałeś na łamach Transfery.Info dwa lata temu, wspomniałeś o prezesie OFK Grbalj… Tak, on traktował siebie tak, jakby był Serbem. Człowiek biznesu, twardą ręką wychowany… Jak czasami przychodził do szatni, potrafił bidonami rzucać i rozwalać ściany (śmiech). Ale potrafił się też cieszyć, tyle że bazował na emocjach. I jak było dobrze – człowiek do rany przyłóż. Jak było źle – nie hamował się z emocjami. I mimo że to był prezes, przebywał na każdym treningu, przychodził na każdą odprawę… Jak trener.

Był więc klub w Czarnogórze, była Chojniczanka i GKS… Przez lata kariery pewnej rzeczy trochę ci się
uzbierało. Chodzi o kartki, których będziesz miał niebawem 60. Powiedz, miałeś może taką sytuację na
boisku, kiedy ktoś cię tak zdenerwował, że aż celowo chciałeś go zneutralizować?

Nie, nie, to raczej działało w drugą w stronę, jeżeli kogoś sfrustrowałem swoją grą. I tak patrząc na 15 lat grania… to jest dużo, chociaż myślę, że to po prostu wynika z mojego charakteru. Nigdy nie odpuszczałem i
czasami musiałem wykonywać robotę za innych. Kiedy inni chowali ręce, wtedy ja ratowałem sytuację. Nie lubię przegrywać, więc jeśli takie przewinienie na kartkę miało pomóc zespołowi i jednocześnie pogorszyć moje statystyki – nie zastanawiałem się. Zależało mi, żeby drużyna miała z tego zawsze jakąś korzyść.

Pewnie zdarzało ci się, że byłeś niesprawiedliwie karany?

Powiem ci, że poziom adrenaliny w trakcie meczu może zaburzać ocenę sytuacji. I czasami kartki były słuszne, czasami mogła być nawet czerwona… Nie raz oglądałem powtórki z tych momentów i wiem, że było wiele sytuacji, w których byłem niesprawiedliwie traktowany. Ale niestety nic z tym nie mogę zrobić, taka jest piłka i te kartki się zbierają (śmiech).

A powiedz, bo już za chwilę przejdziemy do tematów akademii i ciebie jako trenera koordynatora… Czy
gdybyś mógł cofnąć czas, zmieniłbyś coś w przebiegu swojej kariery?

Gdybym mógł coś zmienić… Chciałbym urodzić się trochę później. W tych czasach, jakie są teraz. Bo kiedy ja zaczynałem swoją drogę, mecze choćby w niższych ligach nie były tak bardzo monitorowane, nie było
InStatu, wielu transmisji telewizyjnych. Dzisiaj wystarczy, że młody chłopak zagra kilka dobrych meczów w 3. lidze i już jest wychwytywany, idzie wyżej. Ja miałem sezony, kiedy strzelałem po 10 bramek, co przechodziło bez echa. Jedynie lokalne media pisały o tym, co działo się w niższych ligach. A teraz? Trzeba czerpać z tego, co jest dostępne.

Na pewno warunki do treningu są coraz lepsze, bo kiedyś grało się na różnych boiskach, różnymi piłkami, były dziury w siatkach bramkowych… Wtedy nikt nie zwracał na to uwagi. Dzisiaj też trenerzy są coraz lepiej wykształceni. Zwiększa się liczba mądrych i kompetentnych ludzi wokół zespołu, a do tego wiele rzeczy możesz znaleźć w Internecie. Możesz się zgłosić do psychologa czy trenera
personalnego, więc jeśli ktoś chce dzisiaj nad sobą pracować, może zrobić wszystko.

Ty akurat masz tę fajną sposobność, że możesz porównać dwa okresy: to, co było w Miedzi kiedyś, z tym,
co jest teraz. Dostrzegasz duże różnice i dobry kierunek rozwoju?

Zdecydowanie, to musiało się z biegiem czasu wydarzyć. Np. kiedyś na grupę 20 juniorów przypadał jeden trener, który musiał sobie ze wszystkim radzić. Dzisiaj natomiast mamy kolejnych trenerów, asystentów czy dietetyków w zespole… Wszystko idzie do przodu, ale trzeba pamiętać, że jest to długi proces. Ile byśmy nie dawali jednak kolorowych pachołków czy kamer, bez kompetentnego trenera z pasją, który
chce przekazywać swoją wiedzę, to nie ma sensu.

