Tomasz Syska: „Najlepsi trenerzy powinni pracować na najmłodszych szczeblach” (WYWIAD)


Od realiów pracy trenera, przez temat rodziców, po aspekty szkolenia piłkarza – biblia wiedzy o piłce młodzieżowej

18 grudnia 2019 Tomasz Syska: „Najlepsi trenerzy powinni pracować na najmłodszych szczeblach” (WYWIAD)
iGol.pl

9276 słów – tyle wynosi poniższa lektura naszej rozmowy z trenerem Miedzi Legnica, który od kilku lat prowadzi zespół w kategorii CLJ U-15, a także jest koordynatorem roczników od U-11 do U-14. Tomasz Syska - perfekcjonista, który rozpracował wszelkie tajniki szkolenia w piłce młodzieżowej w sposób nietuzinkowy. Praca trenera od środka, higiena snu i żywienia, znaczenie prywatnych rozmów z młodymi piłkarzami, doświadczenia piłkarskie, charakterystyka roczników, błędy w szkoleniu, rodzice, technologia, anegdoty i o wiele więcej.


Udostępnij na Udostępnij na

Jak i kiedy rozpoczęła się Twoja przygoda trenerska? 

Dokładnie osiem lat temu zakończyłem swój ostatni profesjonalny kontrakt w klubie Tur Turek z powodu zaległości finansowych i to był dla mnie taki ostatni sygnał do tego, że jako czynny piłkarz nie zapewnię sobie przyszłości na poziomie drugiej ligi. Postanowiłem wrócić do rodzinnej miejscowości, czyli do Legnicy, gdzie rozpocząłem kurs UEFA B. W trakcie wyrabiania kursu otrzymałem propozycję od ówczesnego dyrektora akademii Miedzi Legnica – trenera Janusza Kudyby. Oczywiście z miejsca tę propozycję przyjąłem i zacząłem funkcjonowanie w legnickim klubie. Wtedy jeszcze jako trener grupy orlika, a później krok po kroku – przez siedem lat – aż do tego momentu. 

Na początku, po otrzymaniu tej propozycji, czułeś zaufanie ze strony klubu? 

Zdecydowanie tak. Nie ma co ukrywać, byłem wychowankiem klubu i funkcjonowałem w piłce seniorskiej pod skrzydłami Janusza Kudyby, który znał mnie zarówno jako człowieka, jak i zawodnika. Od razu otrzymałem swoją grupę szkoleniową i zostałem asystentem grupy U-14. Pełne wsparcie od samego początku i możliwość rozwoju. 

Powiedziałeś, że osiem lat temu miałeś ostatni profesjonalny kontrakt piłkarski, ale zrobiłem mały research i okazuje się, że karierę boiskową zakończyłeś tak naprawdę dopiero dwa lata temu, w 2017 roku. Twoim ostatnim klubem był Orkan Szczedrzykowice, a wcześniej grałeś dla m.in. Miedzi Legnica, Bytovii Bytów, Sparty Brodnica i Turu Turek. Zgadza się? 

Tak, zgadza się. 

Chciałbym Cię zatem zapytać, który z tych klubów wspominasz najlepiej? I dlaczego? 

W zasadzie z każdym z tych klubów mam jakieś dobre i złe wspomnienia, ale patrząc na ogół, powiedziałbym „rozczarowanie”. Ale wyłącznie co do mojej osoby, nie funkcjonowania klubów. W piłce młodzieżowej i juniorskiej przechodziłem szczebel po szczeblu i miałem nawet okazję zafunkcjonować siedmiokrotnie w reprezentacji Polski w kategoriach U-15 i U-16. Z takimi zawodnikami jak Wojtek Szczęsny, Michał Janota czy Tomek Kupisz. Natomiast nie zaliczyłem tego ostatniego etapu, czyli przejścia z piłki juniorskiej do piłki seniorskiej. 

Uważam, że nie zostałem odpowiednio zbudowany przez ludzi, którzy się mną opiekowali w różnych kategoriach wiekowych. Nie wyposażyli mnie w kompleksową wiedzę i praktykę pod każdym względem. Nie poradziłem sobie również sam jako człowiek, z uwagi chyba na zbyt niską samoocenę. Nie poradziłem sobie mentalnie w seniorskiej szatni i nie poradziłem sobie z rywalizacją. 

GOŚĆ SPECJALNY #3: trener Mateusz Gwizd

A potrafiłbyś wskazać jedną rzecz, która w największej mierze zatrzymała Cię przed wejściem na poziom seniorski? 

Zdecydowanie mentalność. Wszyscy musimy być świadomi tego, że młody zawodnik to nie jest tylko ta osoba, która funkcjonuje na boisku. Jest to młody człowiek, który na tym etapie potrzebuje ogromnego wsparcia ze strony trenerów, ze strony dyrektorów sportowych, potrzebuje on rozmów, wskazania właściwych wzorców na np. spędzanie wolnego czasu. Również wchodząc do szatni seniorskiej, musimy mieć świadomość, że nie mamy już do czynienia z grupą rówieśników, lecz z grupą dorosłych facetów, którzy zupełnie inaczej postrzegają codzienne życie funkcjonowanie w klubie. 

Dochodzi także rywalizacja, bo piłka nożna, ta seniorska, nie jest też do końca czysta. Tam różne względy mają znaczenie – kto ma menedżera, kto tego menedżera nie ma. Czasami nie przegrywa się rywalizacji na boisku, tylko w kulisach pozasportowych. Ja sobie z tym nie poradziłem i zakończyłem przygodę na etapie trzeciej ligi. 

A tak pokrótce o tych klubach… Miedź Legnica była pierwszym klubem, który dał mi szansę zafunkcjonować w piłce seniorskiej. Nie byłem do niej przygotowany, więc ta przygoda była dość mocno przeciętna. Jako młodzieżowiec miałem kilka występów, ale były one na pewno poniżej moich możliwości. 

Później Bytovia Bytów… miło ją wspominam, ponieważ zrobiliśmy awans z trzeciej ligi do drugiej. Awans zakończony był ściągnięciem autokaru FC Barcelona, który przetransportował nas na ostatni mecz ligowy. Wtedy Bytovia miała bogatego sponsora, czyli Drutex, więc było to połączenie piłki nożnej z fajnymi i odpowiednimi profitami finansowymi za grę. 

Tur Turek… tak jak wspomniałem wcześniej – zaległości finansowe i duże rozczarowanie pod tym względem. Musiałem wtedy otrzymywać wsparcie rodziców, aby w ogóle funkcjonować i utrzymać się w wieku ponad dwudziestu lat. 

Sparta Brodnica… dosyć ciekawa przygoda z piłką, ponieważ był to klub trzecioligowy. Miałem tam okazję chyba po raz pierwszy zderzyć się z tak dużą liczbą obcokrajowców. Grali tam Brazylijczycy, Serbowie, był zawodnik z Macedonii i bodajże z Ukrainy. Więc taka wieża Babel w małym trzecioligowym klubie. 

Akademia bramkarska Miedzi Legnica (WIDEOREPORTAŻ)

Wybacz, że przerwę, ale ciekawi mnie jedna rzecz. Czy jesteś teraz w stanie ocenić, czy ci obcokrajowcy byli wtedy wartością dla tego klubu? 

Każdy z tych obcokrajowców miał w sobie coś, co mogłoby być plusem dla Sparty Brodnica. W Sparcie nie było juniorów o odpowiedniej jakości, więc zagraniczni zawodnicy dawali na tamtą chwilę określoną jakość. Problemem było jedynie to, że nie rozumieli naszego środowiska. I mówię tutaj o swego rodzaju walorach mentalnych. Brazylijczycy? Wiadomo, dobrze przygotowani technicznie, ale lubili się dobrze pobawić i nie zawsze podchodzili profesjonalnie do swoich obowiązków. 

Serbowie z kolei to bardzo mocne charaktery i jak było coś nie po ich myśli, to potrafili się obrażać. Nie do końca też nawiązywali kontakt z Polakami. Cała ta mieszanka dała taki efekt, że spadliśmy z trzeciej ligi do czwartej, więc to może podsumować, jaką dawaliśmy wtedy wszyscy wartość. Ale mimo wszystko poznanie różnych kultur i zawodników z innych krajów na pewno wspominam dobrze. 

No i Orkan, czyli ten ostatni etap. Czwartoligowy zespół, który obecnie nadal występuje na tym poziomie rozgrywkowym. Był to zespół, który miał chyba najlepszego prezesa w niższych ligach, czyli Józefa Szabata. Wspaniały człowiek, oddany piłce nożnej, inwestował ogromne pieniądze w Orkana. Potrafił jeździć po zawodników trzy, cztery razy w tygodniu do Lubina, Legnicy, Jawora. Przywoził ich swoim busem tylko po to, żeby zespół mógł odpowiednio trenować. 

Był to zespół, w którym spotkało się wiele osób z przeszłością ligową. W momencie, gdy tam grałem, w klubie był m.in. Adam Kłak (były zawodnik Miedzi Legnica), Rafał Majka (zawodnik, który miał sporo występów w ekstraklasie), Sebastian Burda (z debiutem w ekstraklasie). Myślę, że to było z czterech, pięciu zawodników z przeszłością ekstraklasową. A więc mieszanka zawodników, którym albo wyszło w piłce seniorskiej i zdecydowali się na swoistą piłkarską emeryturę na poziomie 4. ligi, albo mieli swoje epizody, lecz nie do końca im wyszło. 

Myślisz, że to była zasługa prezesa? Że ci piłkarze przeszli akurat do tego klubu? 

