Wynikiem 1:1 skończyło się najciekawsze w tej kolejce spotkanie w Ligue 1. Mecz był prowadzony w bardzo dobrym tempie z niewieloma przestojami. Sprzymierzeńcem piłkarzy nie była na pewno murawa, ale i ona nie przeszkodziła w stworzeniu dobrego widowiska. Remis dał piłkarzom Lille powrót na pierwsze miejsce w tabeli, Lyon stracił zaś szansę dogonienia najlepszych.
Mecz obie ekipy rozpoczęły w najmocniejszych zestawieniach, co jasno wskazywało, że nikt nie będzie się oszczędzał, by sięgnąć tego wieczoru po zwycięstwo. Jedyną istotną absencją był brak argentyńskiego napastnika OL, Lisandro Lopeza, który doznał kontuzji jeszcze przed poprzednią kolejką. Pojedynek francuskich gigantów od samego początku prowadzony był w szybkim tempie. Już w 8. minucie zgromadzeni na stadionie kibice mogli obejrzeć pierwszego gola i ku ich uciesze, autorstwa ich pupili. Po lewej stronie boiska na wysokości pola karnego Lyonu sfaulowany został Gervinho, który próbował urwać się obrońcom. Do piłki potrzedł Eden Hazard i dokładnie zagrał w pole karne. Tam podanie zostało przedłużone przez Adila Ramiego, a ostatni z magicznego tria, Moussa Sow, pokonał z najbliższej odległości Hugo Llorisa.
Wtedy na dłużej do słowa doszli gospodarze, którzy poczuli wiatr w żaglach i z coraz większym animuszem atakowali bramkę przeciwników. Zawiązywały się nowe, interesujące akcje, lecz na nic klarowniejszego nie pozwoliła defensywa „Les Gones”. Pierwsza istotna odpowiedź podopiecznych Claude’a Puela nastąpiła dopiero w 20. minucie, gdy daleką piłkę za linię obrony otrzymał Jimmy Briand, lecz asystujący mu Mathieu Debuchy nie pozwolił na wiele. Skrzydłowy OL oddał w tej sytuacji jedynie lekki strzał wprost w ręce Mickaela Landreau. Chwilę później gorąco zrobiło się pod drugą bramką. Z 16. metra uderzał Yohann Cabaye, któremu piłkę wyłożył Sow, lecz pomocnik pomylił się minimalnie.
Niewykorzystana sytuacja szybko się zemściła, bo już cztery minuty później. Ze swojego bogatego repertuaru strzałów z dystansu skorzystał Kim Kallstrom i posłał bombę w stronę bramki Lille. Asystę przy tym trafieniu zaliczył obrońca Lille, Aurelian Chedjou, wybijając dośrodkowanie Anthony’ego Reveillere’a, lecz wprost pod nogi Szweda. Landreau był bez szans. Tak jak prowadzenie dało dużo energii gospodarzem, tak wyrównanie pozwoliło przejąć inicjatywę przyjezdnym. Ponownie jednak z przewagi tej nic istotnego nie wynikło. Nieszczęśliwie w tym okresie boisko z powodu kontuzji musiał opuścić kapitan „Les Gones”, Cris. W ostatnich minutach pierwszej odsłony tempo rozgrywania akcji podkręcili ich rywale i od razu Lloris musiał mieć się na baczności. Przy strzałach Mavuby i Gervinho zabrakło precyzji, ale gdy z wolnego uderzał Cabaye i mimo że z piłką minął się Rami, to bramkarz OL musiał się mocno natrudzić, by wyłapać to dośrodkowanie.
Po przerwie zdecydowanie zaczęli podopieczni Rudiego Garcii i grą na jeden kontakt prędko przenosili się pod pole karne rywali. Kilka akcji kończyło się jednak za wcześnie, gdyż brakowało ostatniego, decydującego podania. Po tym okresie przewagi nastąpiło pewne rozluźnienie w szeregach po obu stronach barykady. Mógł to być wynik zarówno zmęczenia, jak i zniechęcenia jakością murawy, która z minuty na minutę coraz bardziej przeszkadzała w wykonywaniu najprostszych podań. Lecz brak emocji został z nawiązką nadrobiony w ostatnim kwadransie spotkania. Serię niewykorzystanych okazji rozpoczął Jeremy Toulalan, który zaprezentował świetną technikę użytkową, przyjmując piłkę z rzutu rożnego. Odbił ją sobie parę razy w powietrzu, równocześnie się odwracając, i z niewielkiej odległości uderzył na bramkę. Na posterunku był tym razem Landreau. Bramkarz „Les Dogues” jeszcze kilka razy w ciągu tego meczu dał się we znaki graczom Lyonu, ratując cenny remis dla swojej ekipy.