My mamy pomóc młodym chłopcom w rozwoju, zmienić ich myślenie. Nie tak jak kiedyś – i zresztą do dzisiaj to w wielu miejscach istnieje – że trzeba było mecz
wybiegać, żeby nie stracić gola i nie przegrać. Coś takiego w naszej mentalności pozostawało przez wiele lat, a przecież naszym zadaniem jest to, żeby nauczać gry w piłkę i jej rozumienia. Bo jeśli chodzi o bieganie,
fizyczność czy nawet umiejętności techniczne, jesteśmy z roku na rok coraz lepsi.

Ty akurat stałeś się osobą, która poniekąd tę wiedzę może już przekazywać, bo od jakiegoś czasu jesteś
trenerem koordynatorem w rocznikach U5 – U9. Jak wygląda taka praca i czym charakteryzuje się
funkcjonowanie tej grupy?

Najpierw zacząłem od bycia asystentem trenera U5, co było takim moim pierwszym kontaktem z trenowaniem dzieci na serio. Pracowałem wtedy z trenerem Wojciechem Górskim i to było świetne
doświadczenie. Z każdym miesiącem patrzenia na to, jak te dzieci się rozwijają, praca sprawiała mi coraz większą satysfakcję. Fajne jest to, że kiedy czegoś próbujesz ich nauczyć, one się przywiązują i to doceniają.
Czasami spotkają cię potem w mieście i mówią „to mój trener, to mój trener!”. To jest super.

Tak jak mówiłem wcześniej, wszystko robię na 100%, więc rola koordynatora mi odpowiada. Obowiązki zawodnika w rezerwach nie pozwalają mi na stuprocentowe skupienie się na trenowaniu dzieci, więc razem
z dyrektorem akademii Wojciechem Robaszkiem stwierdziliśmy, że to będzie najlepsze rozwiązanie. To wszystko w myśl tego, że chcemy przez najbliższy rok ulepszyć funkcjonowanie akademii. Wiadomo, że
dzieci się szkolą, chcą trenować i przyjdą tu, bo to Miedź. Tylko że my chcemy szkolić je w konkretnym kierunku, chcemy z nimi robić konkretne rzeczy. Tak naprawdę pierwsze pół roku to szukanie i diagnozowanie istniejących problemów. Już dzisiaj mamy pierwsze efekty, bo zatrudnieni są choćby nowi trenerzy w miejscach, gdzie ich wcześniej brakowało.

Tworzymy również nowe projekty dla przedszkoli, podczas których zachęcamy do dołączenia do naszej akademii. Od nowego roku każda taka grupa będzie posiadać dwóch trenerów (jednym z nich będzie asystent). Jeden maksymalnie na dwunastu zawodników. Te ramy są wypełniane pod kątem certyfikacji szkółek, ale uważam, że nawet bez niej coś takiego powinno funkcjonować. Dwanaścioro dzieci i jeden trener – nie da się inaczej. Sam tego doświadczyłem.

Trudno samemu opanować taką grupę dzieciaków (śmiech).

Tak, one mają w sobie tyle energii… Przez większość czasu siedzą w czterech ścianach. My kiedyś wszędzie biegaliśmy, znajdowaliśmy trzepak i coś robiliśmy. Dzisiaj te dzieci przebywają głównie w domach, więc
przychodząc na trening myślą o tym, żeby się wyładować, a w ciągu godziny czasami nie da się tego zrobić. Dużo zmian – chcemy je wprowadzać, już wprowadzamy i przede wszystkim zależy nam na tym, żeby dzieci miały piłkę przy nodze, a jednocześnie, żeby były dobrze skoordynowane.

W rocznikach U5, U6, U7 te procesy się różnią, ale naszym głównym założeniem są gry. Dużo gier w maksymalnym formacie do 4×4 (od 1×1 do 4×4), żeby kontaktów z piłką było jak najwięcej. To jest baza, a
uzupełnieniem ma być nauka koordynacji, czyli np. różnego rodzaju parkoury. To musi być powtarzalne, bo dzieci w domach tego po prostu nie robią. Dziecko w najmłodszych rocznikach ma dobrze prowadzić piłkę, dobrze ją przyjąć, dobrze podać i strzelić na bramkę. Reszta, czyli m.in. taktyka, jest w wyższych rocznikach.