Tak, zdecydowanie. Namówić piłkarzy z przeszłością ekstraklasową czy pierwszoligową, aby przyjechali do małej wioski funkcjonować na treningach… To trzeba poczuć, że człowiek, który tym zarządza, ma ogromną pasję. I to było naprawdę czuć. Mogliśmy przy okazji dobrze się bawić tym wszystkim, bo praktyka trzy, cztery razy w tygodniu z taką grupą piłkarzy była naprawdę czymś przyjemnym. I jeśli dobrze pamiętam, te dwa ostatnie sezony w Orkanie kończyliśmy w pierwszej trójce, do końca bijąc się o awans. To tak w dużym skrócie, jeśli chodzi o moje kluby seniorskie. 

Nakreśliłeś taką historię piłkarską, przez którą przemawia nieprzyjemne doświadczenie w postaci nieudanej przygody. Ale na pewno wyciągnąłeś coś pozytywnego z tych wszystkich doświadczeń jako piłkarz. Coś wartościowego dla człowieka i trenera. 

Na pewno wiele ważnych dla mnie doświadczeń. Pięć lat spędziłem w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Łodzi. Wyjechałem tam bodajże w momencie, gdy byłem w trzeciej klasie gimnazjum, i musiałem nauczyć się samodzielnego życia, organizacji posiłków… Musiałem nauczyć się prasować i opanować podstawowe, ale mimo wszystko ważne czynności. Musiałem także nauczyć się organizacji czasu wolnego. Wraz z wiekiem – wiadomo – te doświadczenia były o wiele bardziej poważne. 

Musiałem nauczyć się, komu można ufać, a komu nie. I mówię tu o menedżerach czy dyrektorach sportowych. Zdarzały się bowiem takie sytuacje, że jeśli byłem w dobrej formie, codziennie pytano mnie, czego mi potrzeba. A kiedy tej formy nie miałem, nie dostawałem odpowiedzi na komunikat „dzień dobry”. Więc to też mnie nauczyło, że do ludzi trzeba podchodzić na początku z dystansem, nie być za bardzo ufnym, tylko jednak sprawdzić, z kim ma się do czynienia. 

Sport, który uprawiałem w tych wszystkich klubach, nauczył mnie dyscypliny i systematyczności. Nauczył mnie potrzeby rozwoju, co też jest w pracy trenera bardzo istotne, więc jako człowiek wyciągnąłem na pewno bardzo, bardzo dużo. 

Jeśli chodzi o pracę trenera, te doświadczenia również wiele mi dały, ponieważ miałem okazję jako zawodnik obserwować pracę różnych szkoleniowców. I jednych wspominam bardzo dobrze, a drugich zdecydowanie gorzej. Od każdego mogę po wspomnieniach i takiej analizie coś wyciągnąć, jeśli chodzi o działanie czy podejście do zawodników. Rozmów czy aspektów technicznych, taktycznych, motorycznych. Przede wszystkim jednak moim głównym bodźcem do zostania trenerem był fakt, że wiedziałem, czego – w mojej przygodzie piłkarskiej – zabrakło u moich trenerów, dyrektorów sportowych czy dyrektorów akademii. 

Z tym bagażem doświadczeń i przemyśleń postanowiłem, że tę wiedzę być może będę mógł przekazać zawodnikom, których będę mieć pod swoimi skrzydłami. Czyli jak ich budować, jak tworzyć ich system wartości, w jakie odpowiednie wzorce ich wyposażyć, jak z nimi rozmawiać na każdym etapie szkoleniowym… Bo w Polsce nie doceniamy w ogóle roli psychologa sportowego, a moim zdaniem u młodego zawodnika, czy ogólnie u piłkarza, wszystko dzieje się tak naprawdę w głowie. 

To, jak on podchodzi do treningu, do swoich obowiązków, jak podchodzi do danego meczu, czy jest to mecz z większą presją, czy mniejszą presją. Zdecydowanie większa część tego wszystkiego odbywa się w głowie zawodnika, a my to tak trochę bagatelizujemy. I traktujemy jak jeszcze nieodkryte obszary funkcjonowania. 

Do kwestii mentalnych przejdziemy jeszcze później, bo chciałbym dopytać Cię jeszcze o coś innego. Liczba doświadczeń, które zdobyłeś na przestrzeni wielu lat, zbudowała Cię jako trenera z określonymi cechami. I gdybyś miał siebie opisać, jakim trenerem jest Tomasz Syska? 

Myślę, że na to pytanie umieliby się wypowiedzieć w sposób właściwy moi podopieczni i przełożeni (śmiech). Ja mogę tylko powiedzieć, że jako trener jestem perfekcjonistą. Muszę mieć zawsze wszystko dopięte na ostatni guzik, czasami może nawet do przesady. Pilnuję szczegółów, które są czasami bardziej, a czasami mniej istotne… Ogólnie męczy mnie ten moment, gdy coś jest niedopracowane. Ogromnie cenię sobie profesjonalizm i u mnie wszystko musi być przygotowane do meczu pod każdym względem organizacyjnym. 

A odnośnie do treningu… Przede wszystkim realizacja modelu szkolenia i skrupulatne przygotowanie. Razem ze sztabem szkoleniowym przygotowujemy tygodniowy mikrocykl, który poparty jest wcześniejszą analizą (analizą poprzedniego meczu lub przeciwnika, z którym przyjdzie nam się zmierzyć). Jestem też trenerem bardzo otwartym na współpracę. Nie zjadłem wszystkich rozumów, nie znam się na wszystkim, dlatego mam sztab szkoleniowy w lidze centralnej, którego częścią jest np. trener Mateusz Gwizd, całkowicie zajmujący się pracą z bramkarzami. To pole jest oddane całkowicie jemu. 

Mam drugiego trenera, Rafała Fościaka, który zdecydowanie lepiej zna się na motoryce niż ja, więc ten obszar też oddałem do jego dyspozycji. Rafał bardzo dobrze przygotowuje także analizy przeciwników, co też jest tylko jego polem do popisu. Ogółem cenię sobie sztab szkoleniowy i uważam, że powinien być on rozbudowany w maksymalnym zakresie. Na tyle, na ile może pozwolić dana akademia. Bo jeśli ktoś jest zdania, że jeden człowiek jest od wszystkiego, to tak naprawdę na samym końcu jest do niczego. 

Jestem trenerem, który ma – może nie bogaty, ale jakiś – bagaż doświadczeń jako zawodnik. Zawodnik, który pracował z różnymi trenerami, co może dzisiaj wykorzystywać na płaszczyźnie swojej pracy. Podsumowując, na pewno cechuje mnie perfekcjonizm i pewien slogan, że aby odnieść sukces, trzeba się zakochać w swojej pracy. Nie patrzę w swoją umowę, zakres obowiązków lub czas pracy. Jeśli jest jakiś projekt do wykonania, spędzam w klubie 24/7. To nie tylko zawód, ale też styl życia. Tego bardzo mocno się trzymam. Jestem też bardzo surowy dla zawodników, ale szukam z nimi rozmowy. Dużo wymagam, jeśli chodzi o przestrzeganie zasad, ale to wszystko jest obudowane dialogiem, bo myślę, że tak można zbudować autorytet. 

Powiedziałeś, że zależy Ci na szczegółach, ale pewnie zdarzały Ci się sytuacje, w których coś nie poszło po Twojej myśli. Potrafiłbyś podać przykład czegoś, co jako perfekcjonistę Cię niecierpliwi? Pewnie u zawodników? 

Wiele jest takich sytuacji, od najmniejszych do największych. Na przykład kiedy zawodnicy lekceważą fakt, że pierwszy posiłek dnia jest niezwykle ważny. Mówię o śniadaniu, które w bursie kontrolujemy. Przyjeżdżam do ośrodka, sprawdzam listę i widzę, kto był na posiłku przed zajęciami treningowymi. I okazuje się, że dwóch czy trzech moich zawodników nie było na śniadaniu. Jak oni mają wtedy uczestniczyć w najbliższej jednostce treningowej? Nie będą mieli z czego czerpać energii. 

Irytuje mnie też sytuacja, w której mamy odpowiednie założenia meczowe odnośnie do stałych fragmentów gry, ale jest na boisku zawodnik, który w ogóle się z nimi nie zapoznał. Jest to irytujące, ponieważ wprowadza chaos w działaniach boiskowych. W naszej pracy irytują mnie sytuacje, kiedy źle przeprowadziliśmy analizę. Mam zespół, do którego jestem przygotowany, ale nagle okazuje się, że trener rywala zmienił ustawienie, na co moi zawodnicy nie są przygotowani. Wkrada się wtedy chaos i jestem zły na siebie oraz moich współpracowników. 

Myślę jednak, że największe pretensje są zawsze do zawodników, ponieważ nie są oni świadomi, ile mają tutaj możliwości do wykorzystania. Denerwuje mnie również sposób spędzania czasu przez zawodników… Dajemy im wiele, jak np. opcja korzystania z dodatkowych jednostek treningowych, motorycznych czy dyżurów naukowych, na których mogą się rozwijać i poprawiać swoje oceny. 

Czasami marnuję czas, organizując coś takiego, bo niektórzy zawodnicy w tym nie uczestniczą lub nie traktują tego wystarczająco poważnie. I fakt, wymagamy od nich naprawdę sporo, ale skoro wybrali tę drogę, muszą być profesjonalistami w każdym możliwym aspekcie. 

Dla przykładu w ostatnim czasie trener Krzysztof Skrzypek zajął się przeprowadzaniem szkoleń z zawodnika o m.in. harmonogramie snu. To świetna inicjatywa.

