Jesteśmy świadkiem czegoś niesamowitego. Wyścigu po tytuł mistrzowski, który ma szansę na lata stać się wizytówką Premier League. Dwa rywalizujące ze sobą zespoły na drodze po trofeum łamią niewyobrażalne dotąd granice, z każdym kolejnym tygodniem (czyt. zwycięstwem) zapisując się złotymi zgłoskami na kartach historii angielskiej ekstraklasy. W Premier League między Liverpoolem a Manchesterem City toczy się kosmiczna gra o tron.
Po poprzednim sezonie mało kto przypuszczał, że można zepchnąć z piedestału Manchester City. Sto punktów zdobyte przez „The Citizens” zrobiło olbrzymie wrażenie. Wręcz zdeklasowało osiągnięcia poprzedników w sferze liczby zgromadzonych „oczek”. Perfekcjonizm, z którego słynie Pep Guardiola, szkoleniowiec przeniósł na swój zespół. Manchester City kolekcjonował ligowe zwycięstwa niczym filateliści znaczki pocztowe, pokazując plecy parę miesięcy przed końcem sezonu rywalom. Choć na dobrą sprawę „The Citizens” odjechali w pewnym momencie tak daleko, że przeciwnicy nie mogli nawet tych pleców zobaczyć. Początek dominacji – krzyczeli przedstawiciele mediów. Zespół Pepa Guardiola hegemonem ligi, dodawali inni. Zgadzali się z tym wszyscy. A jeżeli nie wszyscy, to zdecydowana większość. Głównie na bazie podstawowego pytania – jak rywalizować z zespołem, który wygrał trzydzieści dwa mecze na trzydzieści osiem możliwych? Obecnie wiadomo, że Juergen Klopp znalazł latem odpowiedź. Punktować równie perfekcyjnie co Manchester City.
Łatwiej jednak powiedzieć, niż zrobić. Tyle tylko, że niemieckiemu szkoleniowcowi się udało. Od początku sezonu Liverpool prezentuje się inaczej niż w zeszłej kampanii. Radosne podejście zastąpił pragmatyzm. Nie jest już tak wesoło, nie jest już tak szczęśliwie, ale nowa filozofia zapewniała i zapewnia kolejne zwycięstwa. Dzięki temu Liverpool rzucił rękawicę Manchesterowi City. Coś, co jeszcze w zeszłym roku wydawało się niemożliwe, stało się faktem.
Jak się potkniesz, to odpadasz
W ostatnich tygodniach trwa istna przepychanka na tronie. W ciągu kilku godzin potrafi zmienić się lider. Manchester City dzięki kolejnej wygranej wyprzedza Liverpool. I na odwrót. Każdy liczy na potknięcie oponenta. Ten jeden upadek, który praktycznie zdecydowałby o losach tytułu mistrzowskiego. Szczególnie mocno kciuki trzymają w Liverpoolu. „The Reds” z racji jednego spotkania rozegranego więcej oprócz czterech zwycięstw do końca sezonu potrzebują przynajmniej jednego remisu Manchesteru City. Cóż za ironia losu, nadzieje pokładają m.in. w zwycięstwie (albo przynajmniej remisie) swojego największego rywala – United – w derbach Manchesteru. To pokazuje, że na ostatniej prostej oba kluby skupiają się wyłącznie na zdobyciu tytułu. Sentymenty, antypatie zostały daleko w tyle.
Terminarz rzeczywiście nie rozpieszcza „The Citizens”. W ciągu ośmiu dni (licząc od soboty) podopiecznych Pepa Guardioli czekają trzy trudne spotkania ligowe. Z Tottenhamem Hotspur na Etihad Stadium oraz wyjazdowe starcia z Manchesterem United i Burnley. Jeśli podczas takiego natłoku trudnych spotkań odniosą komplet zwycięstw, bardzo prawdopodobne, że Manchesteru City już nic nie powstrzyma.