A tutaj mają tylko wiedzieć, że jeżeli np. przeciwnik gra przez środek, to nie mogą wpuścić go tym środkiem. To tyle, a reszta jest już inwencją twórczą. Ten aspekt prowadzenia piłki, przyjęcia, zwodu, dryblingu muszą mieć powtarzane cały czas, kategorycznie. Kiedyś w pokoju się piłką żonglowało, a dzisiaj prawie nikt tego nie robi. My tutaj przyjęliśmy taką formułę,
że jednego zwodu uczymy przez okres roku, tyle że w tym też zawiera się praca domowa.

Będziemy mieli stworzony przez analityka filmik o tym, jak to powinno wyglądać. To będzie pokazane na treningu… I później weryfikacja przez trenera, który widzi, czy dziecko się uczy. Moim zdaniem każda formuła jest dobra, byle praca była systematyczna. Bo jeżeli będziemy tym dzieciom co rusz zmieniać bodźce i każdy będzie wymyślał coś innego, to one się w pewnym momencie pogubią.

Jaki twoim zdaniem powinien być trener w tych rocznikach? Bo słyszałem tutaj, że trener najmłodszych
grup musi być przede wszystkim wychowawcą. Najpierw człowiek, a potem trener.

Tak, tylko to też nie jest proste, bo musisz wyznaczyć granicę: gdzie jest twarda dyscyplina, a gdzie bycie wychowawcą. Musimy zdać sobie sprawę, że my, jako trenerzy, jesteśmy pierwszymi wzorami do
naśladowania, które te dzieci spotykają. Nasza prezencja, nasze podejście do treningu… Jeżeli dzieci zobaczą, że mamy profesjonalne podejście i jesteśmy przygotowani, to każda nasza kolejna wytyczna będzie
dla nich świętością. Wiem na przykładzie mojej córki, która wie, że pani w przedszkolu jest super i mówi „pani powiedziała to, zrobiła to i to”.

Tak samo jest z trenerem, któremu dziecko będzie oddane, jeśli jest on otwarty i potrafi z dzieckiem w trudnej chwili porozmawiać, przełamać jego pewne granice. I nawet jeśli będzie czasami niezdyscyplinowane, dostosuje się. Wiadomo, że to jest trochę w formie zabawy w tych najmłodszych rocznikach, ale przede wszystkim stawiamy na naukę. Takie jakby korepetycje, tak to trzeba traktować i rodzice też muszą o tym wiedzieć. Nie może być tylko łatwo i przyjemnie, bo dziecko też musi się zmęczyć. Wiedzieć, że coś robiło.

Słuchając tego, mam wrażenie, że rzeczywiście bardzo szczegółowo do pewnych kwestii zaczęto
podchodzić w akademii Miedzi.

Określamy ścieżki rozwoju w najmłodszych rocznikach i nakreślamy, co ma być zawarte w treningach. Jeżeli coś dzieje się nie tak, wtedy rozmawiamy i weryfikujemy, poprawiamy. Kiedy ja trenuję i wprowadzam jakieś ćwiczenie, które w moim wyobrażeniu jest dosyć proste, ale widzę, że nie wychodzi – staram się je modyfikować. Mimo że w konspekcie jest inaczej. Wydaje mi się, że reakcja na bieżąco też jest ważna, żeby
dzieci czuły, że się rozwijają. Że dzisiaj nie udaje im się go zrobić, ale za jakiś czas wyjdzie. Nie można być robotem i trzeba reagować na różne sytuacje.

Nawiązałeś do kilku tematów, które wiążą się z ostatnio bardzo gorącym hasłem, czyli ze szkoleniem. Ty, jako piłkarz z dużym doświadczeniem, a teraz dodatkowo trener, pewnie już wiesz, co w trawie piszczy. Widzisz choćby jak funkcjonuje akademia od środka, więc domyślam się, że potrafiłbyś sformułować swoją diagnozę o szkoleniu piłkarzy w Polsce. Powiedziałeś już o zaniedbywaniu najniższych szczebli, ale czy widzisz coś jeszcze?

Wydaje mi się, że problemem jest też systematyczność. Ścieżka pracy, jaką kluby obierają. Ona nie może być weryfikowana po roku, dwóch czy trzech. To jest proces, który trwa pięć, sześć, siedem lat. Przykład:
jeśli junior trafia na poziom seniorski, musi być przygotowany taktycznie, fizycznie, technicznie… Jeżeli on na etapie U5-U9 nie będzie np. dobrze prowadził piłki, trener w U12 czy U15 będzie musiał nadrabiać to, co zostało zaniedbane wcześniej. Wtedy tracimy czas, który miał być poświęcony taktyce czy nauce o świadomości własnych atutów.  Dopóki nie zrozumiemy, że tak jest, nie będzie żadnego rozwoju.

