Serię pięciu remisów przerwali nareszcie piłkarze Lille, którzy udowodnili przed własną publicznością wyższość nad zespołem Rennes. Za to drugi mecz z rzędu zremisowała Marsylia, nie dając rady pokonać Brestu na Stade Velodrome.
Mistrzowie z pewnym zwycięstwem
Po ostatnim spotkaniu w Lidze Mistrzów, gdy Lille remisując w Trabzonie, nie potrafiło po raz piąty z rzędu (biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki) rozstrzygnąć meczu, trener Rudi Garcia nawoływał, by serię tę zakończyć. Udało się dzisiaj w starciu z innym pucharowiczem, uczestnikiem Ligi Europy, Rennes.

Po remisie z Atletico Madryt w środku tygodnia „Czerwono-czarni” mogli z optymizmem podchodzić do dzisiejszego starcia. Tym bardziej że obrońcy krajowego mistrzostwa słabo radzili sobie ostatnimi czasy z utrzymaniem prowadzenia, które zwykle dość szybko uzyskiwali. Podobnie było i tym razem. Już w 7. minucie wynik spotkania otworzył Moussa Sow. Król strzelców poprzedniego sezonu wykorzystał dobre przyjęcie piłki przez Joe Cole’a. Anglik przyjął płaskie dośrodkowanie Mathieu Debuchy’ego, lecz następnie nie trafił piłkę. W pobliżu był jednak snajper Lille, który szybko ją przejął i uderzeniem z kilkunastu metrów nie dał szans Benoit Costilowi.
Gospodarze podwyższyli prowadzenie po pół godzinie gry. Najpierw przy narożniku pola karnego wolnego wywalczył Eden Hazard, a następnie on sam posłał piłkę wprost na nogę Florenta Balmonta. Środkowy pomocnik co najwyżej lekko trącił futbolówkę, lecz zrobił to tak skutecznie, że golkiper Rennes nie zdołał interweniować.
Tuż przed przerwą „Les Dogues” przycisnęli ponownie, chcąc ukoronować dobrą grę w pierwszych 45 minutach trzecim trafieniem. Najpierw bliski zdobycia drugiego gola był Sow, ale jego strzał wślizgiem świetnie wybronił Costil. Chwilę później w dogodnej okazji znalazł się Cole, którego strzał z „szesnastki” w ostatniej chwili uprzedziła interwencja Chrisa Mavingi.
Jak w pierwszej odsłonie dominacja Lille nie podlegała dyskusji, to w drugiej mecz się zdecydowanie wyrównał, a wręcz rozpoczął się od przewagi gości, którzy jak najszybciej chcieli złapać kontakt z rywalem. Jeszcze strzał Juliena Fereta z rzutu wolnego szkody Mickaelowi Landreau nie zrobił, ale już jednak późniejsza próba tego samego piłkarza z bliskiej odległości prawie zakończyła się golem. Były zawodnik Nancy chciał wykorzystać dośrodkowanie z lewej strony Pitroipy, lecz trafił wprost w golkipera LOSC. Zaraz potem do piłki doskoczył asystujący wcześniej reprezentant Burkina Faso, jednak i jego strzał również wybronił Landreau, wybijając na rzut rożny.
Jeśli chodzi o akcje Rennes, to był już jednak koniec. Gospodarze dobrze się bronili i wyprowadzali groźne kontry. W najlepszej sytuacji znalazł się Joe Cole, któremu perfekcyjnie piłkę zgrał Sow. Do szczęścia Anglikowi zabrakło niewiele – ponownie „Czerwono-czarnych” rozpaczliwą interwencją wybronił jeden z defensorów, tym razem Mandjeck.