A powiedz mi… jak wygląda Twój standardowy tydzień pracy? Twoim głównym zajęciem jest prowadzenie zespołu U-15 w CLJ, ale jesteś również koordynatorem roczników od U-11 do U-15, więc domyślam się, że ten czas musisz mieć idealnie rozplanowany. 

Tak, zgadza się. Organizacja pracy – jest to słowo klucz w pracy trenera i w różny sposób można do tego podchodzić. Ja akurat bazuję na przygotowaniu harmonogramów, które mnie pilnują. Standardowy tydzień pracy? W poniedziałek mam zawsze jedną jednostkę treningową z chłopcami z kategorii CLJ, a po niej udaję się na obserwację młodszych roczników, na ich treningi. We wtorki dwie jednostki z grupą CLJ, a później to samo, co dzień wcześniej, czyli obserwacja jednostek treningowych grup od U-11 do U-14. Dodatkowo przeważnie we wtorki dochodzi nam analiza meczu. 

Środa wygląda podobnie jak wtorek, a czwartek już z jedną jednostką treningową i w zależności od tego, co mamy do przygotowania na weekend – albo analiza treningów młodszych grup, albo czas poświęcony na analizę przyszłego meczu ligowego. Od piątku zamykam się już tylko na CLJ, bo już wtedy dochodzi analiza przeciwnika, finalne przygotowanie składu czy założeń taktycznych. Natomiast weekend… różnie. Czasami jest on sześciodniowy, a czasami siedmiodniowy. Jeśli rozgrywamy mecz CLJ w sobotę, a w niedzielę grają zespoły, za które jestem odpowiedzialny jako koordynator, to wiadomo, moim obowiązkiem jest obserwacja tych spotkań i ocena zawodników, bo to oni są kluczowym elementem układanki, jeśli chodzi o materiał zdobywany do analiz. 

Dodatkowo pełnię też funkcję wychowawcy w bursie szkoleniowej, w której zostaję czasami na dyżury nocne. I szczerze mówiąc, jest to zajęcie bardzo owocne, bo wtedy jestem w stanie spędzać z zawodnikami wiele czasu. Widzę i pilnuję tego, jak się zachowują, jaki mają porządek w pokojach, o której godzinie idą spać… Wtedy mam również czas na rozmowy indywidualne, bo tego przede wszystkim zabrakło mi w mojej przygodzie z piłką nożną. Że trenerzy skupiali się tylko na swojej pracy, na płaszczyźnie tylko sportowej. Przygotowali trening, przeprowadzili go i to było wszystko.

Nie zgadzam się na takie funkcjonowanie w profesjonalnej akademii, dlatego po raz kolejny chciałbym docenić trenerów, z którymi pracuję, ponieważ to grupa ludzi, dla których jednostka treningowa jest dopiero początkiem obowiązków każdego dnia. Oczywiście ludzie zarządzający akademią stworzyli nam takie środowisko, w którym jesteśmy trenerami na pełen etat.

Nie było czasu z ich strony na rozmowy, poruszanie aspektów pozaszkoleniowych i prywatnych. Więc na tyle, ile mogę rozmawiam z zawodnikami. Ogólnie wprowadzamy od stycznia właśnie takie założenie, żeby bardziej się temu poświęcić. 

Czyli Twoim zdaniem rola wychowawcy w pracy trenera jest kluczowa? Nie tylko trening, ale też wejście w buty rodzica? 

Zdecydowanie tak. Trzeba przyznać, że akurat nasi zawodnicy, którzy nie są z Legnicy i pochodzą z dalszych stron, większość czasu spędzają z trenerami i nauczycielami, bo ich kontakt z rodzicami ogranicza się jedynie do rozmowy telefonicznej. Więc jeśli miałbym określać model pracy idealnego trenera, powiedziałbym, że musi to być trener pełnoetatowy. Jeśli decyduje się na pracę w piłce nożnej na najwyższym poziomie, musi się temu poświęcić. 

Musi mieć czas na przygotowanie treningu, analizę treningu, analizę meczu, analizę przeciwnika, rozmowy indywidualne, analizy indywidualne – to jest ogrom pracy, którą trzeba wykonywać każdego dnia. Do tego wszystkiego dochodzi analiza sprzętu, czyli GPS-ów, polarów, więc wrócę do tego, co powiedziałem wcześniej – potrzebny jest sztab ludzi. Bo jeden człowiek może to robić, ale tylko na określonym poziomie i z ryzykiem, że pominie jakieś ważne aspekty. 

A gdzie jest w tym wszystkim miejsce na Twój czas wolny? Czy to jest jednak futbol 24/7. 

Nie (śmiech), higiena pracy jest w tym bardzo ważna. Jednak czas wolny, np. ten spędzany z rodziną, jest przez wielu ludzi zapominany. Ostatnio czytałem taki artykuł, w którym było napisane, że największą chorobą XXI wcale nie są nowotwory, ale depresja. Bo ludzie gonią za pracą, sukcesem i obowiązkami, gdzie nie ma w tym w ogóle miejsca na odskocznię, którą mogłaby być rodzina lub alternatywna pasja. Więc staram się układać w taki sposób swoją pracę, żeby ten czas dla rodziny był. 

Załóżmy, że w poniedziałek kończę analizę o 14 i nie mam już żadnych zajęć czy dyżurów w bursie, to od tej 16 do późnego wieczora spędzam czas z rodziną. A wtedy, gdy jest do wykonania praca, mam ogromne wsparcie głównie ze strony żony, która rozumie, że jestem perfekcjonistą i wszystko musi być najlepiej na świecie. To kosztuje cenny czas i w momentach ciężkiej pracy rzeczywiście jest trudniej i np. nie nocuję w domu, ale mam pełne wsparcie i zrozumienie. Przy czym to wszystko zależy od organizacji, bo jak jest wszystko dobrze zaplanowane, to spokojnie można ułożyć obowiązki z myślą o czasie wolnym. 

Czyli na tym poziomie, na którym obecnie jesteś, nie wyobrażasz sobie pracy bez organizacji czasu. 

Zdecydowanie nie. Moim zdaniem praca nad organizacją powinna być już od najmłodszych lat. Bo nawet jeśli pracujemy np. z maluszkami, czyli w kategorii U-6, to ta organizacja jest podobna. I może wtedy odchodzić analiza meczu czy rywala, bo to jeszcze nie ten etap, ale przygotowanie do jednostki treningowej jest identyczne. Tam rozmowa z zawodnikami może nie jest na takiej płaszczyźnie prywatnej czy taktycznej, ale nawet z małym dzieckiem trzeba porozmawiać o tym, jak mu poszło w szkole czy jaką teraz bajkę ogląda. 

Trzeba też znaleźć czas na rozmowę z rodzicami czy organizację turniejów i spotkań kontrolnych, żeby dzieci miały możliwość rywalizowania z lepszymi zespołami niż te z najbliższej okolicy. Trzeba również znaleźć czas na dodatkowe inicjatywy, bo trening to nie tylko boisko i warto zabrać dzieci do jakiegoś parku rozrywki lub wyjechać z nimi na zgrupowanie. Wielu ludziom wydaje się, że taki trener maluchów przychodzi na trening dwa lub trzy razy w tygodniu i to tyle, ale nawet te dwa razy są czasem, do którego trzeba się bardzo dobrze przygotować. 

Przed chwilą użyłeś słowa „rodzic”. Czy Twoim zdaniem rola rodzica jest kluczowa w rozwoju nastolatków jako piłkarzy? Jak ona jest ważna? 

Rola rodzica – myślę, że temat bardzo na czasie… 

Tak, temat na czasie od wielu lat (śmiech). 

Nasze czasy doprowadziły do momentu, w którym rodzice są niesamowicie roszczeniowi i niesamowicie nastawieni na sukces. Chyba bardziej niż to dziecko. Rolą rodzica jest przede wszystkim wsparcie młodej osoby w jej pasji i tutaj akurat mogę przytoczyć funkcjonowanie mojego ojca, który dla mnie wsparciem był np. w obszarze logistycznym. Czyli jeśli trzeba było zawieźć mnie na trening czy zgrupowanie, robił to. Kiedy była potrzebna jego obecność na zajęciach treningowych czy na meczu, to był, i – co ważne – obserwował. Nie odzywał się ani słowem, nie oceniał pracy pracy arbitra czy trenera, a kiedy wróciłem do domu, to rozmawialiśmy wyłącznie o tym, jak mi poszło i z czego jestem zadowolony lub co mnie zmartwiło. 

Nigdy nie odczułem ze strony ojca jakiekolwiek presji, jeżeli chodzi o funkcjonowanie w sporcie i myślę, że taki właśnie powinien być rodzic. Powinien wspierać, rozumieć, rozmawiać, ale nie wymagać. Powinien dać wszystkie narzędzia, które dziecko potrzebuje do uprawiania sportu, a więc mówimy o transporcie, sprzęcie sportowym, butach… Mówimy też tutaj o wsparciu, jeśli zawodnik ma szansę przejść z mniejszego do większego klubu, ale musi wtedy zamieszkać w bursie. 

Powiem tak: mój rodzic nigdy nie zadzwonił do mojego trenera z pytaniem: „dlaczego on nie gra?”. Bo jego zdaniem jestem lepszy od tego i tamtego, a w tym momencie zmagamy się z rodzicami, którzy wielu rzeczy nie rozumieją i jak zauważyłem wcześniej, są niesamowicie pretensjonalni. Pytanie, jak w tym wszystkim odnajduje się dziecko. Bo czasami jak widzę chłopca, który obserwuje reakcję swoich rodziców na różne wydarzenia… Ma on taką minę, jakby chciał się zapaść pod ziemię, bo wstyd mu za tę dorosłą osobę. 

A jak myślisz, co byłoby dobrym rozwiązaniem na „opanowanie” rodziców? Żeby sytuacja uległa zmianie? Czy jednak trudno powstrzymać ten negatywny wpływ opiekunów na swoje dzieci. 

Myślę, że mimo wszystko bardzo ważną rolą jest struktura akademii. Bo jeśli istnieją restrykcyjne zasady wobec funkcjonowania rodziców i wszyscy mają jasny kierunek, jeśli chodzi o obchodzenie się z nimi i, co ważne, przestrzegają tego wszyscy trenerzy i pracownicy bez wyjątku, wówczas taki model może dać pozytywne efekty. 

Pamiętam taką opowieść trenera z Dynama Zagrzeb… Klub przyjechał do Polski na turniej, a rodzice dzieci tam grających przejechali ponad tysiąc kilometrów. Zjawili się pod hotelem, bo chcieli się ze swoimi dziećmi spotkać, ale usłyszeli od trenera, że w ogóle nie ma takiej możliwości. Zawodnicy są na meczu, na wyjeździe klubowym i to, że rodzice przyjechali, jest ich prywatną sprawą. I mogłoby się wydawać, że to cholernie restrykcyjna zasada, wręcz nieludzka, ale są zasady, których trzeba przestrzegać. 

Bo jeśli są np. wyznaczone na boiskach miejsca, w których mogą przebywać rodzice, musi tak po prostu być. Nie może być tak, że rodzice stoją gdzieś blisko boiska, gdzieś przy linii czy w trakcie treningu wchodzą na boisko, bo mają jakieś pytania do trenera… Jeżeli nie zaczniemy rodziców wychowywać, będziemy mieli z nimi zawsze problemy. I ja też nie chcę być osobą, która neguje obecność rodzica i ocenia go bardzo krytycznie, bo znam wielu rodziców zawodników, którzy mają zdrowe podejście. Potrafią zadzwonić, normalnie porozmawiać, ale nigdy nie mają zarzutów do np. funkcjonowania dziecka na danej pozycji. 

Trener jest od tego, żeby trenować. Dyrektor od tego, żeby zarządzać, a rodzic przede wszystkim od tego, żeby wspierać dziecko. A nie na każdą ocenę negatywną w szkole pisać do dyrektorki, że to niesprawiedliwe, że dziecko na pewno wszystko dobrze potrafi, no nie. Muszą być pewne granice.

Rodzic robi wszystko, żeby tylko obronić dziecko, a trzeba spojrzeć na to szerzej, zobaczyć problem. Rodzice tak do tego nie podchodzą i wielokrotnie nie dostrzegają źródła problemu. Starają się bronić dzieci przed największym złem, a tak naprawdę nigdy nie są w stanie pozwolić na to, żeby te dzieci same rozwiązywały swoje problemy. 

Myślę, że to łączy się też z presją, o której wcześniej mówiłeś. Tym morderczym podążaniem za pracą. 

Tak, dokładnie. 

I to jest ten aspekt bardzo burzliwy i szeroki, zawsze można o nim dyskutować (śmiech). Jak sam powiedziałeś, rola rodzica jest bardzo ważna w rozwoju piłkarza, ale teraz chciałbym przejść do rzeczy stricte sportowych, którymi zajmujesz się jako trener… Proste, otwierające pytanie: na co powinno kłaść się największy nacisk w pracy z grupą nastolatków? Czyli co cechuje pracę z tymi rocznikami? U-15, U-14? 

W świecie modelowym, idealnym (śmiech)? 

Tak, tak jak to powinno wyglądać. 

A więc tak, jak to powinno wyglądać w mojej kategorii, czyli U-15… W tej kategorii powinienem dostać kompletnie przygotowanego zawodnika pod kątem technicznym, który jest wyposażony we wszystkie narzędzia, jeśli chodzi o technikę indywidualną. Powinienem otrzymać zawodnika, który ma już odpowiednie wzorce ruchowe z obszaru motorycznego. Powinienem dostać zawodnika, który mentalnie ma już wykreowane właściwe nawyki, jeśli chodzi podejście do zajęć i spędzania czasu wolnego. 

I tak naprawdę mając te trzy obszary, dokładam aspekt przede wszystkim taktyczny. Wtedy można z takim zawodnikiem skupić się na elementach najważniejszych, czyli doskonalę technikę. Nie nauczam, tylko doskonalę. Wprowadzam również specjalistyczny trening motoryczny, czyli pracę z GPS-em, systemem polarowskim… Dochodzą również odpowiednie obciążenia, czyli budowanie mikrocyklu pod superkompensację, która powinna być na weekend. I w to wszystko wkomponowuje model gry, który ma ogromne znaczenie. 

Model gry, czyli określenie wszystkich czterech faz działania w meczu. Przygotowuję zawodnika pod daną pozycję, dane zadanie, ale niestety… Tak nie jest. Mamy zawodników w kategorii U-15 – i myślę, że nie tylko my – którzy np. pod względem technicznym mają duże braki. Którzy pod względem motorycznym nie potrafią zrobić przewrotu w przód. Którzy pod względem mentalnym dalej myślą, że napoje gazowane i słodycze są czymś fajnym, a rodzaj spędzania wolnego czasu to konsola lub wyjście do galerii handlowej. 

Niestety z tym się zmagamy i możemy mówić o świecie idealnym, ale takiego świata nie ma. Lub będzie, jeśli wreszcie jakaś akademia postawi na jeden model pracy i jednego dyrektora, który będzie mógł pracować przez wiele lat. Mam nadzieję, że tą akademią jesteśmy my, bo od półtora roku przewodzi nami dyrektor Wojciech Robaszek. I zaczynamy mieć określony ten model pracy. Myślę, że na przestrzeni kilku następnych lat będziemy w stanie powoli dochodzić do modelu, który chcielibyśmy oglądać. 

I tak naprawdę już w kategorii młodzika następuje już ten etap finalny nauczania techniki indywidualnej, wzorców ruchowych, wprowadzania zadań również zespołowych… Tam już zaczyna się taki pierwszy etap wprowadzania modelu piłki dziewięcioosobowej, zawodnicy uczą się odpowiednich zachowań zarówno w fazie obrony, jak i ataku. Mają nie tylko aspekty indywidualne. Tam też pojawia się przede wszystkim nasycenie koordynacyjne, czyli połączenie koordynacji z techniką indywidualną. To w tym momencie staramy się właśnie robić. 

Jest plan na ruszenie wszystkiego od tych najmłodszych lat, abyśmy w wyższych kategoriach wiekowych otrzymywali zawodników – i nie lubię tego słowa – kompleksowych, wyposażonych we wszystkie cztery najważniejsze obszary potrzebne do gry w piłkę nożną. I to tak metodycznie, czyli obszar mentalny, taktyczny, motoryczny i techniczny. Teraz na poziomie kategorii wiekowej U-15 muszę w mikrocyklu szkoleniowym planować nauczanie techniki, mimo że jest na to trochę za późno. 

Musicie po prostu robić szereg uzupełnień. 

Tak, musimy uzupełniać braki, bo są też chłopcy, którzy np. nie są naszymi wychowankami i trafiają do nas z innych szkółek. I mają pewne wartości, ale mają również pewne deficyty. Na pewno też uważam, że w kategorii U-15 jest już możliwe wprowadzenie modelu gry w pełni, we wszystkich obszarach. Bo ci zawodnicy są już świadomi i rozumieją grę, potrafią rozpoznać dane fazy, potrafią dostosować się do założeń taktycznych, potrafią po analizie przeciwnika dobrze przygotować się do meczu. 

Gdzie Twoim zdaniem są popełniane błędy? Bo to są już trampkarze – czternaście, piętnaście lat, krok od piłki seniorskiej… Skąd biorą się u nich te braki? 

Powiem tak: przede wszystkim akademie, duże akademie, patrzą na efekt finalny, czyli na zespół rezerw, trampkarzy i juniorów, ale musimy wreszcie dostrzec jeden najważniejszy szczegół. Cieszę się, że jest tu osoba w postaci Wojciecha Robaszka, która to rozumie i chce to zmienić… Bo może nie najlepsi, ale dobrze wyposażeni trenerzy z odpowiednią pasją, odpowiednim podejściem do dzieci i z odpowiednimi profitami finansowymi powinni pracować w kategoriach U-6, U-7, U-8. Jest to etap kompletnie pomijany przez akademie i cieszę się, że to się u nas zmienia. 

Proszę sobie wyobrazić, że – jeśli dobrze pamiętam – w takiej MKS Zilinie  pracuje około dwunastu trenerów z licencją UEFA Pro, gdzie taki trener potrafi prowadzić dzieci np. w kategorii U-11. A w Polsce nie doceniamy tego najniższego szczebla. Często pracuje tam jeden trener na dwudziestu zawodników i z całym szacunkiem, ale choćby to był najlepszy trener na świecie, nie będzie w stanie każdego z osobna nauczyć metodyki gry w piłkę nożną. Nauczyć techniki prowadzenia piłki, techniki zwodu, techniki podania… I dlatego dostajemy dzieci z dużymi niedoborami, jeśli chodzi o wszystkie najważniejsze aspekty piłki nożnej. 

Wyobrażam sobie pracę tego człowieka, który zajmuje się kategorią U-5, jako pasjonata piłki nożnej, który dodatkowo potrafi wszystko pokazać od strony praktycznej. Takiego, który ma maksymalnie dwunastu zawodników na trenera. Bo jeśli jest już 13-14 zawodników, musi pojawić się drugi trener zgodnie z certyfikacją PZPN-u. Mało tego, musi być to osoba, która będzie takim jakby pierwszym idolem dziecka. Idolem, który zaszczepi chłopca do funkcjonowania w piłce nożnej z pasją. Osobą, która będzie jeździć po turniejach po to, żeby szukać lepszych zawodników do zespołu. Po co? Żeby stworzyć dobre środowisko. 

Bo najważniejsze jest środowisko, czyli zebranie grupy dzieci o podobnych umiejętnościach, które będą potrafiły rozwijać się we właściwy sposób. I taki trener U-5, U-6, U-7 musi być tak samo przygotowany do pracy jak trener trampkarzy czy juniorów. Bo to nie jest tylko praca z dziećmi, lecz również posługiwanie się metodycznym planem szkolenia. Nie może być pominięty żaden aspekt. Od techniki, poprzez pierwsze wzorce ruchowe, grę jeden na jednego w ataku i obronie, pierwsze formy zabaw i rywalizacji… Jednostki treningowe z całego roku muszą być perfekcyjnie przygotowane. Mi kiedyś jako byłemu zawodnikowi, dopiero na poziomie liceum (w szkole Mistrzostwa Sportowego w Łodzi) zaczęto zwracać uwagę na nogę niewiodącą. Wcześniej, jako młody chłopiec, nie miałem na ten temat świadomości. 

Tak więc błąd popełniamy w kategoriach od U-6 do U-10. Nie doceniamy tam trenerów, a właśnie tam powinni pracować ludzie za konkretne pieniądze, ludzie z pasją, którzy nie są z przypadku i są kompleksowo wyposażeni w wiedzę metodyczną do nauczenia gry w piłkę nożną. A przede wszystkim są dobrymi pedagogami, żeby mieć dobre podejście do tych dzieci. I jeśli tam wreszcie będą pracować fachowcy, którym będziemy w stanie zapłacić normalne pieniądze, to będziemy otrzymywać w dalszych kategoriach wiekowych zawodników wyposażonych w odpowiednie narzędzia, bez dużych deficytów. 

Proszę sobie wyobrazić, że w naszej akademii z dziećmi z roczników U-7 lub U-7 pracuje trener Wojciech Górski, który był w przeszłości uznanym ligowcem. Natomiast koordynatorem tego szczebla jest Marcin Garuch, jeszcze czynny zawodnik zespołu rezerw, który również jest uznaną postacią na boiskach 1. ligi.

To samo tyczy się lekcji wychowania fizycznego w szkołach. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której dziecko w kategorii trampkarza nie potrafi zrobić przewrotu w przód. I nie uderzam tutaj w polskie szkolnictwo, bo zależy to od wuefisty, na jakiego się trafi. Ja trafiłem na takiego, który był pasjonatem wszystkich sportów. Nauczył mnie skakać wzwyż, rzucać oszczepem, grać w piłkę ręczną, koszykówkę, siatkówkę… Uczestniczyłem również we wszystkich zawodach sportowych. I mimo że od jakiegoś czasu nie jestem czynnym zawodnikiem, potrafię zrobić przewroty w przód i tył, gwiazdy, salta. Bez rozgrzewki, bo jestem do tego przygotowany. 

Czyli jesteś w tej grupie trenerów, którzy poszliby – jeśli dobrze pamiętam – za słowami Oresta Lenczyka? Gimnastyka i ogólny rozwój sportowy to kluczowa kwestia? Jakiś trener powiedział mi swego czasu: „pokaż, jak robisz przewrót w tył, to powiem ci, czy nadajesz się na piłkarza”. 

Zdecydowanie tak, a utwierdził mnie w tym przekonaniu pewien artykuł, bodajże o akademii Chelsea, która w tych kategoriach (U-10) wprowadza np. tory przeszkód, coś na wzór parkouru, wyzwania do pokonania przez zawodników… żeby rozwinąć ten segment motoryczny. Ostatnio mieliśmy konsultacje dotyczące najmłodszych roczników (2012, 2011) i nie odrzuciliśmy na nich wielu zawodników z jednego względu: te dzieci były sprawne. Bo jeśli dziecko jest sprawne, to ma predyspozycje do uprawiania sportu, a jeśli ma predyspozycje do uprawiania sportu, to być może tym sportem będzie piłka nożna. 

A muszę też zaznaczyć, że w takim wieku wakacje spędzałem – wtedy, kiedy nie było treningu – na wsi u babci. Były murki, drzewa, trzepaki… Różne rzeczy, a teraz? Wielokrotnie dziecko nie ma pod pachą piłki, tylko trzyma smartfon czy tablet lub idzie do kolegi pograć w gry komputerowe. 

Tak, takie mamy czasy niestety… Ale teraz chciałbym Cię zapytać o inny aspekt rozwoju piłkarza, czyli o jego świadomość. Zastanawiam się, czy takiemu 15-latkowi wpaja się, że jest już młodym piłkarzem? Czy to jeszcze taki etap, w którym wciąż mówimy o dziecku? Jak wygląda to budowanie świadomości? 

Na pewno nie jest piłkarzem, tylko kandydatem na piłkarza, który ma jeszcze sporo lat przed sobą, by wejść do piłki seniorskiej. Czy to jest dziecko, czy już młody człowiek? Zależy od jego rozwoju. U jednych przebiega to szybciej, u innych trochę wolniej, natomiast budowanie świadomości poprzez rozmowy, szkolenia i zajęcia teoretyczne jest niesłychanie ważne. Zawodnicy w tym wieku muszą mieć przede wszystkim świadomość o higienie snu, czyli jak ona ma ważny wpływ na ich regenerację. 

Dochodzi również świadomość o higienie żywienia, bo zawodnicy muszą potrafić czytać etykiety i wiedzieć, jaki produkt jest zły, jaki dobry i w jakich ilościach można go spożywać. Muszą mieć również wiedzę na temat profesjonalnego podejścia do funkcjonowania podczas treningu, czyli jak ważna jest dana jednostka treningowa, do której trzeba podchodzić w ten sam, profesjonalny sposób. 

Musimy budować ich świadomość również w zakresie spędzania wolnego czasu. Bo tak naprawdę to, co robimy na zajęciach (siedem czy osiem razy, licząc mecz) treningowych, jest tylko małą częścią. Mam u siebie dwóch czy trzech zawodników, którzy oprócz tego wszystkiego znajdują czas na naukę, na trening z trenerem personalnym i doskonalenie swoich działań w zakresie motoryki. Potrafią iść na basen indywidualnie czy po prostu biorą dodatkowe korepetycje, żeby szkolić język obcy. 

Ci młodzi ludzie potrzebują od nas narzędzi, a głównym narzędziem jest świadomość. Zawodnik musi wiedzieć, co składa się na sukces, który wymaga tak naprawdę bycia sportowcem 24/7. I mówię o spędzaniu wolnego czasu, żywieniu, śnie. O tym, jak dziecko zachowuje się w szkole, jak odnosi się do innych ludzi. W każdym z tych aspektów oni potrzebują naszego wsparcia. 

W kategorii trampkarza nasze rozmowy sprowadzają się nawet do pierwszych dziewczyn, bo to jest jednak taki wiek, w którym ci chłopcy zaczynają interesować się płcią przeciwną, więc z tym młodym człowiekiem też trzeba porozmawiać o problemach. Czy poznał dziewczynę, czy jego ostatnie zachowania są spowodowane tym, że być może tę dziewczynę stracił, jaki ma kontakt z rodzicami, czy długo nie był w domu… Bo też mamy chłopców z dalszych miejscowości i np. miesiąc czasu nie zjeżdżają do rodzinnych stron, bo nie ma takiej możliwości, jak w okresie ligowym. 

Dlatego dla tego dziecka też trzeba znaleźć czas nie tylko pod kątem aspektów sportowych, ale też życiowych, codziennych. To budowanie świadomości jest obszarem, którego mi zabrakło, bo nie miałem wokół siebie (oprócz rodziców) osób, które by mnie w taki konkretny sposób ukierunkowały. 

A kiedy wiesz, że kandydat na piłkarza posiada nietuzinkowy talent? Czy to jest jednak zbyt delikatny temat? Bo kiedy rozmawiałem z Mateuszem Gwizdem [wywiad z nim tutaj], wspomniał o takim piłkarzu, który zdaniem trenerów miał przed sobą wielką przyszłość, ale pewnego dnia jego tato powiedział, że syn chce zająć się grami komputerowymi, zerwał z piłką. Czy są zatem jakieś symptomy, po których możesz stwierdzić, że dany chłopiec coś osiągnie na wyższym poziomie? 

Myślę, że ogólnie my, czyli trenerzy, menedżerowie i dyrektorzy za szybko określamy, czy ktoś ma talent i odpowiednie predyspozycje do tego, aby w życiu osiągnąć sukces. Bo gdy patrzymy np. na zawodnika, który jest bajeczny technicznie, uważamy, że to materiał na świetnego piłkarza. A jeśli widzimy, że zawodnik jest np. bardzo dobrze ukształtowany pod kątem motorycznym, też widzimy w nim ogromny potencjał, ale to tak nie działa. 

Powiem tak: jestem w stanie użyć słów, że „ten zawodnik moim zdaniem ma talent”, jeśli jest on w pełni ukształtowany na wszystkich płaszczyznach. Czyli muszę widzieć, że jest na bardzo wysokim poziomie pod względem technicznym, rozumie grę i przyswaja wszystkie działania taktyczne. Że jest dobrze ukształtowany, jeśli chodzi o siłę, dynamikę, szybkość. I przede wszystkim, że jest odpowiednio ukształtowany mentalnie. 

Czy ma wysoki poziom kultury osobistej, jak się odnosi do pracowników akademii, czy wie, jak wypełnić czas wolny. Czy się samodoskonali, czy bierze dodatkowe zajęcia… Jeśli widzę, że zawodnik spełnia to wszystko, mogę dopiero powiedzieć, że rzeczywiście ma talent, bo jest zawodnikiem kompletnym. A czy miałem w swoim życiu kogoś takiego jako trener? Tak, jednego, obecnie funkcjonującego w akademii, więc jestem ciekawy, czy się nie pomylę. 

Z jakiego jest rocznika?

2004. I jestem tutaj zdania, że we wszystkich segmentach jest dobrze przygotowany, a czy wniesie to na poziom bardzo dobry czy wzorowy? To pokażą najbliższe lata.

Ten wiek jest już tym momentem, kiedy zawodnik może powoli wchodzić na poziom seniorski. Czy wprowadzanie takiego 16-latka na najwyższy poziom, nawet ekstraklasy, w której mieliśmy ostatnio takie przypadki, jest pozytywnym przykładem? Czyli jeśli zawodnik jest gotowy, to trzeba wynieść go jak najwcześniej do kategorii seniorskiej? 

Zdecydowanie tak, tylko musimy pamiętać, że musi być gotowy pod każdym względem. Bo jeżeli mamy zawodnika, który naszym zdaniem jest świetnie przygotowany pod kątem taktycznym i technicznym, ale nie jest gotowy motorycznie, czyli nie ma odpowiedniego ciała pod względem tkanki mięśniowej i wydolności, to wtedy na pewno nie jest gotowy. Pytanie też, jak byłby prowadzony w zespole seniorskim. Czy byłby jednym z kilku młodych piłkarzy, którym od czasu do czasu da się szansę, czy raczej będzie zawodnikiem, do którego będzie się podchodziło indywidualnie. A to oznacza poświęcanie czasu na analizę jego treningów i meczów. 

Za debiutami w ekstraklasie idą pewnie jakieś profity finansowe dla takiego młodego chłopca i wtedy też jest potrzebne wsparcie. Ile mieliśmy już przypadków, że chłopcy w tym wieku zarabiali więcej od swoich rodziców, gdzie do tego dochodził alkohol czy hazard i inne głupie rzeczy. O tym często nie myślimy, a to jest nadal bardzo młody człowiek, który nie jest dobrze ukształtowany mentalnie. I potrzebuje ochrony w postaci wskazania, na co te pieniądze powinien wydawać. 

Powiedziałeś o finansach. Taki piętnastolatek w akademii już zarabia? 

W wieku 15 lat może już dostać pierwszy zawodowy kontrakt, w którym wysokość stawki jest – o ile dobrze pamiętam – wyznaczana przez PZPN czy też akademię. Staram się w to nie wnikać, ale moim zdaniem na tym etapie pieniędzmi powinni zarządzać rodzice, żeby odciążać siebie samych od wydatków na funkcjonowanie syna. Wiadomo, trzeba dać jakieś kieszonkowe, kupić nowe buty… Do osiemnastego roku życia rodzice czy opiekunowie powinni mieć nad tym kontrolę. 

Chciałbym jeszcze dopytać o te cztery podstawowe aspekty u piłkarza. Motoryka, technika, taktyka i mentalność – czy piłkarz na wyższym poziomie mógłby obyć się np. bez dobrego rozumienia gry, jeśli chodzi o taktykę? Powiedzmy, że trzy na cztery aspekty są świetne, ale jeden nie domaga. 

Na tym najwyższym poziomie? To niemożliwe, zdecydowanie nie. Każdy z tych aspektów jest niesamowicie ważny i jeśli mamy trzy segmenty na dobrym poziomie, a jeden jest słaby, to tego słabego w pewnym momencie zabraknie. Tym bardziej jeśli będzie to obszar mentalny. Znamy wielu piłkarzy, którzy do takiego modelu pasują, bo nie mieli poukładane w głowie i gdzieś się pogubili. Nie chcę wymieniać nazwisk, ale media co jakiś czas przywołują pewne przykłady takich zawodników. 

Rozumiem, zwłaszcza że macie określony cel w akademii i chcecie wychowywać kompletnych zawodników. Bo pewnie dopiero wtedy aspiracje do bycia tą najlepszą w Polsce mogą przerodzić się w rzeczywistość. 

Zdecydowanie, mamy aspiracje do bycia najlepszą akademią, dlatego musimy produkować zawodników pod każdym względem bardzo dobrych. Jest to ogromna sztuka, zadbać o wszystkie cztery aspekty, ogrom ludzi, ogrom pracy, przestrzegania obowiązków. Patrzymy często na efekt finalny, a to są te szczegóły, czyli codzienna, żmudna i ciężka praca. Czasami trzeba ogromnej systematyczności np. w tym, czy przeanalizowaliśmy wszystkie treningi, czy sczytaliśmy wszystkie wyniku z GPS-ów, polarów, czy któryś zawodnik jest przemęczony i tak dalej. 

Wszystkie aspekty i szczegóły są ważne, i oczywiście ci piłkarze, którym czegoś brakuje, gdzieś będą mogli zaistnieć, tylko że będą to raczej średniacy. A tacy nawet w ekstraklasie gdzieś się pochowają, ale to już pytanie do nich: co i kogo zadowoli. 

W tej chwili za przedstawiciela najwyższego poziomu w Polsce uważam chłopaka, który ma możliwość funkcjonowania w ekstraklasie i możliwość wyjechania za granicę, gdzie już tam również dałby sobie radę. Weźmy przykład Roberta Lewandowskiego, czyli piłkarza kompletnego nawet poza aspektem sportowym. To człowiek, który zarabia ogromne pieniądze i potrafi je zainwestować. Pod kątem sfery mentalnej jest świetnie przygotowany. 

Podałeś przykład Roberta, a pamiętam, że w momencie wyjazdu do Borussii Dortmund nie był jakimś niesamowitym zawodnikiem, nad którym mogliśmy się zachwycać. Wspomniałeś o technice i właśnie nią najprościej zdobyć sobie fanów, ale to wciąż tylko 25%, czyli tej kluczowej pozostałości w postaci 75% najczęściej nie widzimy. 

Dokładnie, a jeśli nawet Robert nie wyjeżdżał jako piłkarz kompletny, to trafił na ludzi, którzy potrafili te niewykorzystane procenty wykorzystać. 

Mam też taki przykład… ostatnio mieliśmy w klubie konsultacje na temat roczników 2005–2006. Mamy tam zawodnika, który jest naprawdę świetnie wyszkolony technicznie, ale jednocześnie przy tym świetnym wyszkoleniu technicznym ma niedobory w sile i na dodatek jest bardzo wolny. Dzisiejsza piłka nożna, patrząc na najlepsze ligi na świecie, jest błyskawiczna. Trzeba w niej podejmować szybkie działania i decyzje.

Jest to brutalne, bo jeśli mamy małego piłkarza, który posiada bajeczną brazylijską technikę, ale biega 30 metrów na poziomie pięciu sekund, to nie ma co się oszukiwać. Tak samo mamy przykład bramkarzy… Nasza akademia miała ostatnio badania dotyczące prognozy wzrostu i jeśli widzimy na nich, że chłopiec nie osiągnie w przyszłości nawet 180 cm, trzeba porozmawiać z rodzicami. Można wtedy zmienić mu pozycję, a jeżeli taka opcja nie wchodzi w grę, trzeba pomyśleć o alternatywnym planie na życie. 

Wspomniałeś kilka razy o technologii, której jako trenerzy używacie w pracy z piłkarzami. Domyślam się więc, że należysz do tej grupy szkoleniowców, która lubi wprowadzać innowacje i podąża za rozwiązaniami przyszłościowymi? Bo są wśród trenerów tradycjonaliści, ale też właśnie ludzie wykorzystujący szereg różnych technologii… Jak np. asystent Czesława Michniewicza w reprezentacji Polski U-21. 

Obecnie na tyle, na ile mamy oczywiście możliwości, bo za wszelkiego rodzaju technologią idą kwestie finansowe. Nauka i technologia odgrywają bardzo dużą rolę w sporcie i skończyły się te czasy, w których trener ocenia coś na zasadzie własnego nosa. Dzisiaj do tego wszystkiego jest potrzebne odpowiedni sprzęt. 

Załóżmy, że potrzebuję np. kontrolować trening, jeśli wiem, że we wtorek i środę moje działania treningowe będą ponad progiem tlenowym. Czyli wchodzimy już w zakresy interwałowe, które muszę mierzyć. Wtedy jestem w stanie ocenić, czy środki treningowe oraz czas pracy, które przygotowałem, pozwoliły zawodnikom osiągnąć określone wymogi, czy nie. Jeśli wiem, że czwartkowa jednostka jest tym treningiem, podczas którego schodzimy najniżej z zakresem motorycznym, to również poprzez GPS i systemy polarowskie wiem, czy dostosowałem trening do odpowiednich wartości tlenowych. 

Co do kamer czy dronów… Ich zastosowanie daje nam zdecydowanie większe pole manewru przy analizie gry zespołu. Na poziomie CLJ – tutaj podziękowania dla trenera Rafała Fościaka, który się tym zajmuje – mamy mecze nagrywane za pomocą kamery Go Pro – zarówno z perspektywy trybun, jak i zza bramki. To pozwala zobaczyć choćby funkcjonowanie całej formacji obronnej, jak również bramkarza, co jest niezwykle istotne, bo możemy zobaczyć stratę bramki z wielu kątów. Widzimy wówczas, kto zachował się źle, kto nie pokrył… Więc wszelkiego rodzaju technologiczne dodatki są bardzo ważne, tylko trzeba umieć je dobrze wykorzystywać. 

I do tego też są potrzebni ludzie. Takie GPS-y dają nam wiele możliwości, czyli np. pomiar przebytej odległości, liczby przyspieszeń, maksymalnej prędkości i tego, w jakiej strefie dany zawodnik przebywa podczas meczu. To ogrom danych, które muszą zostać w dobry sposób użyte, a potem posegregowane. W tym potrzebny jest odpowiedni człowiek, który potrafi to wszystko sczytywać, a później we właściwy sposób przekazać trenerowi. I dopiero wtedy to tak naprawdę ma sens. 

Mogę podać taki przykład na działanie systemu polarowskiego, może prosty, ale pokazujący wiele. Mieliśmy w zeszłym roku przypadek zawodnika, który drugi dzień z rzędu wyglądał słabo w części wstępnej treningu. Czyli przy prostych środkach treningowych, które nie wymagały dużego nakładu energii. Miał bardzo wysokie tętno i bardzo wolno zachodził u niego proces restytucji. I normalnie byśmy pewnie tego nie zauważyli, bo zawodnik niczego po sobie nie zdradzał, jednak serducho pokazywało, że coś jest nie tak. Wzięliśmy zawodnika na rozmowę, pokazaliśmy raporty z dwóch treningów i powiedzieliśmy, że ewidentnie jest jakiś problem. 

I takie przypadki były dwa. W jednym okazało się, że zawodnik był zmęczony. Przyznał się do tego, że miał kryzys. Nie chciał wcześniej o tym mówić, bo bał się, że nie zagra w meczu, ale to był dla nas jasny sygnał, że potrzebuje on krótkiej przerwy. Drugi przypadek był taki: zawodnik po analizie polarowskiej powiedział nam, że grał do drugiej w nocy na komputerze i rano nie zjadł śniadania. Takiego zawodnika od razu wysłaliśmy do bursy, żeby porządnie mógł się wyspać i nadrobić posiłek. Później zostały wyciągnięte konsekwencje. 

Tak więc trenerzy – może to brzydko zabrzmi – starego typu, którzy nie są otwarci na wiedzę i nowe technologie, nie rozwiną się, nie zrobią kroku do przodu. Tutaj mamy też takie podejście, że zawsze są jacyś ludzie mądrzejsi od nas i że musimy się od nich po prostu uczyć. 

A co sądzisz o rozgrywkach CLJ? Czy to jest system rozgrywek, który był w Polsce potrzebny? Bo jak pewnie wiesz, ma on wielu krytyków. Spotykałem się z opiniami, że jest to swego rodzaju inkubator dla młodych piłkarzy, którzy w momencie, gdy mogą wkraczać już do piłki seniorskiej, nadal trzymani są na poziomie CLJ. Nawet w klubach ekstraklasy. Gdzie poziom sportowy i intensywność są zupełnie inne w CLJ i np. 3. lidze. 

Zaczynając od dołu, na poziomie np. CLJ U-15 rozwiązanie z tymi rozgrywkami jest zdecydowanie na plus. Dla mnie, dla funkcjonowania mojego zespołu, ważnym jest, żeby każdego tygodnia zapewnić proces meczowy na odpowiednim poziomie. Liga centralna nam to zapewnia, czyli te 14 spotkań w jednej rundzie, gdzie dochodzą do tego jeszcze mecze kontrolne. Staramy się też szukać drużyn na poziomie wyższym od nas, co daje możliwość cotygodniowej weryfikacji. Tak samo w kategorii U-17. 

Natomiast to, jak funkcjonują zespoły w kategorii U-18, czyli że kluby trzymają swoich zawodników na tym szczeblu… Moim zdaniem jest to niewłaściwe, ale to też zależy od polityki klubu. Bo dla piłkarza, który funkcjonuje w CLJ U-18 i nie jest w stanie przebić się do pierwszego zespołu, zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby wypożyczenie do 2. ligi, żeby już tam ogrywał się w piłce seniorskiej. Z innej strony, to zależy również od priorytetów danej akademii. Przy czym moim zdaniem rozgrywki CLJ są rozwiązaniem koniecznym. Najlepsze zespoły, które zapewniły sobie poziom tych rozgrywek, po prostu muszą mieć możliwość funkcjonowania na najwyższym poziomie. 

Myślę, że niektórzy mogą krytykować tę ligę dlatego, że co rundę spadają z niej dwa zespoły. Jedni mogą powiedzieć, że to proces rywalizacji, że gra się o wynik… Ale trzeba pamiętać, że o wynik grają zawsze zawodnicy i my, trenerzy, musimy się tego nauczyć. Naszym zadaniem w mikrocyklu szkoleniowym jest danie wszystkich możliwych narzędzi do tego, by zespół osiągnął sukces. Bo to zawodnik gra o wynik, a trener musi w tym wszystkim zachować odpowiedni dystans. On z kolei gra o to, aby realizować pewien model gry, żeby podsumować mikrocykl szkoleniowy, żeby zostały wykonane założenia, które sobie postawił. 

A jeśli spada z ligi, znaczy to, że ma słaby materiał. A jeśli ma słaby materiał, to wykonał słabą pracę. A jeśli wykonał słabą pracę, oznacza to, że być może został źle przeprowadzony skauting i klub znalazł zawodników, którzy nie prezentują odpowiedniego poziomu. Nie możemy ciągle oglądać się na tych słabszych i szukać usprawiedliwień. Musimy dążyć do tego, żeby mieć wszystko, co najlepsze. 

Ale rzeczywiście, jeśli chodzi o U-18, trzeba zadać sobie pytanie, jakimi rocznikami chcemy tam grać. Bo jeśli gramy rocznikami wyjściowymi, które mogłyby już występować w zespole seniorskim, ale się tam nie łapią, to wolałbym, żeby tacy piłkarze funkcjonowali w piłce seniorskiej gdzieś indziej. A do CLJ zawsze można wprowadzać tych młodszych piłkarzy, np. z kategorii U-17. 

W naszej rozmowie kręcimy się wokół tematu piłki młodzieżowej, rozgrywek CLJ, pracy trenerów… Jak brzmiałaby Twoja ogólna, podsumowująca diagnoza, jeżeli chodzi o piłkę młodzieżową w Polsce? 

Na pewno do ogólnej diagnozy należy określenie swojego modelu pracy i szkolenia. Bo jeśli już decydujemy się jako akademia na wychowywanie młodych adeptów piłki nożnej, musimy mieć przygotowaną metodykę szkolenia. A jeśli już się na nią zdecydowaliśmy, trzeba ją stosować przez dłuższy okres. Jeżeli ona się nie sprawdza, trzeba wprowadzać modyfikacje, ale w Polsce – jak wiadomo – wszystko jest bardzo zmienne. 

Czasami jak jakiś trener pojedzie na jedną konferencję, przez kolejny tydzień prowadzi zajęcia treningowe z konferencji. Potem pojedzie na drugą konferencję i postępuje podobnie. Przeczyta jedną książkę i już jest trenerem portugalskim. Przeczyta książkę angielską, to już jest trenerem angielskim… Jesteśmy niesamowicie zmienni, a w tym wszystkim potrzeba dłuższego procesu szkolenia, co jest słowem kluczem. A mówiąc „proces szkolenia”, mówimy o najmłodszych kategoriach, bo jeśli wreszcie chcemy mieć zawodników na najwyższym poziomie, to powinniśmy zadbać o cały proces. Od najmłodszej kategorii wiekowej aż do przejścia zawodnika z poziomu juniorskiego na seniorski. 

Zadbajmy o to, żeby w najmłodszych kategoriach pracowała wykwalifikowana kadra z ogromną pasją, a nie trenerzy, którzy krok po kroku chcieliby z piłki dziecięcej stać się trenerami A-, B-klasowymi. Zadbajmy o to, żeby szukać specjalistów w danych kategoriach wiekowych. I ja tutaj robię pełen ukłon w stronę osób zarządzających akademią, ponieważ na poziomie U-15 w roli pierwszego trenera pracuję już czwarty rok. 

Natomiast jako drugi trener pracuję od początku swojej przygody trenerskiej, więc jestem praktycznie ciągle przywiązany do jednej kategorii. Przerobiłem już wiele roczników, mogę oceniać ich potencjał i weryfikować błędy, jakie popełniam. Mogę dążyć do stworzenia idealnego modelu pracy… 

Myślę więc, że dla tych najmłodszych kategorii powinniśmy znaleźć specjalistów odpowiedzialnych za dane roczniki. I żeby nie mieli oni w głowach osiągania jakichś sukcesów w CLJ U-18, tylko początek przygody młodego zawodnika z piłką. Żeby potrafili zaszczepić mu ogromną pasję do sportu i pierwsze wzorce pod każdym względem. I jak znajdziemy takich ludzi w większości akademii, a następnie docenimy ich pracę, będzie lepiej. 

Bo to też jest duży problem, że nie dostrzegamy i nie doceniamy pracy trenerów na najmłodszych szczeblach, ich praca często jest mało widoczna. Dopiero na poziomie trampkarza/juniora, kiedy my jako trenerzy, dostajemy produkt, widzimy tę pracę. I jeśli zadbaliśmy o takiego chłopca wcześniej, będzie on kompletny. Taki, z którym możemy normalnie pracować. A jeśli nie zadbaliśmy o te pierwsze szczeble, miejmy pretensje do samych siebie, że nie zrobiliśmy nic, żeby było lepiej. 

W akademii Miedzi mamy już taki model, że trenerzy nie zajmują się tylko swoimi rocznikami. Organizujemy konsultacje szkoleniowe od rocznika 2005 do 2012, na których obecni są wszyscy trenerzy. Każdy z nich obserwuje, ocenia, pomaga w wyszukiwaniu i tworzeniu baz danych zawodników. Bo zadaniem trenera, który prowadzi np. kategorię A1, czyli juniora starszego, jest również zadbanie o to, by w kategorii D1 (młodzika) był odpowiedniej jakości materiał ludzki. I jak akademia będzie płynnie funkcjonować, to za kilka lat ten zawodnik z D1 trafi do A1. Więc taki rocznik, jaki sobie przygotujemy, trafi później do innych trenerów. 

Na przykład moim zadaniem teraz, jako trenera CLJ U-15 i koordynatora, jest nie tylko prowadzenie własnego rocznika 2005, ale też dbanie o rocznik 2006 i 2007. I to też taki wniosek, że ludzie pracujący w akademii muszą używać słowa „nasza”. Bo niezależnie od tego, na jakim szczeblu pracuję, muszę interesować się innymi zespołami, zawodnikami i trenerami. Wspólnie pracujemy na swoje dobro i nie używamy słowa „ja”. Nie. Nasza akademia, nasze zespoły, nasi zawodnicy. 

A wracając jeszcze do trenerów, wiem, że w wielu akademiach (nasza nie mogłaby sobie na to pozwolić) pracują ludzie przypadkowi, którzy dopiero co zrobili licencje i uczą dzieci grać w piłkę, nie mając o tym zielonego pojęcia. Proszę sobie wyobrazić, że takie dziecko ma – załóżmy – trzy treningi w tygodniu, co daje nam 12 w miesiącu i ponad 100 w roku. Jeśli przez 100 jednostek w roku to dziecko nie ma nad sobą odpowiedniej osoby znającej metodykę nauczania gry w piłkę nożną, to te 100 jednostek jest może nie zmarnowanych, bo dziecko się porusza, ale na pewno… 

Niewykorzystanych. 

Tak, niewykorzystanych w odpowiedni sposób. Także fajnie by było mieć – i wierzę, że tak będzie – dobrą liczbę i jakość trenerów. Już po pewnych rozmowach z naszym dyrektorem Wojciechem Robaszkiem jestem bardzo zadowolony, bo on za priorytet wziął sobie właśnie najniższe szczeble. Tam chce wprowadzić pełny profesjonalizm i odpowiednią kadrę. I jeśli o to zadbamy, a my, jako trenerzy i koordynatorzy, będziemy dawali wsparcie, wówczas osiągniemy sukces. A przecież mógłbym mieć gdzieś rocznik 2011 czy 2012, bo pracuję w CLJ, więc czemu miałbym interesować się małymi dziećmi? Ale nie, poświęcamy swój czas, przychodzimy na konsultacje i oceniamy maluchów. 

I jak jesteśmy w stanie im zapewnić funkcjonowanie w naszych docelowych czy szkolnych treningach – bo od czwartej klasy mamy Szkołę Mistrzostwa Sportowego – to wtedy będziemy mogli mieć ich na oku. Również tych dojeżdżających z dalszych miejscowości, a były już takie przypadki. W zeszłym roku przeprowadziliśmy transfery dwóch zawodników, którzy przyjeżdżali do nas przez dwa lata. Dwa lata systematycznie na obozy, treningi czy turnieje, bo nie byli przygotowani na zmianę miejsca zamieszkania. Po tych dwóch latach, kiedy nadarzyła się okazja i ci zawodnicy przygotowali się do tego przede wszystkim mentalnie, zasilili szeregi naszej akademii. I teraz naprawdę z powodzeniem w niej funkcjonują. 

Więc proces funkcjonowania, organizacja szkolenia, model gry, model pracy i podejście do tych najmłodszych szczebli ma ogromne znaczenie. A czy uda się coś takiego stworzyć? Zobaczymy. 

W Polsce różnie z tym bywa. 

Tak, słyszałem gdzieś ostatnio, że dla trenera w najmłodszych kategoriach wystarczy 500 zł brutto i on wtedy się w całości poświęci. Czyli przygotuje trening, przeanalizuje go, porozmawia z zawodnikami i rodzicami, pojedzie na turniej, przygotuje mikrocykl, zda konspekty, zda raport miesięczny… To ogrom pracy. Praca trenera to jest część wykonywana na boisku, ale również ogromna część wykonywana poza nim, na rozmowach lub przy biurku przed komputerem. Naprawdę… ta ilość pracy, liczba dokumentacji, mikrocykle, raporty meczowe, analizy meczowe, wycinanie analiz indywidualnych – ogrom. 

Niełatwa praca (śmiech). 

Dokładnie, ale jeśli ma się ludzi w sztabie szkoleniowym, staje się ona łatwiejsza. Każda kolejna osoba odciąża z różnych obowiązków, bo jeśli wszystko robią np. dwie osoby, jest bardzo trudno. I albo wtedy niektórych rzeczy nie wprowadzimy, albo nie będziemy na nie poświęcać zbyt wiele czasu. A jeśli czegoś nie robimy, to czy jest to kompletne przygotowanie zawodnika? Nie sądzę.
Założyłem sobie przed rundą jesienną, że będę dużo rozmawiał z zawodnikami indywidualnie, tak w czasie wolnym. I jeśli z kimś porozmawiałem trzy lub cztery razy, a z kimś innym tylko raz, mam do siebie pretensje, że nie poprowadziłem tego w sposób właściwy.
 

Założyłem sobie również, że oprócz analiz zespołowych będziemy z każdego meczu wybierali dwóch czy trzech zawodników do analiz indywidualnych. Nie udało się tego wprowadzić na jesień, więc też mamy do siebie pretensje, ale niestety… Analiza indywidualna zawodnika zajmuje około godzinę czasu, a jeśli dojdzie do tego analiza zespołowa, mamy kilka godzin roboty, kumulację. 

Aktualnie jestem trenerem U-15 oraz koordynatorem U-11 do U-14. Odpowiadam za prowadzenie swojego zespołu, ale również za koordynowanie młodszymi kategoriami. Podobną pracę wykonuje pozostałych dwóch koordynatorów. Bo oprócz prowadzenia własnych zespołów musimy być obszarem wsparcia, analiz i oceny innych szczebli szkoleniowych.

Ostatnio, przy okazji meczów kontrolnych, rozmawialiśmy z ludźmi z Pogoni Szczecin… Powiedzieli nam, że mają dwóch skautów miejscowych, którzy bazują w Szczecinie i okolicach, oraz dwóch skautów regionalnych, którzy poruszają się po obszarze Polski. W takim układzie skauci mogą jeździć w różne miejsca, oglądać turnieje, mecze towarzyskie, kontrolne, ligi centralnej… I mogą rzeczywiście wyszukiwać tych zawodników. 

U nas dział skautingu powstaje i będzie się rozrastał dzięki dyrektorowi naszej akademii. Na razie jest w nim jedna osoba i tak naprawdę to trenerzy szukają piłkarzy. Radzimy sobie, jak możemy, ale jakby udało się stworzyć dział skautingu, w którym byłyby za to odpowiedzialne cztery osoby, trenerzy mieliby o wiele łatwiejsze życie. Wówczas mielibyśmy szersze możliwości na prowadzenie zespołu. 

A gdyby do tego powstał jeszcze dział analiz – bo on też ma u nas powstać, były już na ten temat rozmowy – trenerzy nie musieliby już sami wszystkiego analizować, bo dostawaliby gotowe analizy do przerobienia. To dałoby jakieś pięć dodatkowych godzin pracy w ciągu całego tygodnia, a pięć godzin pracy to bardzo dużo. Można je wtedy poświęcić na indywidualne rozmowy z zawodnikami albo na dodatkowe szkolenia czy wyjścia drużynowe. 

Już się nasłuchałem o tym skautingu… Że w Polsce w wielu klubach, nawet tych dużych, ten element jest w powijakach. A co do liczby ludzi, rozmawiałem jakiś czas temu z trenerem Piotrem Jawnym ze Śląska Wrocław [wywiad tutaj], który przyznał, że w ich akademii też tej szerszej kadry trochę brakuje. 

Zdecydowanie. Jakbym miał dobrać sobie sztab na poziomie rozgrywek CLJ, składałby się on ze mnie, drugiego trenera, trenera bramkarzy, trenera przygotowania motorycznego, kierownika zespołu i osoby z działu analizy – czyli sześciu osób. Taka grupa ludzi pozwoliłaby mi na funkcjonowanie na najwyższym poziomie. Owszem, my w tym momencie robimy, co możemy, bo pracują tutaj ludzie będący prawdziwymi pasjonatami tego sportu. Dążymy do perfekcji w każdej dziedzinie, ale to odbywa się kosztem zdrowia i rodziny, co też trzeba wziąć pod uwagę. Kiedyś może nadejść taki moment, że po prostu nie damy rady, nie dojedziemy, popełnimy błędy, coś się rozsypie. 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze
Newsletter piłkarski