Wiadomo, że może się trafić jakiś naturalny talent, ale w dzisiejszych czasach jeśli nie przeszkolimy dzieci od A do Z, będzie problem. Jeśli nie zarazimy ich piłką i nie sprawimy, że to pokochają, nie będziemy mieli zawodników na takim poziomie, jaki chcemy. Są oczywiście takie kluby, które mogą pościągać najlepszych piłkarzy z kraju w wieku 15 lat, by ich odpowiednio oprawić. Ale Miedź ma sporą konkurencję w samym regionie. Jest Śląsk, Zagłębie czy Chrobry Głogów…

Kolejną sprawą jest przejście na wyższy szczebel. Jeśli przerastasz swój rocznik, idziesz wyżej. Często trenerzy – i wiem to z własnego doświadczenia – mieli podejście typu „mam super piłkarza, zostawię go, on mi wynik zrobi”. Nie o to w tym chodzi, żeby on w lidze okręgowej strzelał po siedem bramek, bo on ma grać z lepszymi od siebie! Wcześniej rozmawialiśmy o ludziach, którzy nas otaczają… Jeśli młody chłopak będzie otaczał się słabszymi zawodnikami, nie rozwinie się. Musi iść do starszego rocznika i tam się dostosować np. do szybszego myślenia i bardziej kreatywnych rozwiązań na boisku.

Z tym zostawaniem piłkarzy w klubach z niższych lig… Myślę, że tutaj zahaczamy nawet o temat agentów,
którzy nie zawsze chcą współpracować, gdy mowa o oddaniu piłkarza do jakiejś akademii.

Dlatego mówię, żebyśmy zaszczepiali w dzieciach, a później w swoich piłkarzach pasję. Większość z nich nie zostanie zawodowcami, ale będą chociaż kibicami, będą oddani i zwiążą się z barwami klubowymi. Będą zapełniać stadion i może zmienią kulturę. Kto wie… 70% dzieciaków chce grać w piłkę – dlaczego tego nie wykorzystać? Może uda się wtedy wychować kolejnych Lewandowskich i zdobyć markę jako ci najlepiej szkolący. Nawet jako Miedź!

Niech każdy klub z ekstraklasy da od siebie pięciu co sezon… Zobaczmy, na czym zarabia choćby Legia. Nie na zawodnikach sprowadzonych z zewnątrz, tylko swoich. Obrali taką drogę lata temu. Wystarczy spojrzeć na bramkarzy – ilu stamtąd poszło w świat. Boruc, Fabiański, teraz Majecki. To tylko kwestia wizji i tego, że chcesz dać komuś szansę. Gdybym ja nie dostał swojej szansy, mogłoby mnie tutaj nie być. Pamiętam, że
kiedy moim trenerem był Petr Nemec [trener w latach 2005-2007], cały tydzień trenowałem z pierwszym zespołem, a w weekend schodziłem na mecz z juniorami.

W końcu w ostatnim jego meczu przed zwolnieniem zagrałem 10 minut. Następny trener, czyli Janusz Kubot, jako pierwszy dał mi prawdziwą szansę w drużynie seniorów i to dzięki niemu zaistniałem na dobre w piłce seniorskiej. On widział mnie jeszcze z trybun i kolejny mecz w seniorach zagrałem już od pierwszej minuty. Powiem szczerze, że zanim do tego doszło, czyli w wieku około 18 lat, myślało się z kolegami o jakichś niższych ligach niemieckich. Nagle wszystko odwróciło się o 180 stopni…

To jest ta cienka granica, która w moim przypadku wyniosła 10 minut. Chłopcy nie zdają sobie sprawy, że taka chwila może zmienić ich życie. Bo nigdy nie wiedzą, czy ktoś ich nie zauważy nawet w takim czasie. Po tych 10 minutach zacząłem grać regularnie, zacząłem strzelać bramki i zaczęto o mnie pisać. To było fajne, bo wtedy czujesz, że ma sens. Coś takiego chciałbym widzieć w oczach młodych chłopców, ale to też musi powstać poprzez wychowanie od małego dzieciaka. Chęć zdobywania goli i wygrywania, nie bronienia. To jest klucz.

To było ostatnie pytanie. Rozgadałeś się (śmiech).
(Śmiech) Bo to też jest temat-rzeka!

 

***

Zapraszamy również do innych wywiadów na łamach iGol.pl z trenerami Miedzi Legnica:

Sebastian Przybyłko

Tomasz Syska

Mateusz Gwizd

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze