Czołówka Ligue 1 się rozczapierza, coraz większe odległości punktowe zaznaczają się pomiędzy pierwszą piątką, która jeszcze do niedawna tłoczyła się w zaledwie pięciu punktach. Lille wygrało już czwarty mecz z rzędu, a dystans do niego straciły Lyon, Rennes oraz PSG. Tylko Marsylia, która dosyć szczęśliwie ugrała trzy punkty w Lens ma realną szansę powalczenia o tytuł. Czas na podsumowanie 29. kolejki.
Magiczny tercet nie zwalnia tempa
Mowa oczywiście o trójce zawodników z Lille: Gervinho, Edenie Hazardzie oraz Moussie Sow. Każdy miał znaczący wpływ na obecną serię czterech zwycięstw, a na rozkładzie była również Marsylia. Siła magicznego tercetu polega nie tylko na indywidualnych umiejętnościach każdego z piłkarzy, ale przede wszystkim na wzajemnym zrozumieniu. Mówiąc kolokwialnie, ich akcje po prostu zawsze się kleją, a brak tych zawodników wyraźnie zmniejsza potencjał całego zespołu, co widać było w meczach Ligi Europejskiej. Obecnie zespół Rudiego Garcii ma cztery punkty przewagi nad wiceliderem z Prowansji, lecz pozostałe ekipy wykruszają się z wyścigu o pierwsze miejsce. Jeśli „Les Dogues” będą grać tak do końca sezonu, a nic nie zapowiada by było inaczej, to mistrzowski tytuł odebrać im może tylko kataklizm.
Marsylia wiary nie traci

To zespół z Prowansji wciąż utrzymuje niewielki dystans do lidera. Choć styl zdobywanych punktów nie zawsze przyprawia o zawrót głowy, to jednak piłkarze Deschampsa wykazują niezwykłą efektywność. Trudno powiedzieć, że „Les Phoceens” utrzymują stały, wysoki poziom gry. Gdy wydawało się, że po świetnych meczach z Manchesterem United, Rennes czy w „Le Classique” z PSG bez większych problemów uporają się z Lens, to okazało się, iż zabrakło pomysłu na grę. Dosyć szczęśliwie Marsylia wywiozła z północnej Francji trzy punkty, a to tylko dzięki przebłyskowi geniuszu Benoit Cheyrou.
Zdecydowanie w meczu zawiedli reprezentanci Francji, Loic Remy oraz Mathieu Valbuena. Tego drugiego można rozgrzeszyć, gdyż zagrał dopiero pierwszy mecz w podstawowym składzie po poważnej kontuzji. Co się jednak tyczy byłej gwiazdy Nicei, to wyraźnie znalazła się ona w dołku swoich snajperskich umiejętności. Wpierw w towarzyskim meczu z Chorwacją na Stade de France Remy zmarnował wyśmienite okazje na zdobycie bramki i podobnie zdarzyło się wczoraj. Jeżeli wystawienie go od pierwszej minuty miało być zasłoną dymną trenera OM, to strategia wypaliła w 100%. Remy potrafił jedynie zabłysnąć indolencją strzelecką, zaś wprowadzony w drugiej połowie Gignac zagrał jakby nie był sobą. Udanie dryblował i co najważniejsze podawał do kolegów. Tak przecież padła jedyna bramka w meczu.
Potencjał piłkarski mistrzów Francji jest olbrzymi i nawet jeżeli zdarzy się słabszy mecz, to liczyć zawsze można na indywidualne umiejętności zawodników oraz szczęście, którego w Prowansji nie brakuje. Dlatego też to oni mają największe szanse, by do końca ścigać się z Lille.












